piątek, 18 maja 2018

Ogłoszenie

Tak... miałam napisać zaraz po maturach, a piszę kilka dni po... mam nadzieję, że nie jesteście źli, ale te matury bardziej mnie wykończyły, niż myślałam... po prostu potrzebowałam kilku dni, aby odespać te nieprzespane noce i aby wreszcie się zorientować, co się dzieje...
Dobrze... po co piszę tego posta? Cóż... chcę Was poinformować, że właśnie została zaktualizowana zakładka Gamemaker i jeśli chcecie się czegoś o mnie dowiedzieć to serdecznie zapraszam :)
Informuję także, że teraz rozdziały powinny pojawiać się nieco częściej :)

niedziela, 22 kwietnia 2018

Rozdział 4

Pożegnania z bliskimi dobiegły końca.
Trybuci wsiedli do samochodu, który miał ich zawieźć do, czekającego na tegorocznych uczestników Głodowych Igrzysk, pociągu. Jechali w ciszy. Nikt nie odzywał się do siebie, ale nie była to wcale niezręczna cisza. Ta cisza była po prostu niezbędna. Trybuci obserwowali drogę, myśląc o rozmowach z bliskimi, które miały miejsce jeszcze parę minut wcześniej, a mentorzy i opiekująca się trybutami z Czwórki Fleri Puff chcieli dać im trochę czasu na oswojenie się z tą sytuacją. W końcu nie co dzień zostaje się wylosowanym do Głodowych Igrzysk.
Finnick wyglądał przez okno samochodu i rozmyślał o tym co działo się w ciągu ostatniej godziny. Nie mógł uwierzyć, że tak wiele mogło zmienić się w zaledwie kilka chwil. W jednym momencie zyskał matkę i został skazany na śmierć. Nikogo chyba nie zdziwi fakt, iż chłopak stwierdził, że los właśnie sobie z niego zakpił.
Dotarcie do dworca nie zajęło im długo. W zadumie czas zazwyczaj mija szybciej, tak było i tym razem.
Dystrykt Czwarty szczycił się tym, że był jednym z najbogatszych dystryktów w Panem. Podobno najmniej ludzi tam głodowało, a budynki były jednymi z najokazalszych. Podobnie było z dworcem, w którego wygląd idealnie wpisywał się nowoczesny pociąg, przybyły z Kapitolu. Wszędzie panował nieskazitelny porządek. Można byłoby tam nawet jeść z podłogi.
Teren był okupowany przez kamery, transmitujące obraz do Kapitolu i przez ludzi, którzy przyszli po raz ostatni zobaczyć na żywo tegorocznych trybutów, co znaczyło, że za barierkami oddzielającymi obywateli Czwórki od pociągu i nowo wylosowanych trybutów, było bardzo tłoczno.   
Dziewczęta, które chodziły z Finnickiem do szkoły krzyczały jego imię i wyznania miłosne, skierowane w jego stronę. Chłopak jedynie uśmiechnął się do nich i po przepuszczeniu mentorów, opiekunki dystryktu i swojej rywalki z areny, szybkim krokiem wszedł do pociągu. Wystarczy, że w szkole musiał znosić bezsensowne wyznania miłości dziewczyn, których najzwyczajniej w świecie nie znał. Owszem, bardzo mu to schlebiało, jednak po pewnym czasie zaczęło się to robić po prostu męczące. Najgorsze było to, że żadna z tych dziewczyn, tak naprawdę nigdy nie chciała poznać Finnicka. Zależało im jedynie na tym, aby pokazywać się w jego obecności, tak aby inne jej zazdrościły. Chłopak spotykał się z kilkoma takimi dziewczynami, jednak te związki nie przetrwały dłużej niż dwa tygodnie. Potem odnalazł Brutusa i cały swój czas poświęcał czworonożnemu przyjacielowi, więc nie miał czasu na zabawy w randki. Teraz po części tego żałował. Nie żałował czasu spędzonego ze szczeniakiem, ale żałował, że nie dał szansy żadnej innej dziewczynie. Być może wtedy nie bałby się, że umrze, bez poznania smaku miłości.


Pożegnanie z Finnickiem było dla Annie bardzo trudne. Wiedziała, że była mu obojętna, ale on nie był obojętny dla niej. Dodatkowo bolała ją reakcja Dennisa. Prawda, brat często ją denerwował, ale kochała go i nie chciała patrzeć na jego smutek, a chłopak po powrocie do domu zamknął się w pokoju i nie chciał nikomu otworzyć drzwi.
Po wielu godzinach, ich rodzice w końcu dali sobie spokój z próbami porozumienia się z Dennisem, ale nie Annie, ona postanowiła spróbować jeszcze raz do niego dotrzeć.
   — Dennis, na trójząb Posejdona, otwórz. Martwię się o ciebie — wyszeptała w jego drzwi,o które się opierała.
Trzynastolatka nie spodziewała się, że jej brat wreszcie postanowi otworzyć, dlatego, kiedy to zrobił, ona wpadła do pokoju, a wcześniej krzyknęła z przerażenia. Czternastolatek uciszył ją syknięciem i wciągnął do pokoju, zamykając drzwi.
   — Czyś ty oszalała? Rodzice, albo te dwa potwory mogli cię usłyszeć — warknął, starając się mówić tak cicho jak tylko mógł.
   — Ja oszalałam? To ty nie otwierałeś drzwi przez cały dzień, a teraz postanowiłeś to zrobić i to tak gwałtownie, że się przewróciłam... — odpowiedziała, podnosząc głos.
   — Cicho — syknął chłopak.
   — Czemu? W ogóle o co ci chodzi? Zachowujesz się jakoś dziwnie... ja rozumiem, że... — rozpoczęła swój monolog, w którym miała w jakiś sposób pocieszyć brata, ale, kiedy tylko otworzyła usta, aby przypomnieć o możliwościach Finnicka, dostrzegła coś poruszającego się na dywanie — Co tu robi pies? — zapytała.
   — Obiecałem Finnickowi, że się nim zajmę do jego powrotu.
   — No tak... to Brytan — powiedziała i uklękła, przywołując do siebie znajomego szczeniaka, a ten podbiegł do niej, energiczne merdając małym ogonkiem.
   — Jak ty to zrobiłaś? Cały dzień był strasznie przygnębiony i nie chciał się ruszyć... czekaj... skąd wiesz, jak się nazywa?
   — Pamiętasz jak na tygodniówce sprzeczaliście się z Finnickiem? Wcześniej Brytan się zgubił, a Finnick go szukał i tak się złożyło, że psiak znalazł mnie, a dzięki temu Finnick znalazł jego. Czekaj... rodzice wiedzą, że on tu jest? — spytała dziewczyna.
   — A jak myślisz, gdyby wiedzieli, to siedziałbym tu cały czas? — odparł Dennis.
   — Ale musisz im powiedzieć... co będzie jak pójdziemy do szkoły? Jak zacznie piszczeć i rodzice to usłyszą? Nie pozwolą go nam zatrzymać — stwierdziła, a w jej głosie dało się wyczuć smutek.
   — Taaa... a jak im powiem to będzie inaczej? — odpowiedział chłopak z wyraźną ironią w głosie.
   — Może jak oboje ich poprosimy to się zgodzą? — Annie nie ustępowała.
   — Tak, na pewno. Hej, mamo, tato. Mój przyjaciel został wylosowany do Głodowych Igrzysk. Dlatego wróciłem z dożynek tak późno, w końcu musiałem się z nim pożegnać, ale to pewnie już wiecie... ach!  Jeszcze obiecałem mu zająć się jego psem dopóki nie wróci. Co z tego, że ma czternaście lat i może zginąć na arenie, bo jego wiek raczej nie sprzyja wygranej? Najwyżej będziemy mieć tego psa do końca życia. Wybaczcie, ze nic nie powiedziałem, ale Annie mnie popiera. Też chce psa. Serio myślisz, że to zadziała? Annie... nie bądź naiwna! Nie jesteś już dzieckiem — w jego głosie narastała irytacja.
Annie zawsze była płaczliwa. Właściwie można było nazywać ją królową łez. Dlatego też Dennis nie zdziwił się, że jej oczy się zaszkliły. Zranił ją. Zdawał sobie z tego sprawę, ale nie miał dość siły, aby przepraszać ją za byle głupotę. Teraz liczył się jego przyjaciel, chłopak, z którym zawsze rywalizowali, ale nigdy się nie znienawidzili. Teraz najważniejszy był Finnick i to, żeby wrócił do Czwórki i do Brytana, którym on miał się teraz zająć najlepiej, jak tylko mógł. Oczy chłopaka również zaczęły dziwnie błyszczeć, a gdy Annie to zauważyła, zdała sobie sprawę z cierpienia brata, który mógł stracić najlepszego przyjaciela. Skarciła się w duchu, za swój egoizm i otarła łzy rękawem bluzy, a następnie podeszła do czternastolatka, który zdążył już usiąść na łóżku. Wtedy też przytuliła go, tak jak on zawsze przytulał ją, aby przestała płakać.
   —  Co ty robisz? — spytał,  jednocześnie odwzajemniając uścisk.
   — A jak myślisz, idioto? Próbuję cię pocieszyć — wyszeptała.

