sobota, 9 grudnia 2017

Rozdział 1

CZĘŚĆ PIERWSZA
_________________________________________________________________________________


Słońce prażyło niemiłosiernie już od ponad miesiąca. Oczywiście w Dystrykcie Czwartym słoneczna pogoda była na porządku dziennym, lecz przez cały miesiąc było wyjątkowo skwarnie. Żar dosłownie lał się z nieba. Jednak tego dnia wszyscy obywatele Czwórki nagle przestali narzekać. Rozpoczął się wówczas doroczny festiwal, potocznie zwany "Tygodniówką", który, jak sama nazwa wskazuje trwał przez tydzień. Było to ostatnie siedem dni przed dożynkami, jednak wydarzenie to sprawiało mieszkańcom Dystryktu Czwartego tak wiele radości, że udawało im się na ten czas zapomnieć o nadchodzących wielkimi krokami Głodowych Igrzyskach.

Rozpoczęcie festiwalu zawsze było niezwykle radosne. Ludzie śmiali się, żartowali, poznawali się. Każdy uśmiechał się tak szeroko jak tylko mógł i wcale nie był to wymuszony uśmiech, w trakcie tych dni każdy był po prostu szczęśliwszy niż zwykle. Niektórzy sprzedawali smażone ryby, inni zielony chleb, a jeszcze inni najzwyklejszą w świecie lemoniadę. Organizowano różne atrakcje, takie jak konkurs na jedzenie ryb na czas, albo lekcje o morzu dla najmłodszych.

Najwięcej osób tłoczyło się przy prowizorycznej scenie, która w rzeczywistości była tratwą, gdzie miało miejsce oficjalne otwarcie festiwalu. Na początku przemawiał burmistrz Czwórki — Teodor Saltwater. Po przemowie zakończonej słowami "Bawcie się dobrze i zapamiętajcie te dni do końca życia" przekazał mikrofon wokaliście lokalnego zespołu muzycznego. To wtedy zaczęła się zabawa.

Wśród tłumu bawiącego się przy dźwiękach radosnej muzyki, błąkał się niewielki brązowy szczeniak z białą plamką na grzbiecie. Psiak wyglądał na zadbanego. Był wyczesany, gruby, a czerwona obróżka aż lśniła na jego szyi. Widać było, że się zgubił i chaos, panujący na plaży mocno go wystraszył. Zwierzak zaczął piszczeć, choć pewne było, że wśród tego hałasu nikt nie mógł tego usłyszeć.

W tym samym czasie, czternastoletni chłopiec przedzierał się przez tłum. Już na pierwszy rzut oka, można było zauważyć, że jego niezwykłe oczy o barwie morskiej zieleni, prześlizgują się po całej plaży w poszukiwaniu kogoś lub czegoś. Lecz nie widział, tego co chciał.

   — Brytan! Ty idioto! Gdzie jesteś? — zawołał, co spowodowało, że kilka twarzy momentalnie obróciło się w jego stronę i cóż... prawda jest taka, że ich miny wcale nie wyrażały aprobaty. Czternastolatek wyprostował się, a po chwili uśmiechnął najbardziej czarującym uśmiechem na jaki było go stać. — To ja sobie już pójdę... miłej zabawy. — Oznajmił głosem znacznie poważniejszym, a zarazem dojrzalszym niż powinien, co zabrzmiało wyjątkowo nienaturalnie, choć on się tym nie przejął i pewnym krokiem ruszył w przeciwną stronę.

Po dotarciu do ławek, stojących obok budki z rybnymi przekąskami, usiadł i ukrył twarz w dłoniach.

   — Świetnie. Właśnie zgubiłem w tłumie najlepszego przyjaciela. Po prostu cudownie... Boże... jakim ja jestem idiotą! Co mi do tego pustego łba strzeliło, żeby zabierać go na plażę podczas tygodniówki... — mówił sam do siebie. Po chwili usłyszał czyjś głos.

   — Hej, piesku... co tu robisz? Zgubiłeś się? — pytała jakaś dziewczynka.

Czternastolatek od razu obrócił głowę w stronę, z której dobiegł go jej głos i wreszcie znalazł to, czego szukał – Brytan, siedział u stóp rudowłosej dziewczynki, którą chłopiec znał z widzenia ze szkoły. Widok najlepszego przyjaciela od razu sprawił, że czternastoletni mieszkaniec Dystryktu Czwartego uśmiechnął się promiennie i pobiegł w jego stronę.

   — Brytan! Głupku ty! Jak mogłeś mi to zrobić? Szukam cię od godziny! — krzyknął, zbliżając się do czworonożnego kompana. Szczeniak, gdy tylko usłyszał jego głos kilka razy szczeknął i rzucił się na swojego pana, który właśnie uklęknął, aby przytulić swojego niesfornego, puchatego towarzysza, dając mu się lizać po rękach i twarzy. — Jeśli jeszcze raz mi to zrobisz to chyba cię uduszę, łobuzie ty jeden — mówił, tuląc się do zwierzaka.

Po tej chwili niezwykłej radości, chłopiec przypomniał sobie o obecności dziewczynki i stwierdził, że musi zrobić to, co na jego miejscu zrobiłby każdy inny gentleman — podziękować. Dlatego też wstał, otrzepał piasek z kolan, odchrząknął i odezwał się do rudowłosej.

   —  Hej, dziękuję za znalezienie tego małego potwora.

   — He... hej, to raczej on znalazł mnie, a nie ja jego — odpowiedziała tak cicho, że gdyby chłopiec stał chociaż krok dalej to najprawdopodobniej nie usłyszałby co mówiła.

   — Czemu mówisz tak cicho? — spytał. Dziewczyna spojrzała na niego wystraszona.

   — Ja? Po prostu tak mam... —  odparła, tym razem trochę głośniej, co nie uszło to uwadze chłopca, który od razu wyszczerzył zęby w uśmiechu.

   — Teraz powiedziałaś trochę głośniej — oznajmił. Dziewczynka na chwilę spojrzała na niego swoimi wielkimi, zielonymi oczami i już po chwili spuściła wzrok. — Nazywam się Finnick Odair, a ty?

   — Annie Cresta.

   — Cresta? Twój brat chodzi ze mną do klasy... w sumie jesteście nawet podobni... — zaczął, a wtedy jak na zawołanie pojawił się obok niego ciemnowłosy kolega z klasy.

   — Odair! Podrywaj kogo chcesz, ale mojej siostrzyczki to nawet nie próbuj! — zażartował, a Finnick w odpowiedzi wybuchnął śmiechem.

