wtorek, 21 lutego 2017

Rozdział 122 — Czwórka

FINNICK



Pociąg właśnie minął Dystrykt Trzeci. Spoglądam za siebie tęsknym wzrokiem. Nie tęsknię za Trójką, bo nigdy tam nie byłem, nie wliczając Tournée  Zwycięzców. Nie tęsknię za Kapitolem, co więcej... najchętniej spaliłbym to miasto. Tęsknię za osobą, która została w Kapitolu — Mags. Dziwnie jest podróżować bez niej. Przy mentorce zawsze czułem się bezpieczniej, zawsze wiedziałem co mam robić. Gdy brakuje jej przy moim boku, nagle czuję się zagubiony niczym mały chłopiec, który na chwilę stracił z oczu rodziców. Podobnie było na wywiadzie. Bałem się. Najzwyczajniej we wszechświecie się bałem. Choć strach towarzyszy mi odkąd Mags trafiła do szpitala. Nie mogę jej stracić. Jednak na rozmowie z Caesarem wypadłem nie najgorzej. Właśnie leci powtórka, a ja z racji braku lepszego zajęcia oglądam ją. 

— Finnick... nadszedł czas, gdy opuszczasz Kapitol, choć jeśli byś chciał, mógłbyś zostać... — zaczął Caesar Flickerman, który w tym roku postawił na żółć. 
— Niestety, Caesar... w tym roku chyba wrócę do domu, jednak... obiecuję, że za rok zostanę do końca. 
— Och no dobrze... skoro tak obiecujesz... tobie chyba można wierzyć, co? — zapytał zaczepnie. Zaśmiałem się najszczerzej, jak tylko mogłem. 
— Ach, Caesarze... pytasz tak, jakbyś mnie nie znał — odpowiedziałem, wciąż ukazując swoje perłowo białe zęby. 
— A znam? — spytał, unosząc brwi w geście rozbawienia. 
— A nie? — odpowiedziałem i obydwoje wybuchnęliśmy śmiechem. Z mojej strony był on lekko wymuszony, jednak mogę przysiąc, że ludzie raczej tego nie zauważyli. Sam bym nie zauważył. 
— No dobrze, pośmialiśmy się, czas przejść do poważniejszych pytań... — oznajmił Caesar, siląc się na powagę. 
— Tylko nie mieszaj się w moje sprawy sercowe Caesar, poza tym pytaj o wszystko — powiedziałem z ogromnym uśmiechem. 
— Och... wybacz, ale teraz to muszę... dlaczego mam nie pytać? — W tamtej chwili przybrałem maskę smutku i przygnębienia. 
— Caesar... odpowiem tylko dlatego, że nasza publiczność i ty również, zasługujecie na szczerość. Cóż... jakiś czas temu musiałem rozstać się z pewną osobą i... niestety nie znoszę tego najlepiej, dlatego też wracam wcześniej... — oznajmiłem z powagą. W ten sposób udało mi się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Nie spyta mnie już ani o sprawy miłosne, ani o powód powrotu przed końcem igrzysk. 
— Och dobrze... rozumiemy, że to musi być trudny temat... wyjątkowo damy ci spokój i nie spytamy o uczuciową sferę życia, prawda? — powiedział to, zwracając się głównie do publiki, gdzie wszyscy zgodnie odkrzyknęli "prawda". Na mojej twarzy pojawił się uśmiech wdzięczności. 
— Dziękuję bardzo, a teraz... przejdźmy może do tych pytań, bo niektórzy z pewnością się niecierpliwią, aby mnie lepiej poznać... sam bym się niecierpliwił — po wypowiedzeniu tych słów zaśmiałem się perliście. 
— Ja również jestem niezwykle ciekawy twoich sekretów, wszyscy dobrze wiemy jakich sekretów, ale skoro obiecałem, to wyjątkowo dotrzymam słowa... ach! Widzisz, jak działa na mnie twój urok! Nawet zaczynam wywiązywać się z obietnic! No dobrze... więc zacznę od prostego pytania... jak minął ci pobyt w Kapitolu?
— Ach... Kapitol to niezwykłe miejsce, pełne piękna i wielu wspomnień. Czyż odpowiedź nie jest oczywista, Caesarze? — odpowiedziałem. 
— Rozumiem, że ci się podobało? Co prawda jest to twoja kolejna z kolei wizyta w Kapitolu, ale chyba jeszcze nie miałem okazji spytać... co podoba ci się najbardziej? 
— A czy coś może się tu nie podobać? — odpowiedziałem. — Ale skoro muszę podać dokładną odpowiedź, bo coś czuję, że raczej mi nie odpuścisz... to... poza wspaniałymi, wyjątkowymi, niezwykle barwnymi ludzi, których część siedzi tu na widowni... — mówiąc to, uśmiechnąłem się do publiki. Młode i stare kapitolinki o mało nie zemdlały. Każda myślała, że mówię to o niej — Wręcz kocham... wasze jedzenie — po wypowiedzeniu tych słów cała sala wybuchnęła śmiechem. 
— Tak, trzeba to przyznać... mamy bardzo dobre jedzenie... trzeba uważać, żeby nie przytyć. A teraz... zmieńmy temat... i porozmawiajmy o bardziej służbowych sprawach. Czyli o igrzyskach... co się stało? Czemu Czwórka tak szybko odpadła? — spytał. 
— Najwyraźniej tegoroczni trybuci nie byli gotowi na zwycięstwo. Ja robiłem, co mogłem, aby im pomóc i sumiennie wywiązywałem się ze swoich obowiązków, jednak... to, co dzieje się na arenie nie jest zależne od mentora a od trybutów — odpowiedziałem. 
— No dobrze, Finnick... myślę, że wystarczająco Cię dziś wymęczyłem. Chyba kończymy na dziś... następny wywiad za rok, co? 
— W takim razie... już odliczam dni, do zobaczenia za rok — odpowiedziałem i uśmiechnąłem się szeroko.