W pociągu, zmierzającym do Kapitolu trwała kolacja. Przebiegała ona w niemal całkowitej ciszy, od czasu do czasu przerywanej stukaniem sztućców o naczynia. Dopiero, gdy posiłek dobiegł końca głos zabrał Gryfin Ferich.
   — Do Kapitolu dotrzemy jutro rano. Do tego czasu musimy ustalić kilka rzeczy. Najważniejsze jest to, czy chcecie szkolić się razem, czy oddzielnie? — spytał. Przez dłuższy czas nikt mu nie odpowiedział. W końcu głos zabrał Finnick.
   — Czy to jakaś różnica? — spytał.
   — Tak, dość duża różnica. Moim zdaniem powinniście odbyć szkolenie oddzielnie. Nawet jeśli się przyjaźniliście, albo zaprzyjaźnicie. Na arenie możecie być nawet sojusznikami, ale przyjdzie taki moment, kiedy będzie musieli ze sobą rywalizować — odpowiedział Gryfin. — Zwycięzca może być tylko jeden.
   — W takim razie będziemy się szkolić oddzielnie — decyzję podjęła Samanta.
   — Dobrze, w takim razie macie czas do rana, żeby ustalić, kto chce kogo na mentora. Oczywiście macie wybór miedzy mną, a Mags. Teraz powinniśmy obejrzeć powtórkę z dożynek. Musicie poznać swoich rywali — oznajmił mężczyzna i wstał, ruszając w stronę odpowiedniego wagonu.

Rano Annie obudziła się na podłodze w pokoju Dennisa, obok niej leżał, zwinięty w kulkę, mały Brytan. Jej brata nie było w pokoju. Dziewczyna, po chwili zastanowienia przypomniała sobie, dlaczego i jak się tam znalazła. Pamiętała, że razem z bratem przegadali całą noc. Annie dowiedziała się wielu rzeczy o przyjaźni Dennisa i Finnicka, lepiej poznała sylwetkę tegorocznego trybuta i mogła z całą pewnością rzec, że chłopak coraz bardziej zakorzeniał się w jej sercu. Prawda była taka, że nie mogła znaleźć w Finnicku ani jednej wady. Praktycznie go nie znała, to fakt, ale Dennis zna go długo, a też nie potrafił wymienić żadnej jego wady. Może to dlatego, że w chwili, gdy czternastolatek został wylosowany do Głodowych Igrzysk, jego przyjaciel zaczął go gloryfikować, co jest naturalnym zachowaniem, kiedy się kogoś straci, albo istnieje możliwość straty.
Annie przeciągnęła się, usiadła i podrapała Brytana za uchem. Po chwili drzwi otworzyły się gwałtownie, co wystraszyło dziewczynę, a szczeniaka obudziło. Trzynastolatka spodziewała się, zobaczyć starszego brata, ale zamiast niego w drzwiach stanęły dwa potwory, zwane jej młodszymi braćmi. Will i Bill spojrzeli na nią zdziwieni.
   — Gdzie Dennis? Przyszliśmy go obudzić — oznajmili jednocześnie.
   — Też chciałabym to wiedzieć — odpowiedziała zgodnie z prawdą. W błękitnych oczach chłopców pojawiło się rozczarowanie i ze smutkiem spojrzeli na wiadro z błotem, które przygotowali do pobudki starszego brata. Dopiero potem zorientowali się, że w pokoju znajdował się ktoś jeszcze. Wtedy na ich twarzach wykwitły diaboliczne uśmieszki.
   — Skąd macie tego psa? — Spytał Will.
   — Ukrywaliście go przed nami? Tak nie może być... — dodał jego brat bliźniak.
   — MAAAAMO! — krzyknęli razem, tak głośno, że mogliby obudzić martwych.
   — CICHO! —warknęła dziewczynka, rzucając się na braci, aby ich uciszyć. Niestety nie udało jej się ich złapać i zamiast tego jedynie się przewróciła. Gdy podniosła głowę z podłogi, zobaczyła sandały swojej mamy, a co gorsza, nie były to same sandały, była w nich także ich właścicielka.
    — Hej mamo... — szepnęła Annie do podłogi, jednocześnie, przeklinając w myślach swoich młodszych braci.


Kapitol był miejscem zjawiskowym. Nie był piękny, a po prostu zjawiskowy, jednocześnie bardzo przytłaczający. Monumentalne budynki, które Finnick obserwował, zdawały się nie mieć końca, zupełnie jakby sięgały nieba i wystawały kawałek poza ten świat. W ogóle cały Kapitol wyglądał jak z innego świata. Wszędzie panował przepych. Na ulicach nie stali biedni ludzie, a tacy, którzy mogli sobie pozwolić na zmienianie samochodów, ponieważ nie pasują im do butów, albo torebki.
Wygląd niektórych ludzi śmieszył Finnicka, wygląd innych przerażał. Nie rozumiał jak można robić z siebie potwora. Nie potrafił nawet pomyśleć o robieniu sobie operacji plastycznych, upodabniających ludzi do stworów, jakimi starszy się niegrzeczne dzieci.
   — Nad czym tak myślisz? — odezwała się starsza kobieta, o miłym i nieco bełkotliwym głosie z wyraźnym akcentem. Jego mentorka.
   — Nad niczym... tak po prostu się rozglądam — uciął chłopak i uśmiechnął się do Mags.
Wczoraj w nocy Finnick i Samanta przegadali kilka godzin, ustalając mentorów i wspominając Czwórkę, zupełnie jakby nie byli tam od lat. Sercia upierała się, aby jej mentorem został Gryfin. Tłumacząc się tym, że bardziej przypadł jej do gustu jego styl walki, ale Finnick wiedział swoje. Gryfin Ferich był przystojnym młodym mężczyzną. Miał dwadzieścia pięć lat, jasnobrązowe włosy, rozświetlone przez słońce i oliwkową cerę, idealnie współgrającą z jego opalenizną i piwnymi oczami. Czternastolatek jest pewien, ze to był główny powód, dla którego Samanta chciała, żeby to Gryfin był jej mentorem, a nie starsza, bezzębna kobieta, o siwych włosach i ciepłym spojrzeniu zielonych oczu. W zasadzie taki obrób spraw spodobał się Finnickowi i chętnie przystał na tę propozycję. Mags wydawała mu się być niedoceniana przez młodych ludzi. Podobnie jak on jest niedoceniany przez wszystkich, którzy mają związek z Głodowymi Igrzyskami. Jak widać w tym środowisku docenia się jedynie ludzi młodych, jednak nie zbyt młodych.
   — Jesteśmy na miejscu — powiedziała Mags. — Teraz poznasz swoją ekipę przygotowawczą, którzy trochę cię pomęczą, a potem dowiesz się, kto został twoim stylistą i co założysz na Paradę Trybutów, będę na ciebie czekać przy rydwanie, dobrze?
   — Jasne — odparł Finnick nieobecnym głosem, przypatrując się zbliżającym się do nich ludziom. Najprawdopodobniej jego ekipie przygotowawczej. Staruszka zobaczyła, że kapitolińczycy się zbliżają i postanowiła pójść w swoją stronę.
   — Zostawiam cię w dobrych rękach — powiedziała i odwróciła się.
   — Pani Flanagan... dziękuję, dziękuję za wszystko — oznajmił. Myślał, ze mogła go nie usłyszeć. Jednak ona odwróciła się i rozciągnęła wargi w bezzębnym uśmiechu.
   — Nie masz za co mi dziękować i nie mów do mnie "pani Flanagan"... staro się przez to czuję. Jestem Mags — odpowiedziała. Finnick się roześmiał. Właśnie w tamtym monecie zdał sobie sprawę z tego, że dzięki Głodowym Igrzyskom nie tylko odzyskał matkę. Jego rodzina powiększyła się o kogoś nowego. O jego mentorkę.


_________________________________________________________________________________


Moi kochani czytelnicy, na samym początku muszę (i chcę!) Was przeprosić, że musieliście czekać tak długo. Należą się też jakieś wyjaśnienia, prawda? Zacznę od wymówki starej jak świat... szkoła. Oh, wiem, że rzygacie już tą wymówką. Zwłaszcza, że wcześniej też chodziłam do szkoły i pisałam częściej, a Wy (na pewno w większości) również chodzicie do szkoły i znajdujecie czas na czytanie i komentowanie (za co Wam z całego serca dziękuję). Jednak błagam... zrozumcie mnie... za niecałe dwa tygodnie piszę maturę, a w piątek kończę szkołę. Cały marzec i kwiecień zleciały mi na poprawianiu ocen, aby się upewnić, że będę wzorowa i na zajęciach dodatkowych, przygotowujących do tego śmiercionośnego egzaminu. Natomiast cały ten tydzień płaczę na wspomnienie o zakończeniu. Liceum to był bardzo ważny etap mojego życia i na myśl o jego rychłym końcu czuję się po prostu źle. Dlatego nie mogłam znaleźć siły i czasu na poprawienie tego rozdziału. Poza tym... muszę przyznać, że ten rozdział wyszedł mi jako taki zapychacz i trudno mi się go pisało... mimo wszystko liczę na to, że Wam się spodobał i zostawicie po sobie komentarz :) 
Następny rozdział pojawi się nie wcześniej niż 14 maja. Na 14 maja planuję napisać nowy rozdział, albo notkę specjalną, jednak wszyscy dobrze wiemy, jak to z moimi planami bywa :) 
PS Jeśli znajdziecie jakiś błąd to proszę, żebyście mi napisali... niestety sprawdzałam ten rozdział na szybko i mogłam coś przeoczyć... poza tym jestem tylko człowiekiem :) 

środa, 28 lutego 2018

Blog ma już 3 lata!