   — Nie wymagaj ode mnie niemożliwego, Cresta! Twoja siostra jest zbyt śliczna! Nie utrzymasz od niej chłopców z daleka... a już na pewno nie mnie, o czym powinieneś wiedzieć — oznajmił i uśmiechnął się do dziewczynki tak, że aż zmiękły jej kolana i gdyby nie siedziała to na pewno by upadła. Rudowłosa ponownie spuściła wzrok, a na jej twarz wpłynął ogromny rumieniec.

   — Grabisz sobie, przyjacielu! — krzyknął chłopak w żartach.

   — Och, ja po prostu jestem szczery i kto jak kto, ale ty chyba wiesz to najlepiej— odrzekł Finnick i uśmiechnął się szarmancko do siedzącej obok dziewczynki, przez co na jej policzki po raz kolejny wpłynęły rumieńce. Właściwie, jej twarz kolorem zaczynała przypominać dojrzałego pomidora.

   — Finnick! Już ci mówiłem, żebyś nie podrywał mojej siostry! Zwłaszcza, kiedy stoję obok ciebie!

   — Dobrze, dobrze! Już się tak nie denerwuj! Już sobie idę!

   Finnick zwrócił się do dziewczynki twarzą, skinął głową i odwrócił się, a następnie poszedł w stronę budki ze smażonymi rybami, a brązowy szczeniaczek pobiegł za nim. Rodzeństwo Cresta zostało same. Chłopiec rozsiadł się na ławce, a jego młodsza siostra obrzuciła go karcącym spojrzeniem.

   — Co? O co ci chodzi? — spytał chłopak.

   — On był miły! A ty potraktowałeś go okropnie! To jedyny chłopak jaki się do mnie odezwał! Kiedykolwiek! — zaczęła krzyczeć dziewczyna. Jej brat się roześmiał.

   — Po pierwsze... ja też jestem chłopakiem i jakoś się do ciebie odzywam, a po drugie...czyli tobie też Finnick Odair zawrócił w głowie... 

Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Tak samo było z Tygodniówką. Nadszedł ostatni dzień dorocznego festiwalu w Dystrykcie Czwartym, a co za tym idzie — dzień balu. Tego dnia każdy obywatel przyszedł na plażę ubrany w najlepszy strój na jaki było go stać.

Muzyka grała w najlepsze, gwiazdy i księżyc rozświetlały noc, a piękne pary tańczyły na całej plaży. Jednak pewna, rudowłosa trzynastolatka siedziała sama na ławce i snuła fantazje o tym, że ktoś poprosił ją do tańca. Dziewczyna łapała się na tym, że ten ktoś wcale nie był przypadkowy. Chciała, aby to Finnick Odair poprosił ją do tańca. Widziała, że nie powinna. Przecież rozmawiała z nim tylko raz. Jednak był on jedyną osobą, która z nią rozmawiała, nie licząc jej koleżanek. Liczyła na to, że choć trochę ją polubił. Widocznie się przeliczyła.

   — Annie! Czemu nie tańczysz? — zawołała Ariadna, jej najlepsza przyjaciółka.

   — Nie mam z kim... poza tym obserwuję, jak wszyscy tańczą i bawię się dobrze... — zaczęła się tłumaczyć dziewczynka.

   — Bzdury! — krzyknęła Iris, druga jej przyjaciółka. — Nie bawisz się dobrze, tylko obserwujesz dobrą zabawę! Poza tym! Możesz tańczyć z nami! Albo ze swoim bratem!

   — Mam zatańczyć z Dennisem? Nawet tak nie żartuj!

   — No to zostajemy my! Wstawaj! — powiedziały chórem Aria i Iris. Annie popatrzyła na nie niechętnie, ale ostatecznie przystała na ich propozycję.

Bawiła się dobrze. Co prawda nie tak to sobie wymarzyła, bo nie tańczyła z chłopcem o niezwykłych oczach, a razem z koleżankami. Jednak nie było na co narzekać. W końcu lepszy rydz niż nic, prawda?

Po kilku piosenkach, gdy Annie zaczęła narzekać na ból stóp, do przyjaciółek dołączył Dennis Cresta.

   — Uuuu... siostrunia potrafi tańczyć! — powiedział.

   — I to lepiej niż ty! — odgryzła się dziewczyna.

   — Nie tak ostro, siostro! Nie powinno się szanować starszych? — spytał i uśmiechnął się ironicznie.

   — Nie, jeśli chodzi o ciebie — odpowiedziała, po czym pokazała mu język, co było dość dziecinnym gestem, jednak rodzeństwo uwielbiało tak się ze sobą drażnić. Chłopiec pokręcił głową i zaczął się śmiać.

   — No dobra! My tu gadu gadu, a ja przyszedłem tu w pewnym celu! Iris, zatańczysz ze mną? — spytał i nie czekając na odpowiedź, porwał dziewczynę do tańca.

Annie i Ariadna zostały same, choć nie na długo, bo wkrótce ktoś przyszedł i poprosiła do tańca Arię. Rudowłosa postanowiła wracać do domu. W końcu już nie miała nawet z kim tańczyć. Ruszyła ku wyjściu, a gdy była jakieś dziesięć metrów od niego, poczuła, że ktoś złapał ją za rękę. Odwróciła się, myśląc, że zobaczy swojego brata, ale to wcale nie był Dennis. Dziewczyna wpatrywała się w wyjątkowe oczy o barwie morskiej zieleni.

   — Zatańczymy? — spytał Finnick Odair, a Annie nie mogła wykrztusić z siebie żadnego słowa, więc jedynie pokiwała głową. Chłopak uśmiechnął się, a w jego policzkach pojawiły się dołeczki. Po chwili ruszyli do tańca.

Trzynastolatka nie mogła uwierzyć, że działo się to naprawdę. To wydawało się zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe. Tańczyła z Finnickiem Odairem. Jego dłonie były szorstkie, ale jednocześnie delikatne. Miała wrażenie, że obejmowały jej dłonie tak, jakby były jakimś kruchym skarbem. Serce w jej piersiach biło w zawrotnym tempie.

Piosenka skończyła się dość szybko. Zdaniem dziewczynki – zbyt szybko. Finnick uśmiechnął się do niej, ukłonił i pocałował jej dłoń. Policzki rudowłosej przybrały barwę dorodnych pomidorów, ale również się ukłoniła, a gdy chłopiec wrócił w sam środek tłumu, ona odwróciła się do bramy i wyszła, kierując się do domu.

To zdecydowanie był najlepszy moment całego jej trzynastoletniego życia. Już wtedy wiedziała, że nigdy tego nie zapomni.