Wywiad się skończył i powrócono do emitowania zmagań innych trybutów na arenie. W tym czasie ja już prawie wróciłem do domu. Jeszcze chwila i znów ujrzę znajome ulice Czwórki, znajome twarze, znajome miejsca. Już wkrótce znów popływam w morzu. Niedługo znów spotkam miłość mojego życia — Annie. 


Stacja jest pusta. Zawsze jest. Zawsze, gdy wracam bez zwycięzców. No zazwyczaj oprócz mnie jest tu jeszcze Mags, Annie, jej ciotka i Evelyn — wszystkie zawiadomione przez Mags. Ja nie zawiadamiałem nikogo. Na razie chcę posiedzieć trochę w samotności.
Droga do Wioski Zwycięzców nie jest długa, więc dotarcie tam trwało zaledwie kilka chwil. Rozpakowywanie się już trochę dłużej. W sumie mogłem poprosić, żeby bagaże przysłali mi po jakimś czasie, ale nie widziałem i nadal nie widzę w tym sensu. Im szybciej się z tym uporam, tym lepiej.
Rozpakowywanie się zajęło mi kilka dobrych godzin. Już zapadł zmrok. Zrobiłem sobie herbatę i usiadłem na tarasie, gdzie mogłem wsłuchać się w szum morza. Mógłbym siedzieć tak bez przerwy. Szum morza to jedna z nielicznych rzeczy, która zawsze potrafi mnie uspokoić.

Z samego rana wybrałem się do sklepu. Gdy buszowałem wśród działu z czekoladkami, spotkałem panią Lend. Staruszka ucieszyła się na mój widok. 
— Finnick! Chłopcze! Już wróciliście? Twój dziadek się ucieszy... ostatnio często przychodził do wypożyczalni i mówił o tobie... nawet nie wiesz jaką radość sprawiło mu to, że znów się kontaktujecie... a jak Mags? Będę musiała się do niej wybrać... czemu nie powiedziała, że wracacie? — kobieta zaczęła zasypywać mnie pytaniami. Nie łatwo było się wciąć do rozmowy. 
— Mags musiała zostać w Kapitolu... — zacząłem. Chciałem powiedzieć prawdę. Jednak strach w oczach starszej kobiety sprawił, że nie dałem rady. Nie mogłem jej tego zrobić. — To nic ważnego, naprawdę... po prostu emmm... ona... no... umówiła się do fryzjera, a wizyta jest dopiero za miesiąc... to naprawdę dobry fryzjer, sam do niego chodzę, ale niestety trzeba czekać... to znaczy... eee... zwycięzcy nie muszą, ale Mags jest zbyt dobrym człowiekiem i zgodziła się poczekać i no... dokładnie... to przez wizytę u fryzjera... — odpowiedziałem. Chyba głupszej wymówki nie mogłem wymyślić. 
— Och tak... to dobrze... jak wróci, to koniecznie mi powiedz! Mamy do nadrobienia lata rozmów! No dobrze... a jak ty sobie radzisz, kochaneczku? Oglądałam z tobą ostatnio wywiad... bardzo mi przykro z powodu rozstania... na pewno nie jest to dla ciebie zbyt proste... widziałam, jak wiele Annie dla ciebie znaczy... no, ale czasem rozstania się zdarzają, naprawdę. Nie ma się czym przejmować... tylko nie zajadaj się tak w tym Kapitolu, żebyś za bardzo nie przytył, chłopcze... a skoro o tyciu mowa... Marlene ostatnio mnie odwiedziła... ach... ta dziewczyna rośnie w oczach! Pewnie cieszysz się, że zostaniesz wujkiem, co? Może poszedłbyś ją odwiedzić? I dziadka powinieneś też odwiedzić, tak bardzo za tobą tęsknił... mówiłam ci już? Chyba mówiłam... No nieważne... już nie przeszkadzam i ruszam w poszukiwaniu sera... do zobaczenia, chłopcze — powiedziała i powolnym krokiem ruszyła w stronę alejki z nabiałem, a ja wróciłem do zastanawiania się, które czekoladki powinienem wybrać. 