Czasem podejmujemy w życiu takie decyzje, które zmieniają wszystko. U mnie taką decyzją była, ta którą podjęłam 28 lutego 2015 roku. Domyślacie się chyba o jaką decyzję mi chodzi, prawda? 
Jeśli mam być szczera to była to jedna z najlepszych decyzji, jakie do tej pory podjęłam. Najlepsze jest to, że poznałam Was — fantastycznych ludzi, którzy zawsze tak mocno zagrzewali mnie swoimi cudownymi komentarzami, choć obawiam się, że często po przeczytaniu moich starych rozdziałów mogliście zastanawiać się co jest ze mną nie tak, że piszę takie głupoty... nie ukrywam, że sama się nad tym zastanawiałam, gdy jakiś czas temu próbowałam przebrnąć przez wszystkie rozdziały pierwszej historii, którą tu publikowałam. W tym miejscu pragnę Wam wszystkim podziękować (i daję internetowego przytulasa każdemu, kto czyta ten post) za to,  że byliście ze mną i nadal jesteście! ♥
Dobrze... myślę, że po tym wstępie nadszedł czas na podsumowanie tego blogowego roku. 
W ciągu 3 lat opublikowanych zostało 158 postów (łącznie z tym), z czego 16 pojawiło się przez ostatni rok, a wśród tych postów znajduje się 8 rozdziałów starej historii, 3 nowej historii, epilog, prolog i inne posty mniej lub bardziej organizacyjne. 
W ciągu 3 lat napisaliście 1705 komentarzy (łącznie z moimi odpowiedziami), z czego 109 zostało napisanych w ciągu ostatniego roku. 
Natomiast licznik wyświetleń wskazuje na liczbę powyżej 62 000, a rok temu wskazywał 50 000. 
Największą zmianą, jaka dokonała się podczas tego roku jest zakończenie starej historii o miłości Finnicka i Annie, a rozpoczęcie nowej.
Zaczęłam pisać o tym, że założenie tego bloga to jedna z najlepszych decyzji, jakie podjęłam... jak już napisałam najważniejszą sprawą jest dla mnie to, że poznałam Was, ale są też inne rzeczy, które zmieniły się dzięki temu blogowi.
Myślę, że warto zacząć od tego, że nabrałam pewności siebie... może wydaje się to dziwne, ale tak było. Prawda jest taka, że w gimnazjum kompletnie w siebie nie wierzyłam i z dnia na dzień zamykałam się w sobie jeszcze bardziej. Dopiero w wakacje, kiedy miałam iść do liceum postanowiłam, że chcę o siebie zawalczyć. Wtedy cały czas dostawałam od Was wspaniałe motywujące komentarze, które nie tylko zachęcały mnie do kontynuowania pisania, ale także pozwalały mi uwierzyć w siebie (co więcej! Nadal pojawiają się takie wspaniałe komentarze! ♥). Od czasu, kiedy opuściłam mury poprzedniej szkoły, jestem zupełnie innym człowiekiem (mam nadzieję, że lepszym). Dlatego bardzo Wam dziękuję, bo po części jest to Wasza zasługa ♥
Oczywiście w ciągu trzech lat zmieniło się też moje życie, ale dopiero ten rok przyniesie wielkie zmiany, dlatego też pozwolę sobie darować pisanie o tym i zostawić to na następne urodziny bloga :)
Jest też jedna kwestia, która (mam nadzieję) Was zainteresuje... cóż... jakby to napisać... podjęłam decyzję o napisaniu własnej książki... właściwie to chciałam to zrobić już dawno, ale teraz znalazłam odpowiedni pomysł na książkę i właściwie to jestem już na etapie pisania. Piszę o tym, bo jest to dla mnie bardzo ważne. Po prostu fakt, że być może spełnię swoje marzenie, które zrodziło się w moim sercu już w przedszkolu, bardzo mnie uszczęśliwia i stwierdziłam, że muszę się tym z Wami podzielić :)
Z okazji trzecich urodzin bloga mam też dla Was pewien prezent... a mianowicie... w sobotę, albo niedzielę (03.03 albo 04.03) dostępna będzie nowa zakładka... jaka? Niech pozostanie to niespodzianką :)
W ogóle to... nie mogę uwierzyć, że już minęły trzy lata! Naprawdę strasznie szybko to minęło!
Jest jeszcze pewna kwestia, którą muszę poruszyć, choć nie jestem zbyt chętna...
No dobrze, jak można łatwo zauważyć... ostatnio spada aktywność, a ja zdaję sobie sprawę z tego, że jest to moja wina, ponieważ nie rozpieszczam Was ilością nowych rozdziałów. Myślę, że warto zaznaczyć, że kwestię aktywności poruszam tylko dlatego, aby poinformować o tym kiedy możecie się spodziewać nowych rozdziałów i aby wytłumaczyć się dlaczego tak mało ostatnio piszę. Zacznę od wytłumaczenia się... cóż... bloga założyłam w tym samym roku, kiedy kończyłam gimnazjum, od tamtego czasu minęły lata i teraz kończę liceum, także jak wiecie... w tym roku czeka mnie ogromnie ważny egzamin, zwany egzaminem dojrzałości, albo po prostu maturą (choć osobiście wolę określenie "maturka", jakoś tak mniej przerażająco wtedy brzmi XD) i co za tym idzie powinnam się skupić na nauce... co bardzo często przypominają nam nauczyciele każąc się nam uczyć i zapowiadając sprawdziany. Do tego dochodzi wybór studiów (a muszę przyznać, że im bliżej końca roku szkolnego, tym więcej mam niepewności co do tego, co chcę robić w przyszłości) i myślenie o przeprowadzce na praktycznie drugi koniec Polski. Myślę, że rozumiecie dlaczego ostatnio tak rzadko pojawiają się nowe posty i liczę na to, że nie macie mi tego za złe, bo naprawdę mam ostatnio urwanie głowy. Nowy rozdział dodam w marcu, spróbuję dodać coś także w kwietniu, ale z racji, tego, że w kwietniu kończę szkołę, a co za tym idzie, będzie trwała wielka walka o średnią, nic nie obiecuję i informuję, że rozdział może się pojawić, ale nie musi (ale zachęcam do sprawdzania tego) i ostatnia kwestia... ostatni egzamin jaki będę miała odbędzie się 14 maja, więc wtedy postaram się wstawić jakiś rozdział, albo post specjalny... po prostu, żeby dać Wam znać, że już mam wolne (mniej lub bardziej)  i będę częściej publikować :) 
To to by było na tyle...
Chociaż... mam jeszcze pytanko... co sądzicie o nowej historii? Podoba Wam się? Bardziej czy mniej niż stara historia? Wiem, że pojawiły się dopiero 3 rozdziały, ale chciałabym poznać Wasze zdanie :)
Raz jeszcze dziękuję za to, że jesteście i pomogliście (i pomagacie) mi prowadzić tego bloga już od trzech lat! ♥♥♥

niedziela, 28 stycznia 2018

Rozdział 3

Tym razem nikt się nie zgłosił. 
Po raz pierwszy od pięciu lat na Głodowe Igrzyska miał jechać, ktoś, kogo szanse były tak małe. Wszyscy wiedzieli, że chłopak w wieku czternastu lat nie może wygrać, dlatego każdy spodziewał się zobaczyć strach w jego oczach. Jednak on ich zaskoczył. Był pewny siebie, jakby wiedział, że wygra. Świadomy tego, że inni trybuci będą oglądać powtórkę z dożynek, patrzył prosto w kamerę, rzucając im wyzwanie. 