_________________________________________________________________________________


Dziś mija dokładnie miesiąc od zakończenia poprzedniej historii, dlatego pomyślałam, że to idealny moment na wstawienie pierwszego rozdziału nowej historii.
Przyznam, że rozdział ten pisało mi się naprawdę niezwykle przyjemnie i mam ogromną nadzieję, że Wam przyjemnie się go czytało, a swoimi wrażeniami i swoją opinią podzielicie się ze mną w komentarzach :) 

poniedziałek, 20 listopada 2017

Prolog

Rozgrzane niemal do czerwoności słońce właśnie chyliło się ku zachodowi i chowało w fałdach oceanu, zupełnie jakby chciało się schłodzić. W oddali słychać było szum fal i krzyk mew, które przekrzykiwały się wzajemnie. Ptaki zdawały się prowadzić jakąś niezwykle ważną i porywającą dyskusję. Odgłosy te uspokajały kobietę, siedzącą na tarasie jednego z domów w Wiosce Zwycięzców. Przypominały jej o wszystkich dobrych rzeczach, które miały miejsce w jej życiu. Sprawiały, że z jej zielonych oczu wylewały się kolejne litry łez, ale ona to lubiła. Siedziała zawsze w milczeniu i pozwalała słonym kroplom spływać swobodnie po jej twarzy. Rozmyślała. Wspominała. Różne obrazy przewijały się w jej myślach. W większości były one dobre, ale świadomość, że to, co widzi, nie może nigdy powrócić, powoli ją zabijała. Zabijała ją od ponad osiemnastu lat.

Z zamyślenia wyrwało ją ciche skrzypienie podłogi. Ktoś się zbliżał. Kobieta otarła łzy rękawem starego swetra i zerknęła za siebie. Ujrzała chłopca, a raczej młodego mężczyznę, choć dla niej już zawsze będzie chłopcem, niosącego dwa kubki z jakimś napojem, prawdopodobnie herbatą. Spojrzała prosto w jego oczy. Oczy, w kolorze oceanu. Oczy, które zna tak dobrze. Oczy, w które patrzenie sprawia jej wiele bólu i radości. Oczy, które tak boleśnie kocha. Odwróciła wzrok, a łzy znów zaczęły szczypać ją pod powiekami. Nie pozwoliła im wypłynąć. Nie tym razem. Nie przy nim. Przy nim musi być silna. Przy nim jest silna. Jest silna już od osiemnastu lat.

— Mamo? — zaczął młody mężczyzna, odpowiedział mu jedynie szum oceanu i skrzek mew. — Mogę się przysiąść? Mam herbatę... — Nie poddawał się. On nigdy się nie poddawał. Nienawidziła tej jego upartości. Chociaż z tym mógł udać się w nią, a nie w niego.

Kobieta pokiwała jedynie głową, ale nie odezwała się ze strachu, że głos zdradzi wylane przed chwilą litry łez. Na twarzy młodzieńca wykwitł uśmiech. Usiadł na ławce obok matki i postawił obydwa kubki z herbatą na stoliku przed nimi. Przez chwilę wpatrywał się w wodę, potem przeniósł wzrok na matkę. Powoli zaczynało się ściemniać, ale dostrzegł czerwone ślady na jej twarzy. Od razu domyślił się ich pochodzenia.

— Płakałaś? — spytał tonem przepełnionym poczuciem winy. Otulił ją mocniej kocem i przytulił się do niej. — Czy to moja wina? — odezwał się po chwili. W jego gardle zaczęła narastać gula, przeszkadzająca mu mówić. Nienawidził tego uczucia. — Ja wiem, że czasem zachowuję się jak skończony kretyn, ale... wiesz przecież, że kocham cię najbardziej na świecie i nie chcę, żebyś cierpiała... — zaczął się tłumaczyć. Nie wiedział tylko, czy przed nią, czy przed samym sobą.

— Nie — wychrypiała. — To nie twoja wina... po prostu coś mi się przypomniało... — powiedziała. Pomiędzy nimi przez moment panowała cisza. — To moja herbata? — spytała po chwili kobieta.

— Tak, tak — odpowiedział pośpiesznie młodzieniec. — Bez cukru. Taka, jaką lubisz najbardziej — dodał po chwili, dumny z siebie, że pamiętał.

Kobieta uśmiechnęła się i wypiła łyka herbaty, po czym skrzywiła się niezauważalnie. Prawda była taka, że nienawidziła gorzkiej herbaty, ale słodzona przyprawiała ją o mdłości tak samo, jak cukier w kostkach.

— Dziękuję, że pamiętałeś — powiedziała i odłożyła kubek na miejsce. Znów zapanowała cisza.

— Mamo... — powiedział po dłuższej chwili młody mężczyzna. — Bo ja... ja nie wiem jak to powiedzieć, ale... pamiętasz, że jutro mam urodziny, prawda? No więc... chciałem poszukać prezentu... tak wiem, że to dziecinne zachowanie, ale wiesz... taka tradycja, prawda? — zaśmiał się. Kobiecie jednak nie było do śmiechu. Jej milczenie było dla niego najlepszym upomnieniem. — Nieważne. W każdym razie zamiast prezentu... znalazłem... a raczej zobaczyłem na twoim łóżku... to... — powiedział i wyjął z kieszeni złożoną kartkę papieru. — To od taty, prawda? — Nie musiała nawet na to patrzeć, aby znać odpowiedź. Wiedziała, że to ostatni list, jaki dostała od męża. Pokiwała głową. — Czy możesz mi o nim opowiedzieć? Ale wiesz... chcę, żebyś opowiedziała mi wszystko. Wszystko o tacie i tobie. Chcę wiedzieć, jak się poznaliście, zakochaliście... wszystko. Opowiesz mi? — spytał pełen nadziei. Uśmiechnęła się do niego.

— Dobrze — odpowiedziała. — Wszystko zaczęło się...



_________________________________________________________________________________


Moi drodzy czytelnicy! Ostatnio był koniec, a teraz jest nowy początek! Mam ogromną nadzieję, że prolog się Wam spodobał, bo mi pisało się go bardzo przyjemnie :) 
Oczywiście zachęcam także do zostawienia komentarza ze swoją opinią :D 
Pierwszego rozdziału tej historii możecie się spodziewać w grudniu :D

niedziela, 19 listopada 2017

Trochę takich pierdół na początek... część 2

Taaaak... postanowiłam dodać taki post organizacyjny, bo sami rozumiecie... nowa historia to tak jakby nowy blog, a z racji tego, że prowadzenie tego bloga rozpoczęłam od postu o takim tytule to... to właśnie czytacie tę notkę.