Posłuchałem starszej kobiety. Odwiedziłem Marlene... w sumie już wcześniej to planowałem. Nawet kupiłem w Kapitolu pluszaki dla dziecka. Nie wiem co prawda czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka, ale pluszaki to chyba uniwersalny prezent i każdy je lubi. 
Aktualnie stoję przed drzwiami domu mojej kuzynki, obładowany torbami z prezentami i czekam, aż ktoś wreszcie się nade mną zlituje. Po chwili, która zdaje się trwać wieczność, drzwi wreszcie uchylają się z głośnym skrzypnięciem, wychyla się przez nie Marlene. 
— Finnick! Co tu robisz? Już wróciłeś? — pyta i dokładnie w tej samej chwili wybiega zza drzwi i rzuca się na mnie w celu przytulenia.  
— Głupie pytanie, jeśli mnie widzisz, to chyba znaczy, że wróciłem, nie uważasz, młoda? A teraz puść mnie, bo mnie dusisz... — odzywam się. Marlene odsuwa się ode mnie. 
— Może wreszcie byłbyś cicho, staruszku... 
— Ej, ej, ej... młoda! Nie przeginaj! A w sumie to chyba powinienem nazywać cię grubaskiem... co ty na to? — spytałem, podnosząc z ziemi torby, które wypadły mi, kiedy kuzynka mnie przytuliła. 
— Jesteś uroczy jak zawsze... — powiedziała sarkastycznie. 
— No przecież mnie znasz... za bardzo się nie zmieniłem, od kiedy skończyłem dziesięć lat — odpowiadam, a na mojej twarzy pojawia się ogromny uśmiech.
— Niestety... dobra... chodź do środka... nie będziemy przecież stać przed drzwiami — oznajmiła i weszła do środka. Ruszyłem za nią. 
— Właściwie ja przyszedłem tu tylko na chwilę... chciałem dać prezenty dla malucha i powiedzieć, że przykro mi z powodu naszej tegorocznej trybutki... była siostrą twojego męża, tak? 
— Tak... dzięki, Finnick — powiedziała, gdy tylko weszła do salonu.
— A gdzie jest teraz Len? — spytałem i wszedłem za nią.
— Wiesz... trochę się pokłóciliśmy... trochę bardzo. No i... on tak jakby się wyprowadził... a raczej wyrzuciłam go z domu... jakiś tydzień czy dwa temu... ale nie chcę o tym mówić, dobra? — oznajmiła i usiadła na kanapie.
— Okej... powiedz tylko czy mam się na nim zemścić... wiesz... w szafie mam kilka trójzębów, a jak ktoś krzywdzi moich bliskich to... jestem zwycięzcą... nic mi nie zrobią — mówię i idę w jej ślady, siadając na kanapie.
— Nie, nie trzeba... może po jakimś czasie mu wybaczę... — wzdycha i na dłuższą chwilę zapada cisza. Wtedy do głowy przychodzi mi pewien pomysł.
— Marlene... a co byś powiedziała na jakieś ploteczki, makijaże i tym podobne? — pytam. Kuzynka patrzy na mnie ze strachem.
— No ty chyba żartujesz... nie zamierzam cię malować ani z tobą plotkować... i nie pozwolę ci mnie malować... wyglądałabym okropnie... — zaczyna. Przerywam jej tak szybko, jak mogę.
— Nie! To nie o mnie chodzi... myślałem, że może poszłabyś do Annie... ja w tym czasie odwiedziłbym dziadka, a wy byście pogadały, pośmiały się i w ogóle... tylko nie mów jej, że tu jestem, bo chcę, żeby miała niespodziankę...


_________________________________________________________________________________


Moi drodzy czytelnicy... najpierw o rozdziale, a potem będę się tłumaczyć. Taaak... rozdział to taka przejściówka... w kolejnym będzie wielkie spotkanie naszej ukochanej pary, a teraz był powrót Finnicka do Czwórki... mam nadzieję, że się Wam podoba, bo ja mam mieszane uczucia co do tego rozdziału...  co prawda jest dłuższy niż większość moich rozdziałów, ale chyba jest też trochę słabszy niż moje ostatnie rozdziały.
A teraz czas na moje tłumaczenia... co mogę powiedzieć? Zawiodłam. Zawiodłam na całej linii. Przepraszam, ale naprawdę nie mam czasu i sił... to nie są jakieś puste słowa, ale szczera prawda. Jednak... zasługujecie na trochę dłuższe wyjaśnienia. Dobrze... od kiedy zaczął się wrzesień moje życie polega na ciągłym biegu. Oczywiście głównym powodem jest szkoła i zajęcia dodatkowe. W tygodniu z tych wszystkich zajęć wracam naprawdę późno i nie mam czasu na nic. Oczywiście zostaje jeszcze weekend, ale wtedy jestem tak wykończona, że nie mam na nic sił. Rozumiem, że to brzmi jak słaba wymówka, ale jest to prawda... mam nadzieję, że mnie zrozumiecie i nie będziecie mieć mi za złe, że piszę tak rzadko...
Ach... i poinformuję, że... kolejny post pojawi się 28. 02. 2017 roku :D
Teraz... zachęcam do komentowania... Wasze komentarze zawsze dodają mi chęci i siły, także... rozumiecie XD