Pierwszą osobą, która przyszła pożegnać się z Finnickiem był Dennis Cresta. Wszedł w momencie, kiedy czternastolatek najbardziej go potrzebował, bo już zaczynał się załamywać. Siedział na podłodze, dłonie miał mocno wczepione we włosy, a w jego oczach zaczęły pojawiać się łzy. 
   — Stary... nigdy nie sądziłem, że zobaczę cię w takim stanie... — zaczął. Finnick wzdrygnął się, po usłyszeniu jego głosu, dopiero wtedy zdał sobie sprawę z tego, że odwiedził go przyjaciel.
   — Chciałem spytać, jak się trzymasz, ale chyba znam odpowiedź... — oznajmił Dennis i usiadł obok Finnicka. 
   — Chyba masz rację... — zgodził się tegoroczny trybut. — Muszę się pozbierać... tam będą kamery... 
   — Daj spokój... jakbym to ja był na twoim miejscu, najprawdopodobniej popłakałbym się jeszcze na scenie — wyznał chłopak. 
   — Cresta... ty się dobrze czujesz? Normalnie nigdy byś mi czegoś takiego nie powiedział... 
   — Odair... a ty jakbyś się czuł, jakbym to ja szedł na Głodowe Igrzyska? Jakby nie było... jesteśmy kumplami... i to strasznie niesprawiedliwe, że wylosowali akurat ciebie... akurat teraz! — wykrzyczał Dennis. — Ale jesteś silny, Finnick. Wierzę, że to wygrasz... 
   — Też chciałbym w to wierzyć...
   — Ty to nie masz w co wierzyć. Jedź tam, walcz i wygraj to. Co to dla ciebie? Co to dla Finnicka Odaira?
   — Łatwo ci mówić...
   — No właśnie nie jest łatwo... kurde... nie wierzę, że to mówię, ale... nie mogę stracić najlepszego kumpla... a już na pewno nie w taki sposób... po prostu postaraj się wygrać, okej? — powiedział Dennis. Finnick spojrzał na niego zaskoczony, jednak uśmiechnął się i kiwnął głową, zgadzając się.
   — Postarać to się na pewno postaram, ale wiesz... raczej boję się, że mogę przegrać, a zresztą nieważne. A tak zmieniając temat... mam jedną prośbę... wiesz... jakiś czas temu znalazłem bezpańskiego szczeniaka i przygarnąłem go do domu... moja matka go nienawidzi, więc... może mógłbyś się nim zająć do mojego powrotu? — zapytał chłopak.
   — Jasne... Annie kocha psy, więc myślę, że jak obydwoje poprosimy, to rodzice się zgodzą — odpowiedział przyjaciel wylosowanego czternastolatka.
   — Dzięki... i pozdrów ode mnie swoją siostrę — oznajmił Finnick. Właśnie w tamtym momencie otworzyły się drzwi i strażnik, ubrany w biały kombinezon oznajmił koniec czasu.
   — Wiesz... myślę, że sam jej to powiesz... powodzenia, Finnick... liczę na ciebie — rzucił Dennis przed wyjściem z pokoju.

Gdy drzwi zamknęły się za czternastolatkiem, Finnick znów był sam. Bał się, ale krótka rozmowa z przyjacielem dała mu trochę nadziei, dzięki temu wiedział, że nie może płakać. Nie teraz. Na Głodowych Igrzyskach musi być mężczyzną, a nie wystraszonym dzieckiem. Bo dziecko nie ma szans na wygraną.
Samotność Finnicka nie trwała długo i przez otwarte drzwi do pokoju weszły dwie bliskie chłopakowi osoby.
   — Finnick! — krzyknęła siedmioletnia Ami i pędem ruszyła w stronę brata. Objęła go chudymi rączkami, jakby był skarbem, który może zostać jej odebrany. — Nie zostawisz mnie, prawda? Wrócisz do mnie? Obiecywałeś! — krzyczała.
   — Ami, puść go, bo go jeszcze udusisz — powiedział ojczym chłopaka. Mężczyzna próbował użyć do tego swojego normalnego, żartobliwego tonu, jednak w jego głos wkradł się smutek i zmartwienie, czego nie dało się nie usłyszeć. Dziewczynka posłuchała się swojego ojca i odsunęła się od brata.
   — Oczywiście, że wrócę. Przecież powiedziałem, że dla ciebie zrobię wszystko... no i jeszcze... ktoś kiedyś będzie musiał odstraszać od ciebie chłopców, a kto byłby w tym lepszy niż starszy brat? — zażartował Finnick.
   — Chłopcy są fuj! — odkrzyknęła siedmiolatka. Finnick i jego ojczym spojrzeli po sobie i wybuchnęli śmiechem. — No co? — dopytywała dziewczynka, która zupełnie nie rozumiała, czemu się z niej śmieli. Przecież nie powiedziała nic śmiesznego.
   — Czemu mama nie przyszła? — spytał po chwili chłopak.
   — Przyjdzie — uciął krótko mężczyzna. W pokoju zapanowała cisza.
   — To dziwne... normalnie możemy prowadzić nieskończenie długie rozmowy, a teraz... gdy może to być nasza ostatnia rozmowa... nie możemy powiedzieć ani jednego słowa — zauważył czternastolatek.
   — To nie jest nasza ostatnia rozmowa. Wygrasz to, jestem tego pewien... nauczyłem cię jak łowić ryby, jak posługiwać się trójzębem, jak walczyć, matka nauczyła cię pleść sieci... i nie skłamię, jeśli powiem, że we wszystkich przypadkach uczeń przerósł mistrza. Wykorzystaj te umiejętności i wygraną masz w kieszeni... — odparł mężczyzna.
   — Może masz rację... nieważne... słuchaj... wiem, że matka nienawidzi Brytana... był u mnie dziś kolega... powiedział, że może się nim zająć... dopóki nie wrócę... po prostu wolałem cię uprzedzić, żebyś wiedział, że go o to poprosiłem... — oznajmił Finnick, a jego ojczym jedynie się uśmiechnął i pokiwał twierdzącą głową. Nawet otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale wtedy drzwi do pokoju otworzyły się, a Strażnik Pokoju ogłosił koniec czasu.
Ami widząc ubranego w biały kombinezon mężczyznę, wypraszającego ich z pokoju, krzyknęła przeraźliwie i mocno wtuliła się w brata. Ciężko było uwierzyć w to, że tak krucha istotka może mieć tyle siły, że dwoje rosłych mężczyzn miało problem z wyprowadzeniem jej z pokoju.
   — Finnick! — krzyczała, kiedy w końcu mężczyznom udało się odczepić jej delikatne rączki od brata. — Finnick!
   — Wrócę do ciebie! Obiecuję! — odkrzyknął, kiedy drzwi się zamykały. — Wrócę — dodał szeptem, kiedy już się zamknęły. W tamtym momencie znów był bliski histerii.

Drzwi do pokoju otworzyły się niemal tak szybko, jak zamknęły, gdy strażnik wyprowadzał stąd jego ojczyma i siostrę. Tym razem stanęła w nich dobrze znana Finnickowi młoda kobieta o surowym wyrazie twarzy. Przez chwilę stała w drzwiach, patrząc na syna, w końcu w jej oczach pojawiły się łzy i żeby je zatuszować podeszła do niego i po raz pierwszy w ciągu całego jego czternastoletniego życia... przytuliła go. Tak zwyczajnie przytuliła.
   — Jesteś silniejszy od niego... ty możesz do mnie wrócić... — wyłkała.
Odsunęła go na długość swoich ramion i spojrzała mu głęboko w oczy, a po chwili znów przyciągnęła do siebie i objęła.
   — Mamo... — wyszeptał, gdy kobieta głaskała go po głowie. Wtedy po raz pierwszy poczuł, że to słowo w jego ustach miało jakieś znaczenie. — O czym ty mówisz?
   — Zgubiła go jego próżność, ale ty jesteś inny... jesteś lepszy niż on, niż ja... — dodała.
   — Ale inny niż kto? — dopytywał.
   — Twój ojciec... — odparła.
Po wypowiedzeniu tych słów kobieta odsunęła od siebie swojego syna i odwróciła do niego plecami, westchnęła ciężko i znów nałożyła na twarz maskę surowej matki. Pokazała już za dużo.
   — Mój ojciec? Zawsze mówiłaś, że zostawił cię, kiedy usłyszał o ciąży... — wyszeptał jej syn.
   — Bo tak było. Zresztą... chciałam ci tylko powiedzieć, że... naprawdę... naprawdę chcę, żebyś wygrał... masz wiele wad, ale jesteś moim synem.
   — To chyba najmilsze słowa, jakie kiedykolwiek mi powiedziałaś... — oznajmił Finnick.
 Kobieta uśmiechnęła się smutno, jakby właśnie zdała sobie sprawę z tego, jak traktowała swojego syna przez całe jego życie. Westchnęła ciężko, podeszła do niego i ponownie go objęła, a chłopak wtulił się w jej ramiona. Pachniała domem i bezpieczeństwem.
   — Nie mogłam traktować cię inaczej... nie potrafiłam. To było dla mnie zbyt trudne — wyszeptała, a po chwili spojrzała na syna. — Jesteś do niego tak podobny...