Na początku parę informacji i ciekawostek... czyli zmiany na tym blogu... 
Po pierwsze... jak (być może) zauważyliście zniknęło kilka zakładek (ale wkrótce pojawi się kilka nowych). 
Nie zobaczymy więcej zakładki z Blogowymi Akcjami, czyli "Uroczystości w Czwórce", a zakładka "Propaganda Kosogłosa" czyli zakładka poświęcona promocji filmu Kosogłos cz.2 odeszła już w zapomnienie. 
Za to będziecie mogli dowiedzieć się co nieco o autorce tego bloga w nowej zakładce "Gamemaker", która treścią przypomina taką samą zakładkę z innego mojego bloga (który w tej chwili jest nieaktywny, gdyż, iż, ponieważ... nie mam czasu na prowadzenie miliona blogów, więc postanowiłam skupić się na jednym).  A jak nadejdzie odpowiedni moment poproszę Was także o przywitanie i zapoznanie się z zakładką "Historia Dystryktu", gdzie zamiast historii dystryktu można będzie przeczytać co nieco o historii tego bloga (czyli takie "Co? Po co? I dlaczego?" tego bloga). 

Dobrze, dobrze... ja tu się rozpisuję, a Wy pewnie się zastanawiacie co z rozdziałami... cóż... kilka mam już napisanych na zapas, ale tym razem będę mądrzejsza niż kiedyś i... nie będę dodawała ich wszystkich na raz. Będą pojawiały się raz/dwa razy w miesiącu. Sami rozumiecie...  w tym roku piszę maturę... a co za tym idzie... będę miała mało czasu na pisanie... a nawet powiem więcej... od kwietnia aż do ostatniego egzaminu, który będę zdawać... nie będę pisać wcale, bo będę zbyt zajęta nauką do tego egzaminu dojrzałości i poprawianiem ocen na koniec roku szkolnego. Jednakże... potem wrócę do pisania i być może nawet reaktywuję inne blogi.

W sumie... myślę, że wypadałoby też napisać... czemu postanowiłam napisać nową historię, zamiast kontynuowania starej...
Cóż... zacznę od tego, że potrzebowałam jakiejś zmiany... pisanie tamtej starej historii już nie sprawiało mi takiej radości jak na początku i miałam wrażenie, że odbijało się to na jakości nowych rozdziałów... a nie chciałam męczyć Was i siebie.
Dlaczego nie sprawiało mi to tyle radości? Cóż... w wakacje chciałam przeczytać wszystkie rozdziały na tym blogu od początku... jednak przy rozdziale 15 się poddałam... zauważyłam, że prawie nic się tu nie dzieje, a postacie, będące bohaterami tego bloga są papierowi i nie mają własnych charakterów. Postanowiłam, więc, że muszę coś z tym zrobić... wtedy zapadła decyzja o zakończeniu tej historii. Traf chciał, że akurat tego samego dnia obejrzałam po raz kolejny Kosogłosa... wtedy do głowy wpadł mi pewien pomysł... pomysł na nową historię Finnicka i Annie. Wtedy zapadła decyzja o stworzeniu nowej historii z nowymi bohaterami, z nowymi wydarzeniami, kompletnie nowa historia.
Mam nadzieję, że ta nowa historia spodoba Wam się tak jak ta stara, a może nawet bardziej :)
A oto opis nowej historii:

Nasza historia jest inna niż wszystkie. To nie jest kolejna historia o miłości w trudnych czasach. To historia przetrwania. To historia znajomości, powoli przeradzającej się w coś więcej. To historia, w której stykają się ze sobą dwa różne światy. To historia o poświęceniu. To historia zaczynająca się od małego, zagubionego szczeniaka na plaży. To nasza historia. Nasza. Choć NAS już nie ma.

Prolog już jutro... czekacie? :D

czwartek, 9 listopada 2017

Epilog

Drogi Finnicku, 


nawet nie wiesz jak bardzo za Tobą tęsknię. Mijają dni, tygodnie, miesiące, lata, a ja wciąż budzę się, mając przed oczami obraz Ciebie, rozrywanego na strzępy przez stworzenia, będące połączeniem człowieka i jaszczurki. Wtedy zawsze zalewam się łzami i tracę chęci do dalszego życia.
Jednak jest jedna mała rzecz, która pomaga mi przez to przejść. Właściwie to nie rzecz, a osoba. Nasz syn. Nasz syn. Jak wspaniale to brzmi, nieprawdaż? Chciałabym usłyszeć to z Twoich ust. Chciałabym usłyszeć jak mówisz "nasz syn". Chciałabym znów usłyszeć Twój głos. Chciałabym znów Cię zobaczyć. Chciałabym Cię przytulić. 
Jednak to niemożliwe. 
Cieszę się, że mam chociaż tę małą namiastkę Ciebie. 
Widzę Cię w nim. Ma Twoje oczy. Jest młodym przystojniakiem. Wszyscy mówią, że wygląda zupełnie jak Ty, gdy byłeś niemowlęciem. 
Odziedziczył po Tobie coś więcej. On jedyny potrafi mnie uspokoić. Gdy zaczynam płakać, gdy pojawiają się chwile zawahania, gdy pojawiają się ataki, on zaczyna krzyczeć tak głośno, że czasem dziwię się, że Ciebie to jeszcze nie obudziło. Wtedy mi się polepsza. Wtedy przypominam sobie, że nie mogę go zostawić. Kocham go. Kocham go za nas obojga, Finnick. 
Ojcem chrzestnym małego Bena został Peeta, a matką chrzestną Katniss. Początkowo chciałam tę rolę powierzyć Johannie, jednak... Katniss się załamała, wiesz? Straciła Prim. Pomyślałam, że skoro trzymanie Bena za rączkę pomaga mi, może pomoże też jej. I wiesz co? Chyba nawet trochę pomogło. 
U reszty naszych znajomych wszystko jest w porządku. Twój dziadek i pani Lend odwiedzają nas codziennie i bardzo mi pomagają. Marlene z córeczką tak samo. Johanna dzwoni kilka razy dziennie i już zapowiedziała, że wkrótce  znów mnie odwiedzi, bo twierdzi, że nigdy by sobie nie wybaczyła, gdybym zrobiła coś sobie i Benowi, w końcu obiecała Ci, że będzie mi pomagać. 
Wszystko zaczyna się układać i choć wiem, że nigdy nie będę w pełni szczęśliwa, i choć wiem, że nigdy już Cię nie odzyskam, zaczynam czuć spokój. Jednak jedno jest pewne, Finnick.
Kocham Cię, tęsknię i nigdy nie przestanę. Zajmujesz wyjątkowe miejsce w moim sercu i nigdy, przenigdy Cię nie zapomnę. Nigdy nikt i nic nie będzie w stanie Cię zastąpić.

Twoja na zawsze, 
Annie.


PS Pokazałam Benowi nasze miejsce, te, w którym wszystko się zaczęło. Kiedyś opowiem mu całą naszą historię i boję się tego momentu, bo wiem, że będzie to okropnie bolesne, ale wiem też, że sobie poradzę. Będziesz wtedy przy mnie. Tak jak teraz. Bo jesteś w moim sercu. Nigdy mnie nie opuściłeś. Wiem to. Jestem pewna.
PPS Pozdrów ode mnie Mags. 


_________________________________________________________________________________



Skarby, moje kochane... to już koniec. Ostatnie słowa tej historii właśnie zostały napisane. Wiem, że nie zawsze i nie wszyscy czytacie notki, które piszę pod rozdziałami (bo wiem, że czasem za bardzo się rozpisuję... teraz też tak będzie, za co przepraszam), jednak mam nadzieję, że wszyscy przeczytacie tą ostatnią. Mam także nadzieję, że wszyscy zostawicie komentarz pod epilogiem tej historii. 
Dobrze... szczerze powiem, że o epilogu myślałam już od założenia tego bloga, ale... do ostatniej chwili nie wiedziałam jak to napisać. Liczę na to, że spodobało Wam się to co tu przeczytaliście. 
Dobrze... jednak teraz czas na... wyjaśnienie dlaczego epilog pojawił się akurat dziś. (Tak, wiem... strasznie to przeciągam, ale koszmarnie boję się końca, dobrze?) Tak, ta data nie jest przypadkowym dniem. Dla mnie jest to dzień wyjątkowy. Dziś oprócz tej historii... oficjalnie kończy się moje dzieciństwo. Tak, dokładnie dziś kończę osiemnaście lat, dlatego pomyślałam, że to idealny dzień na wstawienie tego rozdziału. Pomyślałam, że to będzie idealny dzień na zakończenie tego niezwykle ważnego dla mnie etapu, który ciągnął się od końcówki gimnazjum do ostatniego roku liceum. W tym czasie mogliście zauważyć, jak bardzo zmienił się mój styl pisania (no może nie jakoś bardzo, ale postępy jakieś są, nawet ja nie mogę zaprzeczyć XD) i ja... wiecie... na początku byłam dziewczynką, która najbardziej na świecie pragnęła zatrzymać czas (a najlepiej cofnąć) i być wiecznie dzieckiem. Potem pogodziłam się z upływem czasu i wreszcie zaczęłam dorastać, zaczęłam poszukiwania siebie samej, swojej własnej drogi. Teraz... w tym ostatnim etapie jestem już oficjalnie dorosła (oficjalnie, bo w sercu nadal jestem dzieckiem XD) i myślę, że odnalazłam siebie i ścieżkę, jaką chcę podążać. I teraz... chcę podziękować Wam za to, że byliście ze mną wtedy, że jesteście ze mną teraz, dziękuję za te wspaniałe komentarze, które nie raz podniosły mnie na duchu, które nie raz spowodowały, że popłakałam się ze szczęścia. Dziękuję Wam za to, że jesteście i za to, że byliście ze mną. 
Bardzo dziękuję Wam wszystkim za to, że czytaliście to co pisałam (a wiem, że czasem było to nie lada wyzwanie).
Dziękuję także za te cudowne komentarze, jakimi zawsze mnie motywowaliście i wywoływaliście uśmiech. Chciałabym teraz wymienić osoby, które mnie motywowały najbardziej :) Albo sprawiły, że śmiałam się tak głośno, że nawet nie chcę wiedzieć co rodzice musieli o mnie pomyśleć XD
Dziękuję anonimowej osobie, która zostawiła pierwszy na tym blogu komentarz, dziękuję Mari (która jest ze mną chyba od początku), dziękuję Dolly (z którą zawsze prowadziłam dziwne rozmowy w komentarzach XD), dziękuję Viks Follow i PinQ Lawsbian (które zawsze zostawiały niemiłosiernie długie — jak kocham to określać — komentarze, które zawsze wywoływały ogromny uśmiech na mojej twarzy), dziękuję Bang My Hands (z którą zawsze prowadziłam niezwykle ciekawe rozmowy), dziękuję J Sz. i AT (które wciąż mnie motywują do dalszej pracy), dziękuję Malwinie Banach (która zmotywowała mnie do przeczytania Harry'ego Pottera), Love Hunger Games, Karolinie Mellark, Płonącemu Kosogłosowi, Magic Creature, Oleverd, Aaliyah Hunger Games, Lilla18, zhal986, Evelyn, osobie podpisującej się "Wielka Fanka Twoich Rozdziałów", Coriolanusowi Snowowowi (nie mam zielonego pojęci czy powinnam odmienić tę nazwę), Gabrieli, Justynie Nie Ważne, Hope i wszystkim innym czytelnikom tego bloga, którzy komentowali (ale przez moje gapiostwo ich tu nie wymieniłam), albo nie komentowali, ale czytali... no cóż... dziękuję Wam wszystkim! Jesteście najlepszymi czytelnikami pod słońcem! ♥♥♥ Nawet nie wiecie jak bardzo chciałabym Was teraz przytulić!!! ♥♥♥
I... tak jak mówiłam... 20 listopada pojawi się prolog nowego opowiadania... a dzień wcześniej czyli 19 listopada pewien post, na który także zapraszam :) 

sobota, 14 października 2017

Rozdział 130 — Amulet na szczęście

FINNICK


Czas leciał niezwykle szybko. Nim się spostrzegłem, a wszystkie moje smutki minęły bezpowrotnie i byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Nim się obejrzałem, stałem na ślubnym kobiercu razem z kobietą mojego życia. 
Jednak jedna rzecz nie dawała mi spokoju. Wojna. Nie mogłem pozwolić na to, aby moja rodzina żyła w kraju ogarniętym niepokojem. Nie mogłem pozwolić na to, abyśmy ukrywali się przed niebezpieczeństwami całe życie. 
Walczyłem. Pojechałem do Kapitolu, gdzie dołączyłem do tak zwanej Drużyny Gwiazd. Dopiero w stolicy Panem dowiedziałem się, że nie będziemy brać czynnego udziału w walce, a jedynie nagrywać kolejne propagity, zagrzewające ludzi do boju. Tworzyli z nas kogoś, kim wcale nie byliśmy. Ukazywali nas jako bohaterów, a wcale nie zasłużyliśmy na to miano. 
Pewnego dnia straciliśmy jednego członka drużyny — Leeg 2. Wkrótce przysłano do nas kogoś, kto miał ją zastąpić. Był to Peeta.
Dla mnie była to powtórka z Ćwierćwiecza Poskromienia. Trafiliśmy do miejsca pełnego pułapek. Musieliśmy chronić Kosogłosa i chłopaka, którego kochała.