Po wypowiedzeniu tych słów kobieta wyszła z pokoju. W głowie Finnicka zaczął pojawiać się mętlik. Całe życie myślał, że jego matka go nienawidzi, ale po tym pożegnaniu nie wiedział, co miał czuć. Na szczęście drzwi do pokoju ponownie się otworzyły. Stanęła w nich pewna znajoma chłopakowi dziewczyna o rudych włosach.
   — He... hej — powiedziała tak cicho, że ledwo co ją usłyszał, mimo to uśmiechnął się promiennie.
   — Hej — odpowiedział, a dziewczyna podeszła trochę bliżej.
   — Bo... ja przyszłam, bo... słyszałam, że przyjaźnisz się z moim bratem i... tak sobie pomyślałam, że w sumie to... znaczy... — plątała się dziewczyna i z każdym kolejnym słowem w jej gardle narastała coraz większa gula.
   — Tak? — spytał, próbując dodać Annie nieco pewności siebie, jednak na próbach się skończyło, bo pytanie to jeszcze bardziej speszyło trzynastolatkę.
   — Eeem... to jest... ja... bo ja pomyślałam, że... że... może... że może jeszcze nie masz żadnej pamiątki, którą mógłbyś mieć na arenie... dlatego przyniosłam ci wisiorek z muszelkami... sama go zrobiłam... znaczy zrozumiem, jeśli nie będziesz chciał go nosić na arenie... po prostu pomyślałam, że... w sumie to sama nie wiem, co pomyślałam — wydusiła z siebie. Finnick roześmiał się.
   — Dziękuję... będę nosił ten wisiorek z ogromną przyjemnością. To miłe, że o mnie pomyślałaś — odpowiedział. Dziewczynka uśmiechnęła się i podeszła do niego.
   — Schyl się trochę, założę ci go na szyję — oznajmiła.
Chłopak zrobił to o co go poprosiła i już po chwili miał na sobie wisiorek zrobiony ze sznureczka i pięknych muszelek. Wziął jedną z nich w dłoń i przyglądał się jej.
   — Może nie jest najpiękniejszy... ale starałam się... i w sumie to najlepszy wisiorek, jaki kiedykolwiek zrobiłam — zaczęła tłumaczyć się Annie.
— Jest idealny. Dziękuję — odparł Finnick i przytulił trzynastolatkę.


_________________________________________________________________________________


Nadszedł czas na rozdział 3! Szczerze? Naprawdę fajnie i przyjemnie mi się go pisało i ogromnie liczę na to, że Wam tak samo dobrze się to czytało :) No i oczywiście mam nadzieję, że zostawicie komentarze ze swoją opinią :D
I jak ferie? Zaczynacie, czekacie czy już się Wam skończyły? Bo ja z bólem serca przyznaję, że mi ferie się właśnie skończyły i znów wracam do szkoły...
Och! Jeszcze ważna sprawa... bo jak zauważyliście rozdziały są dłuższe niż w poprzedniej historii... chciałam więc zapytać co sądzicie o takiej długości rozdziałów, jaka jest teraz... podoba Wam się? Za krótkie? Za długie?

niedziela, 31 grudnia 2017

Rozdział 2

   — Wstawaj, śpiochu — wyszeptała melodyjnie jej mama. Jednak dziewczyna nie miała jeszcze ochoty wstawać. — Ja nie żartuję, twoi młodsi bracia chcieli obudzić cię zamiast mnie... jeśli chcesz, to mogę ich zawołać... 
Te słowa wystarczyły, żeby Annie wyskoczyła z łóżka jak oparzona. Zachowanie dziewczyny spowodowało głośny wybuch śmiechu jej mamy. Reakcja trzynastolatki może wydawać się nieco zabawna i niepoważna, jednak prawda jest taka, że jest zdecydowanie słuszna. Jej młodsi bracia — pięcioletni bliźniacy, są prawdziwymi potworami. Oczywiście potrafią być dobrzy i poukładani, ale przez większość czasu po prostu im się nie chce. Dlatego za każdym razem, gdy ją budzili, to robili to w dość specyficzny sposób. Kilka razy wylali dziewczynce na głowę szklankę lodowatej wody, innym razem zaczęli skakać po jej łóżku, a kiedyś nawet złapali szczura i wrzucili jej pod kołdrę. Dlatego nastolatka woli unikać pobudek, przyszykowanych przez tych łobuzów. Chociaż musi przyznać, że dla niej są jeszcze łagodni, a jej starszy brat — Dennis ma znaczenie gorzej, bo kiedy na nią wylali szklankę wody, na nim wylądowało całe wiadro wody z lodem, kiedy skakali po jej łóżku, po jego łóżku również skakali, ale także rzucali w niego pomidorami, kiedy jej wrzucili szczura pod kołdrę, jemu wrzucili trzy szczury i kota.  Życie z nimi jest oczywiście ciekawe, ale też bardzo trudne.
   — To nie jest śmieszne, mamo! Gdyby oni mnie budzili, mogłabym zginąć! — oznajmiła Annie.
   — Oj no bez przesady... to twoi młodsi bracia, którzy mają zaledwie pięć lat... — zaczęła kobieta.
   — Mamo... oni wrzucili mi pod kołdrę szczura! — krzyknęła dziewczynka.
   — Prawda... są trochę nieokrzesani...
   — Trochę?
Poranną pogawędkę jedynych kobiet w rodzinie Cresta przerwał przeraźliwy krzyk, dobiegający z pokoju obok. Matka i córka spojrzały na siebie i szybko pobiegły do sypialni czternastoletniego Dennisa.
   — WILL I BILL!!! NA TRÓJZĄB POSEJDONA! ZABIJĘ WAS! — ryknął chłopak na cały dom.
  — MAMUSIU!!! ON NAM GROZI! — krzyknęli jednocześnie chłopcy i schowali się za kobietą.
   — Dennis... uspokój się... — zaczęła ich matka.
   — Mamo! Ale oni wrzucili mi do łóżka chyba całą ławicę ryb! — odparł czternastolatek. Na te słowa Annie zachichotała. — No bardzo śmieszne... teraz śmierdzę zdechłą rybą...
   — To i tak lepiej niż zwykle... — odpowiedziała trzynastolatka.
   — Annie! — upomniała ją matka. — W ogóle wszyscy... uspokójcie się i idźcie do kuchni na śniadanie. Ojciec za chwilę wróci ze sklepu i zjemy śniadanie W CISZY I SPOKOJU. A potem przyszykujecie się do dożynek — oznajmiła kobieta, kładąc wyraźny nacisk na słowa "cisza" i "spokój".

Śniadanie już przebiegało w spokojnej i przyjemnej atmosferze. Cała rodzina śmiała się i żartowała, nawet Dennis nie był naburmuszony i spokojnie rozmawiał ze wszystkim, choć pewne jest, że po cichu obmyślał plan zemsty na młodszych braciach. W końcu są rzeczy, których się nie robi, a na pewno jedną z nich jest wrzucenie pięciu starych ryb do łóżka śpiącej osoby. Zazwyczaj po brutalnych pobudkach Annie też zastanawiała się nad tym, w jaki sposób zemścić się na braciach. Dziś jednak nie musiała nic takiego planować, więc myślami wróciła do poprzedniej nocy, kiedy to zatańczyła z najprzystojniejszym chłopakiem, jaki kiedykolwiek chodził po Dystrykcie Czwartym. Dziewczyna nadal w to nie wierzyła. To było jak najpiękniejszy sen, który mógłby nigdy się nie kończyć.


   — Finnick, wstawaj. Zrobiłam śniadanie — oznajmiła oschle młoda kobieta o zielonych oczach. Czternastolatek jedynie przekręcił się na drugi bok. — Więcej nie będę powtarzać. Wstawaj, jeśli chcesz coś zjeść. Jak nie pojawisz się w kuchni za dwie minuty, to będziesz głodny przez resztę dnia — oznajmiła i wyszła, trzaskając drzwiami tak głośno, że prawie zatrząsł się cały dom.
   Chłopak westchnął ciężko, przeciągnął się na łóżku i po chwili wstał. Wiedział, że jego matka nie żartowała. Nigdy nie żartowała, a przynajmniej nie w jego obecności. Ta kobieta wręcz go nienawidziła, a on nie wiedział dlaczego. Zawsze robił wszystko, aby była z niego dumna, ale dla niej to zawsze za mało. Na szczęście chłopak miał jeszcze ojczyma, który zawsze pomagał mu we wszystkim i choć nie był z nim spokrewniony, to kochał go bardziej niż rodzona matka. Była też jego młodsza, siedmioletnia przyrodnia siostra, która wręcz go uwielbiała.
Finnick zszedł na parter i udał się do kuchni, gdzie zastał całą swoją rodzinę. Wszyscy się z czegoś śmiali. Nawet jego matka, która zaraz po zobaczeniu swojego pierworodnego, przybrała naburmuszony wyraz twarzy. Zabolało go to, jednak nie dawał nic po sobie poznać. Przez czternaście lat swojego życia nauczył się wielu rzeczy, a jedną z nich było to, że nie można okazywać swoich uczuć.
   — Cześć wszystkim — powiedział wesoło czternastolatek, podszedł do młodszej siostry i poczochrał jej włosy, a następnie usiadł na swoim miejscu.
   — Cześć, jak się czujesz w dzień dożynek? Zestresowany? — spytał ojczym, po czym promiennie się uśmiechnął.
   — No... nie da się zaprzeczyć... stresik trochę jest, ale raczej nie mam się czego bać... zresztą i tak zastanawiam się, czy nie zgłoszę się za te cztery lata... — zaczął. W tym czasie matce chłopaka wypadł z rąk talerz, który trzymała. Czternastolatek spojrzał  w jej stronę. Zresztą nie tylko on. Ojczym i młodsza siostra Finnicka też to zrobili.
   — Lysso? — spytał mężczyzna, wstał z krzesła i podszedł do swojej żony. — W porządku? Co się stało?
   — Słabo mi. Pójdę się przewietrzyć — oznajmiła oschle i wyszła z kuchni, a mężczyzna poszedł za nią.
Finnick za to zabrał się za jedzenie. Wreszcie mógł zjeść śniadanie w całkiem miłej atmosferze, a jest to luksus, którego zazwyczaj nie doświadczał, bo Lyssa Odair skutecznie mu to uniemożliwia.
   — Naprawdę się zgłosisz? — spytała siedmioletnia dziewczynka.
   — Oczywiście, Ami, ale na razie nie zamierzam tego robić... dopiero podczas ostatnich dożynek — odpowiedział jej starszy brat, zagryzając kolejny kęs zielonego chleba. Ami odezwała się dopiero po chwili.
   — Ale wygrasz? Dla mnie? — Czternastolatek spojrzał na nią z uśmiechem.
   — Dla ciebie wszystko, skarbie.