Pewnego dnia zginęliśmy. Przynajmniej tak myśleli wszyscy dookoła. W Kapitolińskiej telewizji co chwilę pokazywały się nasze twarze, podpisane imionami, dystryktami, z których pochodziliśmy i ostatecznie też słowem "martwy" lub "martwa".
Uważali to za największy sukces. Śmieszyło mnie to. Choć jednocześnie martwiłem się o to, jak Annie to odbierze.

Pewnego razu, gdy Peeta po raz kolejny poprosił mnie o to, abym skrócił jego cierpienia, przypomniałem sobie o wisiorku, który miał przynieść mi szczęście. Zdjąłem go  z szyi i podałem mu. Chłopak spojrzał na mnie zdziwiony.
   — To mój amulet. Ma przynosić mi szczęście. Daję ci go z prośbą, żebyś po tym wszystkim oddał go Annie... wiesz... gdyby mi się coś stało. Ty musisz żyć, a ja zrobię wszystko, żebyś przeżył, rozumiesz?
Chłopak początkowo nie chciał się zgodzić, ale ostatecznie nie miał wyboru. Ja dokonałem swojego.

Zostaliśmy zaatakowani przez zmiechy. Walczyłem z trzema na raz. To wtedy do mnie dotarło, że to koniec. Tym razem nie miałem być zwycięzcą.
Widzę maszt łodzi, srebrny spadochron, roześmianą Mags, różowe niebo, trójząb Beetee'ego, Annie  w sukni ślubnej, fale uderzające o skały. 
Wybacz mi, Annie. Wybacz mi. Wybacz...


ANNIE


Nie było mnie przy nim. Umierał w samotności. Umierał w męczarniach.
Teraz ja będę tak żyć.
On zmarł żywy. Ja żyję martwa.

Nie zasługiwałam na niego. Johanna cały czas boleśnie mi o tym przypominała.
   — Zginął, żebyś mogła żyć w bezpiecznym miejscu! A ty teraz tylko ryczysz i, ryczysz i jeszcze chcesz się zagłodzić! Myślisz, że po to walczył?! Weź się w garść! Zawsze wiedziałam, że on był dla ciebie za dobry... teraz swoim zachowaniem jedynie to potwierdzasz — oznajmiła mi po jakimś czasie spędzonym w Kapitolu.
Właśnie wtedy zrozumiałam. Wtedy zrozumiałam, że muszę żyć. Wtedy zrozumiałam, jak głupia byłam. Wtedy po raz pierwszy od chwili, gdy dowiedziałam się o losie Finnicka, postanowiłam zjeść śniadanie, choć później i tak je zwróciłam.

Poszłam na spacer. Spotkałam tam Peetę.
   — Hej, jak się czujesz? — spytał. Nie odpowiedziałam. — No tak... głupie pytanie. Jak masz się czuć... Przepraszam...
   — Nie masz za co przepraszać — powiedziałam cicho.
   — W ogóle... to właśnie cię szukałem... — oznajmił i wyciągnął coś z kieszeni. — Widzisz... Finnick dał mi to i prosił, abym ci przekazał, jeśli coś mu się stanie. On od początku wiedział, że przeżyję... chronił mnie... pomagał. Nigdy już nie będę w stanie mu podziękować, ale... chciałbym, żebyś wiedziała, że... jeśli będziesz potrzebowała jakiejkolwiek pomocy... to proszę, żebyś zwróciła się z tym do mnie... tylko tak będę w stanie mu się odwdzięczyć — dodał i przekazał mi amulet, który miał chronić mojego męża. W moich oczach pojawiają się łzy.
   — Dziękuję — wyszeptałam i przytuliłam się do chłopaka.
   — Finnick był wspaniałym człowiekiem — powiedział Peeta.
Miał rację. Finnick był najlepszym człowiekiem, który zginął, abym mogła żyć w wolnym miejscu. Dlatego nie mogę się poddać. Muszę walczyć. Będę walczyła dla niego, tak samo, jak on zginął dla mnie.


_________________________________________________________________________________


Moi najukochańsi czytelnicy... to już ostatni rozdział (tej historii). Następny będzie epilog. Szczerze? Naprawdę ciężko mi się to pisało, ale mam nadzieję, że dałam radę i że rozdział się Wam podoba :)
No cóż... epilog pojawi się w listopadzie (dokładniej w drugim tygodniu listopada) i tak samo będzie z prologiem nowego opowiadania... z tym że prolog nowego opowiadania pojawi się 20 listopada... czyli dokładnie w drugą rocznicę premiery Kosogłosa cz.2 :) 

niedziela, 24 września 2017

Rozdział 129 — Trzynastka

FINNICK


Każdy dzień był taki sam. Rano budziłem się, dostawałem śniadanie o wyznaczonej godzinie, a po zjedzeniu tej beznadziejnej i bezsmakowej papki zaczynałem terapię, która polegała na wiązaniu węzłów, raz po raz, tak jak robiła to moja matka, gdy oczekiwała powrotu ojca. To wspomnienie bardzo wryło się w moją pamięć. Szkoda tylko, że po wielu latach zapomniałem, jak wyglądali. Minęło dziesięć lat, a ja nie potrafię już odtworzyć w myślach wyglądu moich rodziców. Czy za dziesięć lat tak samo będzie z twarzą Mags? Czy wciąż będę pamiętał nasze rozmowy, lecz zapomnę, jak brzmiał jej głos? Czy wciąż będę pamiętał to, jak cieszyła się szczęściem moim i Annie, lecz zapomnę, jak wyglądał jej uśmiech? Czy tym właśnie jesteśmy? Obrazem, który z czasem zaczyna się zacierać? Jeśli tak, to nasz los jest wyjątkowo okrutny. 