Dożynki w Dystrykcie Czwartym przebiegały w radosnej atmosferze. Ludzie pochmurnieli dopiero po wylosowaniu tegorocznych ofiar, choć i to nie zawsze, bo działo się tak tylko wtedy, gdy nikt nie zgłosił się na ochotnika, a trybutami zostali ludzie zbyt młodzi na wygraną, chociaż ostatni raz miało to miejsce pięć lat temu.
Młodzi ludzie ustawiali się wokół sceny, radośnie dyskutując o poprzedniej nocy. Annie Cresta szukała w tłumie swoich przyjaciółek, a udało jej się to dopiero tuż przed rozpoczęciem uroczystości.
   — Annie! Dziewczyno! Gdzie ty się wczoraj podziałaś? Szukałyśmy cię! — krzyknęła Iris.
   — My? Chyba ja... ty byłaś zajęta tańczeniem z Dennisem... i nawet byś tego nie zauważyła, gdybym cię nie poinformowała... — odparła Ariadna, złośliwie uśmiechając się do Iris, której policzki przybrały barwę dorodnego pomidora. Annie popatrzyła na nie zdziwiona.
   — Po pierwsze... fuj! Dennis? Nieważne... nie oceniam. A po drugie... poszłam do domu... nie miałam ochoty tam dłużej siedzieć, to chyba nic złego?
   — Nic złego? Nic złego? To było bardzo złe! Teraz możesz jedynie żałować, bo... TAŃCZYŁYŚMY Z FINNICKIEM ODAIREM! Rozumiesz?! — wrzasnęły wspólnie jej przyjaciółki.
   — Ja też... — zaczęła Annie, ale w tym momencie rozbrzmiała muzyka. Rozpoczęły się dożynki.

Pierwszą osobą jaką Finnick wypatrzył w tłumie był nikt inny tylko Dennis Cresta. Czternastolatek uśmiechnął się do siebie i ruszył w stronę kolegi. Właściwie to chłopcy byli dla siebie kimś w rodzaju przyjaciół. Zawsze siedzieli razem, spędzali ze sobą przerwy – zazwyczaj w otoczeniu podziwiających ich dziewcząt. Jednak ich przyjaźń raczej nie wychodziła poza mury szkoły, chyba że chłopcy spotkali się gdzieś przypadkowo. Finnick nigdy nie zapraszał nikogo do swojego domu. Co prawda nie miał się czego wstydzić. Zarówno jego ojczym, jak i matka pracowali w bardzo dobrych zawodach, dzięki czemu niczego nigdy im nie brakowało. No w przypadku Finnicka prawie niczego. I to właśnie o to "prawie" się rozchodziło. Chłopak nigdy nie poznał swojego prawdziwego ojca, a matka nienawidziła go za to, że w ogóle się urodził i często mu to okazywała. Czternastolatek nie chciał przyznawać przed światem, że jest niechcianym dzieckiem, którego matka żałuje, że go urodziła. Wolał, aby wszyscy myśleli, że jest chodzącym cudem, pewnym siebie i bardzo przystojnym jak na swój wiek chłopakiem z bardzo dobrej rodziny. Tak było po prostu łatwiej.
   — Och! Kogo my tu mamy! Finnick Odair we własnej osobie! Chłopie! Dobrze, że jesteś... potrzebowałem w końcu zobaczyć kogoś kompletnie nieatrakcyjnego! — wykrzyczał Dennis, gdy tylko zobaczył zbliżającego się Finnicka.
   — Doprawdy? W takim razie... czemu nie spojrzałeś w lustro? — odgryzł się chłopak.
Finnick chciał właśnie spytać Dennisa o bal, jednak w momencie, gdy otworzył usta, rozbrzmiał hymn Panem.

Na scenie znajdowały się cztery fotele. Pierwszy z nich zajmował burmistrz Czwórki, kolejne dwa tegoroczni mentorzy — Mags Flanagan i Gryfin Ferich. Ostatni fotel należał do kobiety, ubranej w jasnoniebieską sukienkę, której włosy idealnie zgrywały się z kolorem ubrania. Była to pochodząca z Kapitolu opiekunka trybutów z Dystryktu Czwartego. Nazywała się Fleri Puff.
Przedstawicielka z Kapitolu jednak nie siedziała na swoim miejscu. Zamiast tego stała przy mównicy i właśnie rozprostowywała karteczkę papieru, gdzie zapisane było imię i nazwisko tegorocznej trybutki.
   — Lendria Perri! — wykrzyczała ze swoim piskliwym akcentem.
Rządek, gdzie stały dziewczyny w wieku dwunastu lat rozstąpił się. Wyszła z niego niewielka, drobna dziewczynka o jasnych włosach, związanych w kucyka. Pewnie udała się na scenę, gdzie została przedstawiona.
   — Czy są jacyś ochotnicy? — spytała Fleri.
   — Ja! — rozbrzmiał głos jakiejś dziewczyny, a rząd osiemnastolatek rozstąpił się, aby ją wypuścić. Była średniego wzrostu i przeciętnego wyglądu, ale było w niej coś, co intrygowało innych ludzi. Może to ta pewność siebie?
   — Wspaniale! — krzyknęła kapitolinka, gdy dziewczyna zbliżyła się do sceny.
Dwunastolatka, która została wylosowana, wróciła do swoich rówieśników. W tym czasie osiemnastoletnia ochotniczka przedstawiła się, miała na imię Samanta Sercia. Jej rodzina była znana w Czwórce. Nie była to jednak zbyt dobra sława. Była to wielodzietna rodzina, należąca do tych najbiedniejszych. Jakiś czas temu głowa rodziny — pan Sercia, popełnił samobójstwo, a jego żona rzuciła się w wir alkoholowy, aby zagłuszyć rozpacz. Ósemka ich dzieci musiała radzić sobie sama. Najprawdopodobniej dlatego najstarsza z nich zgłosiła się do Głodowych Igrzysk. Dzięki wygranej rozwiązałaby większość rodzinnych problemów.
Po chwili Fleri Puff ogłosiła, że czas na wylosowanie męskiego trybuta. Podeszła pewnym krokiem do kuli z losami, a gdy wyciągnęła tę jedną, wyjątkową karteczkę i wracała na mównicę, na placu słychać było jedynie stukot jej wysokich obcasów. Po powrocie do mównicy rozłożyła los i wykrzyczała:
   — Finnick Odair!


_________________________________________________________________________________


Witajcie moi kochani czytelnicy! To już ostatni post w roku 2017 (tak samo jak i ostatni dzień tego roku) i następny pojawi się dopiero pod koniec stycznia :D Liczę na to, że rozdział Wam się podobał, bo mi pisało się go całkiem przyjemnie :D
W ogóle to jak kończy Wam się ten rok? Macie jakieś postanowienia noworoczne? Bo ja na pewno planuję więcej się uczyć i zdecydowanie więcej pisać :D
Życzę Wam szczęśliwego Nowego Roku! ♥♥♥
I liczę na to, że miło spędziliście Święta ♥

sobota, 9 grudnia 2017

Rozdział 1

CZĘŚĆ PIERWSZA
_________________________________________________________________________________


Słońce prażyło niemiłosiernie już od ponad miesiąca. Oczywiście w Dystrykcie Czwartym słoneczna pogoda była na porządku dziennym, lecz przez cały miesiąc było wyjątkowo skwarnie. Żar dosłownie lał się z nieba. Jednak tego dnia wszyscy obywatele Czwórki nagle przestali narzekać. Rozpoczął się wówczas doroczny festiwal, potocznie zwany "Tygodniówką", który, jak sama nazwa wskazuje trwał przez tydzień. Było to ostatnie siedem dni przed dożynkami, jednak wydarzenie to sprawiało mieszkańcom Dystryktu Czwartego tak wiele radości, że udawało im się na ten czas zapomnieć o nadchodzących wielkimi krokami Głodowych Igrzyskach.

Rozpoczęcie festiwalu zawsze było niezwykle radosne. Ludzie śmiali się, żartowali, poznawali się. Każdy uśmiechał się tak szeroko jak tylko mógł i wcale nie był to wymuszony uśmiech, w trakcie tych dni każdy był po prostu szczęśliwszy niż zwykle. Niektórzy sprzedawali smażone ryby, inni zielony chleb, a jeszcze inni najzwyklejszą w świecie lemoniadę. Organizowano różne atrakcje, takie jak konkurs na jedzenie ryb na czas, albo lekcje o morzu dla najmłodszych.

Najwięcej osób tłoczyło się przy prowizorycznej scenie, która w rzeczywistości była tratwą, gdzie miało miejsce oficjalne otwarcie festiwalu. Na początku przemawiał burmistrz Czwórki — Teodor Saltwater. Po przemowie zakończonej słowami "Bawcie się dobrze i zapamiętajcie te dni do końca życia" przekazał mikrofon wokaliście lokalnego zespołu muzycznego. To wtedy zaczęła się zabawa.

Wśród tłumu bawiącego się przy dźwiękach radosnej muzyki, błąkał się niewielki brązowy szczeniak z białą plamką na grzbiecie. Psiak wyglądał na zadbanego. Był wyczesany, gruby, a czerwona obróżka aż lśniła na jego szyi. Widać było, że się zgubił i chaos, panujący na plaży mocno go wystraszył. Zwierzak zaczął piszczeć, choć pewne było, że wśród tego hałasu nikt nie mógł tego usłyszeć.

W tym samym czasie, czternastoletni chłopiec przedzierał się przez tłum. Już na pierwszy rzut oka, można było zauważyć, że jego niezwykłe oczy o barwie morskiej zieleni, prześlizgują się po całej plaży w poszukiwaniu kogoś lub czegoś. Lecz nie widział, tego co chciał.

   — Brytan! Ty idioto! Gdzie jesteś? — zawołał, co spowodowało, że kilka twarzy momentalnie obróciło się w jego stronę i cóż... prawda jest taka, że ich miny wcale nie wyrażały aprobaty. Czternastolatek wyprostował się, a po chwili uśmiechnął najbardziej czarującym uśmiechem na jaki było go stać. — To ja sobie już pójdę... miłej zabawy. — Oznajmił głosem znacznie poważniejszym, a zarazem dojrzalszym niż powinien, co zabrzmiało wyjątkowo nienaturalnie, choć on się tym nie przejął i pewnym krokiem ruszył w przeciwną stronę.

Po dotarciu do ławek, stojących obok budki z rybnymi przekąskami, usiadł i ukrył twarz w dłoniach.

   — Świetnie. Właśnie zgubiłem w tłumie najlepszego przyjaciela. Po prostu cudownie... Boże... jakim ja jestem idiotą! Co mi do tego pustego łba strzeliło, żeby zabierać go na plażę podczas tygodniówki... — mówił sam do siebie. Po chwili usłyszał czyjś głos.

   — Hej, piesku... co tu robisz? Zgubiłeś się? — pytała jakaś dziewczynka.

Czternastolatek od razu obrócił głowę w stronę, z której dobiegł go jej głos i wreszcie znalazł to, czego szukał – Brytan, siedział u stóp rudowłosej dziewczynki, którą chłopiec znał z widzenia ze szkoły. Widok najlepszego przyjaciela od razu sprawił, że czternastoletni mieszkaniec Dystryktu Czwartego uśmiechnął się promiennie i pobiegł w jego stronę.

   — Brytan! Głupku ty! Jak mogłeś mi to zrobić? Szukam cię od godziny! — krzyknął, zbliżając się do czworonożnego kompana. Szczeniak, gdy tylko usłyszał jego głos kilka razy szczeknął i rzucił się na swojego pana, który właśnie uklęknął, aby przytulić swojego niesfornego, puchatego towarzysza, dając mu się lizać po rękach i twarzy. — Jeśli jeszcze raz mi to zrobisz to chyba cię uduszę, łobuzie ty jeden — mówił, tuląc się do zwierzaka.

Po tej chwili niezwykłej radości, chłopiec przypomniał sobie o obecności dziewczynki i stwierdził, że musi zrobić to, co na jego miejscu zrobiłby każdy inny gentleman — podziękować. Dlatego też wstał, otrzepał piasek z kolan, odchrząknął i odezwał się do rudowłosej.

   —  Hej, dziękuję za znalezienie tego małego potwora.

   — He... hej, to raczej on znalazł mnie, a nie ja jego — odpowiedziała tak cicho, że gdyby chłopiec stał chociaż krok dalej to najprawdopodobniej nie usłyszałby co mówiła.

   — Czemu mówisz tak cicho? — spytał. Dziewczyna spojrzała na niego wystraszona.

   — Ja? Po prostu tak mam... —  odparła, tym razem trochę głośniej, co nie uszło to uwadze chłopca, który od razu wyszczerzył zęby w uśmiechu.

   — Teraz powiedziałaś trochę głośniej — oznajmił. Dziewczynka na chwilę spojrzała na niego swoimi wielkimi, zielonymi oczami i już po chwili spuściła wzrok. — Nazywam się Finnick Odair, a ty?

   — Annie Cresta.

   — Cresta? Twój brat chodzi ze mną do klasy... w sumie jesteście nawet podobni... — zaczął, a wtedy jak na zawołanie pojawił się obok niego ciemnowłosy kolega z klasy.

   — Odair! Podrywaj kogo chcesz, ale mojej siostrzyczki to nawet nie próbuj! — zażartował, a Finnick w odpowiedzi wybuchnął śmiechem.

   — Nie wymagaj ode mnie niemożliwego, Cresta! Twoja siostra jest zbyt śliczna! Nie utrzymasz od niej chłopców z daleka... a już na pewno nie mnie, o czym powinieneś wiedzieć — oznajmił i uśmiechnął się do dziewczynki tak, że aż zmiękły jej kolana i gdyby nie siedziała to na pewno by upadła. Rudowłosa ponownie spuściła wzrok, a na jej twarz wpłynął ogromny rumieniec.

   — Grabisz sobie, przyjacielu! — krzyknął chłopak w żartach.

   — Och, ja po prostu jestem szczery i kto jak kto, ale ty chyba wiesz to najlepiej— odrzekł Finnick i uśmiechnął się szarmancko do siedzącej obok dziewczynki, przez co na jej policzki po raz kolejny wpłynęły rumieńce. Właściwie, jej twarz kolorem zaczynała przypominać dojrzałego pomidora.

   — Finnick! Już ci mówiłem, żebyś nie podrywał mojej siostry! Zwłaszcza, kiedy stoję obok ciebie!

   — Dobrze, dobrze! Już się tak nie denerwuj! Już sobie idę!

   Finnick zwrócił się do dziewczynki twarzą, skinął głową i odwrócił się, a następnie poszedł w stronę budki ze smażonymi rybami, a brązowy szczeniaczek pobiegł za nim. Rodzeństwo Cresta zostało same. Chłopiec rozsiadł się na ławce, a jego młodsza siostra obrzuciła go karcącym spojrzeniem.

   — Co? O co ci chodzi? — spytał chłopak.

   — On był miły! A ty potraktowałeś go okropnie! To jedyny chłopak jaki się do mnie odezwał! Kiedykolwiek! — zaczęła krzyczeć dziewczyna. Jej brat się roześmiał.

   — Po pierwsze... ja też jestem chłopakiem i jakoś się do ciebie odzywam, a po drugie...czyli tobie też Finnick Odair zawrócił w głowie... 

Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Tak samo było z Tygodniówką. Nadszedł ostatni dzień dorocznego festiwalu w Dystrykcie Czwartym, a co za tym idzie — dzień balu. Tego dnia każdy obywatel przyszedł na plażę ubrany w najlepszy strój na jaki było go stać.

Muzyka grała w najlepsze, gwiazdy i księżyc rozświetlały noc, a piękne pary tańczyły na całej plaży. Jednak pewna, rudowłosa trzynastolatka siedziała sama na ławce i snuła fantazje o tym, że ktoś poprosił ją do tańca. Dziewczyna łapała się na tym, że ten ktoś wcale nie był przypadkowy. Chciała, aby to Finnick Odair poprosił ją do tańca. Widziała, że nie powinna. Przecież rozmawiała z nim tylko raz. Jednak był on jedyną osobą, która z nią rozmawiała, nie licząc jej koleżanek. Liczyła na to, że choć trochę ją polubił. Widocznie się przeliczyła.

   — Annie! Czemu nie tańczysz? — zawołała Ariadna, jej najlepsza przyjaciółka.

   — Nie mam z kim... poza tym obserwuję, jak wszyscy tańczą i bawię się dobrze... — zaczęła się tłumaczyć dziewczynka.

   — Bzdury! — krzyknęła Iris, druga jej przyjaciółka. — Nie bawisz się dobrze, tylko obserwujesz dobrą zabawę! Poza tym! Możesz tańczyć z nami! Albo ze swoim bratem!

   — Mam zatańczyć z Dennisem? Nawet tak nie żartuj!

   — No to zostajemy my! Wstawaj! — powiedziały chórem Aria i Iris. Annie popatrzyła na nie niechętnie, ale ostatecznie przystała na ich propozycję.