Jeden dzień znacznie różnił się od pozostałych. Był to dzień, gdy ogłoszono, że Katniss Everdeen wreszcie zgodziła się na współpracę z rebeliantami z Trzynastki. Wtedy też pierwszy raz wyszedłem z sali, w której zmuszony byłem egzystować. Spotkałem wtedy naszego Kosogłosa. Sama do mnie podeszła i zaczęła rozmowę. Poinformowała mnie, że zażądała uniewinnienia dla zwycięzców, znajdujących się w Kapitolu. Zażądała uniewinnienia dla Annie. Moja wdzięczność nie znała granic. Dzięki temu zacząłem mieć nadzieję. Zacząłem myśleć, że wszystko może być w porządku. To pomogło mi bardziej niż jakaś tam terapia. 

Potem było tylko lepiej. Chciałem nawet lecieć do Ósemki, ale ostatecznie nie pozwolono mi. Jednak w zamian otrzymałem nowy trójząb. Odzyskiwałem chęci do życia. Powoli, ale jednak. Lepszy rydz niż nic, prawda?

Pewnego dnia wszystko się zawaliło. Dosłownie. Trzynastka została zbombardowana i wszyscy obywatele i goście tego Dystryktu musieli udać się do schronu. Leżałem na łóżku i bawiłem się sznurkiem, raz po raz wiążąc węzły, rozplątując je i znów zawiązując. Przypominało mi to dom i te groźniejsze burze, gdy w całym Dystrykcie brakowało prądu i nie było co robić, więc bawiono się linkami. 
Nocą przyszła do mnie Katniss. Chciała porozmawiać. To wtedy zrozumiała, jak działa Snow. To wtedy zrozumiała, że Snow wykorzystuje nasze słabe punkty. U mnie jest to Annie. U Katniss jej rodzina i Peeta. Żałowałem, że nie powiedziałem jej o tym wcześniej. Ta dziewczyna była jedną z nielicznych osób, którym wówczas ufałem. Była moją przyjaciółką.

Po bombardowaniu, gdy wszystko zaczęło już powoli wracać do normy, razem z Katniss i Galem zostaliśmy wezwani do pomieszczenia, przypominającego dowództwo. Katniss miała nagrać kolejną propagitę. Wyszliśmy na powierzchnię. Cała powierzchnia pokryta była różami. Snow. Katniss od razu zrozumiała, co to znaczyło. Załamała się. To wtedy podjęto decyzję o sprowadzeniu z Kapitolu pozostałych zwycięzców. Annie miała do mnie wrócić, ale żeby to umożliwić, ja musiałem opowiedzieć o tym, co zrobił mi Snow. Miałem opowiedzieć o tym, jak kazał mi sprzedawać swoje ciało. Bolało. To było jak rozdrapywanie wciąż świeżych ran, jednak zrobiłbym wszystko, aby jej pomóc. Mógłbym opowiedzieć o tym miliony razy, jeśli to miałoby jej pomóc.

Po czasie, który strasznie się dłużył, wreszcie Haymitch przyszedł i oznajmił, że wrócili. Annie do mnie wróciła. Nigdy nie byłem szczęśliwszy niż w tamtym momencie.


ANNIE


Każdy dzień był taki sam. Rano budził mnie głośny krzyk Johanny. Potem gdy przesłuchanie zwyciężczyni z Siódemki dobiegało końca, rzucali nam nadgryzione jedzenie i wlewali wodę do miski dla psa. W południe odbywało się kolejne przesłuchanie, tym razem byli to rudzi awoksi. Po tym wszyscy zawsze siedzieliśmy w ciszy. Wieczorami zaczynało się przesłuchanie Peety. Potem zabierali go gdzieś, a przyprowadzali dopiero nad ranem.
Tak wyglądał każdy dzień. Wszyscy wokół mnie byli bici i torturowani, ale ja byłam omijana. Początkowo myślałam, że to ma być moja kara, moja tortura. Jednak potem z rozmowy dwóch strażników dowiedziałam się prawdy.
   — A co z nią? — spytał jeden z nich, wskazując na mnie głową.
   — To wariatka. Mamy zostawić ją w spokoju.
Wtedy zrozumiałam, że wszyscy wokoło tak na mnie patrzyli. Byłam jedynie wariatką. Życie same w sobie miało być dla mnie torturą.

Pewnego dnia wszystko zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Przybył ratunek.
Przetransportowano nas do Dystryktu Trzynastego, który już od dawna nie powinien był istnieć. Tam trafiliśmy do sali szpitalnej.
Po jakimś czasie drzwi otworzyły się. Weszli przez nie Katniss Everdeen, Haymitch Abernathy i...
   — Finnick! — krzyknęłam, przepełniona radością, gdy tylko go zobaczyłam. Od razu zaczęłam do niego biec. — Finnick!
Zauważył mnie. Wpadłam na niego i po chwili wtuleni w siebie upadliśmy na ziemię.
Nigdy nie byłam szczęśliwsza niż w tamtym momencie.


_________________________________________________________________________________


Witajcie, moi kochani Czytelnicy!
Na samym początku zapytam jak mija Wam nowy rok szkolny? Bo u mnie koszmarnie pracowicie i szalenie szybko! Naprawdę... nim się obejrzałam a tu już końcówka września!
No, ale znalazłam chwilę w tym ciągłym biegu, zwanym życiem i napisałam ten rozdział... może nie jest jakiś cudowny, ale liczę na to, że się Wam podoba i swoją opinię napiszecie w komentarzach, które zmotywują mnie do dalszego pisania :D
Chcę także przypomnieć, że został jeszcze jeden rozdział i epilog, a potem zaczynamy nową historię na tym blogu :D W związku z tym szykuję dla Was pewną niespodziankę, ale... skoro to ma być niespodzianka to nic więcej nie napiszę :D
No cóż... do następnego rozdziału! ♥

sobota, 2 września 2017

Rozdział 128 — Życie + Uwaga! Ogłoszenia!

FINNICK

Wszystko zaczyna do mnie docierać, dopiero gdy Katniss leży unieruchomiona na prowizorycznym łóżku, znajdującym się w poduszkowcu. Dopiero wtedy zaczynam rozumieć, jak dziewczyna musi się czuć. Pominięta? Prawdopodobnie. Oszukana? Bardzo możliwe. Zdradzona? Z całą pewnością. Źle czuję się z tym że ja jestem jednym z tych ludzi, którzy ją tak potraktowali. Źle czuję się z tym że nic jej nie powiedziałem.
   — Katniss — zaczynam, ale ona nie reaguje. — Katniss, przepraszam — mówię, choć ona pewnie i tak nie zwraca uwagi na słowa, które wypowiadam. — Chciałem wrócić po niego i po Johannę, ale nie mogłem się poruszyć — oznajmiam. Ona i tak nie reaguje. Może wraca myślami do areny? Może widzi chłopaka, którego pokochała? — Jest w lepszej sytuacji niż Johanna, bo nic nie wie, i bardzo szybko się tego domyślą. Poza tym nie zabiją go, jeśli dojdą do wniosku, że można go wykorzystać przeciwko tobie. 
   — Jak przynętę? — pyta. Kiwam głową w odpowiedzi, choć wiem, że siedemnastolatka tego nie widzi. — Tak samo, jak wykorzystają Annie przeciwko Tobie, Finnick? 
Coś we mnie pęka i zaczynam płakać. Annie nie ma dla nich żadnej wartości. Mogą zabijać ją mentalnie każdego chorego dnia, mogą ją torturować, bo sprawia im to przyjemność, mogą ją gwałcić, krzywdzić, bić, a ja nie mogę nic zrobić, nie mogę jej uratować, nie mogę jej chronić. Czy o to walczyłem na tej zasranej arenie? Chciałem tylko wrócić do osoby, którą kocham. Czy to dlatego wymagałem od niej wygranej w Głodowych Igrzyskach? Obawiam się, że nie. Po pewnym czasie zaczynam wyciągać z tej sytuacji okropne, lecz prawdziwe wnioski. 
   — Szkoda, że ona żyje. Wszyscy powinniśmy byli umrzeć, tak byłoby najlepiej. 


ANNIE


Wszystko mnie boli. Czy tak powinno być? Czy nie powinnam nic nie czuć? W końcu tamten mężczyzna strzelił we mnie... a może tylko mi się wydawało? Nie, na pewno mi się nie wydawało. Często rzeczywistość miesza mi się z moją wyobraźnią, ale jeszcze nigdy nie było to aż tak realistyczne. Jeszcze nigdy nie czułam wtedy takiego bólu. To musiała być prawda. 
Powoli otwieram oczy, wszechobecna w pomieszczeniu biel razi mnie. Staram się podnieść, ale prawe ramię boli mnie do tego stopnia, że po chwili rezygnuję z tego pomysłu i jedynie wyduszam z siebie cichy jęk.
   — Nie przesadzaj. Oberwałaś jedynie środkiem usypiającym, a nie prawdziwą kulką — oznajmił ktoś ostro. Znam ten głos.
   — Johanna! Uspokój się... przecież nie ma sensu, żeby się kłócić... nie wiemy, jak długo będziemy tu siedzieć, a chyba lepiej żyć w przyjaznej atmosferze? — powiedział jakiś chłopak.
   — Nie. Lepiej siedzieć samemu w domu — warknęła dziewczyna.
   — Johanna? Johanna Mason? — spytałam, choć jestem niemal pewna, że odpowiedź będzie twierdząca. — Co tu robisz?
   — Aktualnie planuję morderstwo wszystkich ludzi, którzy mnie tu zamknęli. Masz może pomysł, jak mogę to zrobić? — odparła dziewczyna z wyraźną niechęcią w głosie.
Niepewnie podpieram się na drugim ramieniu i siadam, dusząc w sobie jęk bólu, który usiłował opuścić moje usta. Rozglądam się po pomieszczeniu i zauważam, że nie ma tu praktycznie nic, oprócz sufitu, podłogi, trzech ścian oraz krat, oddzielających mnie od chłopaka, który chwilę temu upomniał Johannę. Ma pozlepiane blond włosy, opadające mu na czoło i nosi strój z ćwierćwiecza poskromienia, co sprawia, że wiem, kim jest, jeszcze zanim się przedstawi.
   — Jestem Peeta Mellark, a ty?
   — Annie Cresta — odpowiadam niepewnie. Chłopak patrzy na mnie przez chwilę i uśmiecha się.
   — Na arenie... poznałem Finnicka... chyba jesteście ze sobą blisko, prawda? — pyta.
   — Tak, czy... czy Finnick tu jest? — Uśmiech schodzi z twarzy chłopaka.
   — A widzisz go tu? — warczy Johanna.
Potem obydwoje mówią coś jeszcze, ale ja już nie słucham. Zakryłam dłońmi uszy i śpiewam. Śpiewam wszystkie możliwe piosenki, jakie przychodzą mi do głowy, aby się uspokoić, ale nie potrafię. Nie potrafię, bo wiem, że Finnick nie żyje. Zginął na tej głupiej arenie, a wraz z nim moja chęć do życia.


_________________________________________________________________________________


Hej, hej, hej, moi drodzy czytelnicy! Na samym początku... pragnę Was przeprosić, że tak koszmarnie długo zwlekałam z wstawieniem tego rozdziału. Mam nadzieję, że nie jesteście na mnie źli z tego powodu :) 
Liczę również na to, że rozdział się Wam podobał i swoją opinię zostawicie w komentarzu :) 
Mam też kilka ogłoszeń... 
Jak wiecie zbliża się rok szkolny (nad czym strasznie ubolewam, jak za pewne większość z Was XD) i znaczy to, że rozdziały będą pojawiać się jeszcze rzadziej... znaczy... z racji tego, że i tak pojawiają się rzadko to liczę na to, że za bardzo tego nie odczujecie, jednak... sami rozumiecie... w tym roku kończę szkołę i muszę skupić się na nauce, oczywiście rozdziały będą się pojawiać i będę wstawiała je tak często jak będę mogła :) Może to nie było jakoś ważne ogłoszenie, ale chciałam Wam o tym napisać, żebyście wiedzieli, że pisanie rozdziałów na tego bloga i czytanie Waszych wspaniałych komentarzy jest dla mnie niezwykle ważne i nigdy z tego nie zrezygnuję, a już na pewno bez wcześniejszego poinformowania Was o tym... także... chcę powiedzieć, żebyście się nie martwili, bo bloga nie opuszczę :) 
Kolejna i już przyjemniejsza informacja jest taka, że... kilka dni temu ten blog skończył już 2 i pół roku! I bardzo dziękuję za to, że nadal czytacie tego bloga :) Jesteście najwspanialszymi czytelnikami na świecie i jestem niezwykle wdzięczna, że mogłam Was poznać ♥
Jest także informacja, że jeszcze dwa rozdziały, epilog i... zaczynamy nową serię na tym blogu :) Mam nadzieję, że ta nowa historia Finnicka i Annie spodoba Wam się tak, jak spodobała się ta, a może nawet bardziej i nadal będziecie zostawiać te wspaniałe i niezwykle motywujące komentarze :) 
No to tyle (bo te ogłoszenia są prawie tak długie jak rozdział), chciałam Wam życzyć udanej końcówki wakacji i jak najlepszych ocen w nadchodzącym roku szkolnym :)