Bawiła się dobrze. Co prawda nie tak to sobie wymarzyła, bo nie tańczyła z chłopcem o niezwykłych oczach, a razem z koleżankami. Jednak nie było na co narzekać. W końcu lepszy rydz niż nic, prawda?

Po kilku piosenkach, gdy Annie zaczęła narzekać na ból stóp, do przyjaciółek dołączył Dennis Cresta.

   — Uuuu... siostrunia potrafi tańczyć! — powiedział.

   — I to lepiej niż ty! — odgryzła się dziewczyna.

   — Nie tak ostro, siostro! Nie powinno się szanować starszych? — spytał i uśmiechnął się ironicznie.

   — Nie, jeśli chodzi o ciebie — odpowiedziała, po czym pokazała mu język, co było dość dziecinnym gestem, jednak rodzeństwo uwielbiało tak się ze sobą drażnić. Chłopiec pokręcił głową i zaczął się śmiać.

   — No dobra! My tu gadu gadu, a ja przyszedłem tu w pewnym celu! Iris, zatańczysz ze mną? — spytał i nie czekając na odpowiedź, porwał dziewczynę do tańca.

Annie i Ariadna zostały same, choć nie na długo, bo wkrótce ktoś przyszedł i poprosiła do tańca Arię. Rudowłosa postanowiła wracać do domu. W końcu już nie miała nawet z kim tańczyć. Ruszyła ku wyjściu, a gdy była jakieś dziesięć metrów od niego, poczuła, że ktoś złapał ją za rękę. Odwróciła się, myśląc, że zobaczy swojego brata, ale to wcale nie był Dennis. Dziewczyna wpatrywała się w wyjątkowe oczy o barwie morskiej zieleni.

   — Zatańczymy? — spytał Finnick Odair, a Annie nie mogła wykrztusić z siebie żadnego słowa, więc jedynie pokiwała głową. Chłopak uśmiechnął się, a w jego policzkach pojawiły się dołeczki. Po chwili ruszyli do tańca.

Trzynastolatka nie mogła uwierzyć, że działo się to naprawdę. To wydawało się zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe. Tańczyła z Finnickiem Odairem. Jego dłonie były szorstkie, ale jednocześnie delikatne. Miała wrażenie, że obejmowały jej dłonie tak, jakby były jakimś kruchym skarbem. Serce w jej piersiach biło w zawrotnym tempie.

Piosenka skończyła się dość szybko. Zdaniem dziewczynki – zbyt szybko. Finnick uśmiechnął się do niej, ukłonił i pocałował jej dłoń. Policzki rudowłosej przybrały barwę dorodnych pomidorów, ale również się ukłoniła, a gdy chłopiec wrócił w sam środek tłumu, ona odwróciła się do bramy i wyszła, kierując się do domu.

To zdecydowanie był najlepszy moment całego jej trzynastoletniego życia. Już wtedy wiedziała, że nigdy tego nie zapomni.



_________________________________________________________________________________


Dziś mija dokładnie miesiąc od zakończenia poprzedniej historii, dlatego pomyślałam, że to idealny moment na wstawienie pierwszego rozdziału nowej historii.
Przyznam, że rozdział ten pisało mi się naprawdę niezwykle przyjemnie i mam ogromną nadzieję, że Wam przyjemnie się go czytało, a swoimi wrażeniami i swoją opinią podzielicie się ze mną w komentarzach :) 

poniedziałek, 20 listopada 2017

Prolog

Rozgrzane niemal do czerwoności słońce właśnie chyliło się ku zachodowi i chowało w fałdach oceanu, zupełnie jakby chciało się schłodzić. W oddali słychać było szum fal i krzyk mew, które przekrzykiwały się wzajemnie. Ptaki zdawały się prowadzić jakąś niezwykle ważną i porywającą dyskusję. Odgłosy te uspokajały kobietę, siedzącą na tarasie jednego z domów w Wiosce Zwycięzców. Przypominały jej o wszystkich dobrych rzeczach, które miały miejsce w jej życiu. Sprawiały, że z jej zielonych oczu wylewały się kolejne litry łez, ale ona to lubiła. Siedziała zawsze w milczeniu i pozwalała słonym kroplom spływać swobodnie po jej twarzy. Rozmyślała. Wspominała. Różne obrazy przewijały się w jej myślach. W większości były one dobre, ale świadomość, że to, co widzi, nie może nigdy powrócić, powoli ją zabijała. Zabijała ją od ponad osiemnastu lat.

Z zamyślenia wyrwało ją ciche skrzypienie podłogi. Ktoś się zbliżał. Kobieta otarła łzy rękawem starego swetra i zerknęła za siebie. Ujrzała chłopca, a raczej młodego mężczyznę, choć dla niej już zawsze będzie chłopcem, niosącego dwa kubki z jakimś napojem, prawdopodobnie herbatą. Spojrzała prosto w jego oczy. Oczy, w kolorze oceanu. Oczy, które zna tak dobrze. Oczy, w które patrzenie sprawia jej wiele bólu i radości. Oczy, które tak boleśnie kocha. Odwróciła wzrok, a łzy znów zaczęły szczypać ją pod powiekami. Nie pozwoliła im wypłynąć. Nie tym razem. Nie przy nim. Przy nim musi być silna. Przy nim jest silna. Jest silna już od osiemnastu lat.

— Mamo? — zaczął młody mężczyzna, odpowiedział mu jedynie szum oceanu i skrzek mew. — Mogę się przysiąść? Mam herbatę... — Nie poddawał się. On nigdy się nie poddawał. Nienawidziła tej jego upartości. Chociaż z tym mógł udać się w nią, a nie w niego.

Kobieta pokiwała jedynie głową, ale nie odezwała się ze strachu, że głos zdradzi wylane przed chwilą litry łez. Na twarzy młodzieńca wykwitł uśmiech. Usiadł na ławce obok matki i postawił obydwa kubki z herbatą na stoliku przed nimi. Przez chwilę wpatrywał się w wodę, potem przeniósł wzrok na matkę. Powoli zaczynało się ściemniać, ale dostrzegł czerwone ślady na jej twarzy. Od razu domyślił się ich pochodzenia.

— Płakałaś? — spytał tonem przepełnionym poczuciem winy. Otulił ją mocniej kocem i przytulił się do niej. — Czy to moja wina? — odezwał się po chwili. W jego gardle zaczęła narastać gula, przeszkadzająca mu mówić. Nienawidził tego uczucia. — Ja wiem, że czasem zachowuję się jak skończony kretyn, ale... wiesz przecież, że kocham cię najbardziej na świecie i nie chcę, żebyś cierpiała... — zaczął się tłumaczyć. Nie wiedział tylko, czy przed nią, czy przed samym sobą.

— Nie — wychrypiała. — To nie twoja wina... po prostu coś mi się przypomniało... — powiedziała. Pomiędzy nimi przez moment panowała cisza. — To moja herbata? — spytała po chwili kobieta.

— Tak, tak — odpowiedział pośpiesznie młodzieniec. — Bez cukru. Taka, jaką lubisz najbardziej — dodał po chwili, dumny z siebie, że pamiętał.

Kobieta uśmiechnęła się i wypiła łyka herbaty, po czym skrzywiła się niezauważalnie. Prawda była taka, że nienawidziła gorzkiej herbaty, ale słodzona przyprawiała ją o mdłości tak samo, jak cukier w kostkach.

— Dziękuję, że pamiętałeś — powiedziała i odłożyła kubek na miejsce. Znów zapanowała cisza.

— Mamo... — powiedział po dłuższej chwili młody mężczyzna. — Bo ja... ja nie wiem jak to powiedzieć, ale... pamiętasz, że jutro mam urodziny, prawda? No więc... chciałem poszukać prezentu... tak wiem, że to dziecinne zachowanie, ale wiesz... taka tradycja, prawda? — zaśmiał się. Kobiecie jednak nie było do śmiechu. Jej milczenie było dla niego najlepszym upomnieniem. — Nieważne. W każdym razie zamiast prezentu... znalazłem... a raczej zobaczyłem na twoim łóżku... to... — powiedział i wyjął z kieszeni złożoną kartkę papieru. — To od taty, prawda? — Nie musiała nawet na to patrzeć, aby znać odpowiedź. Wiedziała, że to ostatni list, jaki dostała od męża. Pokiwała głową. — Czy możesz mi o nim opowiedzieć? Ale wiesz... chcę, żebyś opowiedziała mi wszystko. Wszystko o tacie i tobie. Chcę wiedzieć, jak się poznaliście, zakochaliście... wszystko. Opowiesz mi? — spytał pełen nadziei. Uśmiechnęła się do niego.

— Dobrze — odpowiedziała. — Wszystko zaczęło się...



_________________________________________________________________________________


Moi drodzy czytelnicy! Ostatnio był koniec, a teraz jest nowy początek! Mam ogromną nadzieję, że prolog się Wam spodobał, bo mi pisało się go bardzo przyjemnie :) 
Oczywiście zachęcam także do zostawienia komentarza ze swoją opinią :D 
Pierwszego rozdziału tej historii możecie się spodziewać w grudniu :D