niedziela, 28 stycznia 2018

Rozdział 3

Tym razem nikt się nie zgłosił. 
Po raz pierwszy od pięciu lat na Głodowe Igrzyska miał jechać, ktoś, kogo szanse były tak małe. Wszyscy wiedzieli, że chłopak w wieku czternastu lat nie może wygrać, dlatego każdy spodziewał się zobaczyć strach w jego oczach. Jednak on ich zaskoczył. Był pewny siebie, jakby wiedział, że wygra. Świadomy tego, że inni trybuci będą oglądać powtórkę z dożynek, patrzył prosto w kamerę, rzucając im wyzwanie. 

Pierwszą osobą, która przyszła pożegnać się z Finnickiem był Dennis Cresta. Wszedł w momencie, kiedy czternastolatek najbardziej go potrzebował, bo już zaczynał się załamywać. Siedział na podłodze, dłonie miał mocno wczepione we włosy, a w jego oczach zaczęły pojawiać się łzy. 
   — Stary... nigdy nie sądziłem, że zobaczę cię w takim stanie... — zaczął. Finnick wzdrygnął się, po usłyszeniu jego głosu, dopiero wtedy zdał sobie sprawę z tego, że odwiedził go przyjaciel.
   — Chciałem spytać, jak się trzymasz, ale chyba znam odpowiedź... — oznajmił Dennis i usiadł obok Finnicka. 
   — Chyba masz rację... — zgodził się tegoroczny trybut. — Muszę się pozbierać... tam będą kamery... 
   — Daj spokój... jakbym to ja był na twoim miejscu, najprawdopodobniej popłakałbym się jeszcze na scenie — wyznał chłopak. 
   — Cresta... ty się dobrze czujesz? Normalnie nigdy byś mi czegoś takiego nie powiedział... 
   — Odair... a ty jakbyś się czuł, jakbym to ja szedł na Głodowe Igrzyska? Jakby nie było... jesteśmy kumplami... i to strasznie niesprawiedliwe, że wylosowali akurat ciebie... akurat teraz! — wykrzyczał Dennis. — Ale jesteś silny, Finnick. Wierzę, że to wygrasz... 
   — Też chciałbym w to wierzyć...
   — Ty to nie masz w co wierzyć. Jedź tam, walcz i wygraj to. Co to dla ciebie? Co to dla Finnicka Odaira?
   — Łatwo ci mówić...
   — No właśnie nie jest łatwo... kurde... nie wierzę, że to mówię, ale... nie mogę stracić najlepszego kumpla... a już na pewno nie w taki sposób... po prostu postaraj się wygrać, okej? — powiedział Dennis. Finnick spojrzał na niego zaskoczony, jednak uśmiechnął się i kiwnął głową, zgadzając się.
   — Postarać to się na pewno postaram, ale wiesz... raczej boję się, że mogę przegrać, a zresztą nieważne. A tak zmieniając temat... mam jedną prośbę... wiesz... jakiś czas temu znalazłem bezpańskiego szczeniaka i przygarnąłem go do domu... moja matka go nienawidzi, więc... może mógłbyś się nim zająć do mojego powrotu? — zapytał chłopak.
   — Jasne... Annie kocha psy, więc myślę, że jak obydwoje poprosimy, to rodzice się zgodzą — odpowiedział przyjaciel wylosowanego czternastolatka.
   — Dzięki... i pozdrów ode mnie swoją siostrę — oznajmił Finnick. Właśnie w tamtym momencie otworzyły się drzwi i strażnik, ubrany w biały kombinezon oznajmił koniec czasu.
   — Wiesz... myślę, że sam jej to powiesz... powodzenia, Finnick... liczę na ciebie — rzucił Dennis przed wyjściem z pokoju.

Gdy drzwi zamknęły się za czternastolatkiem, Finnick znów był sam. Bał się, ale krótka rozmowa z przyjacielem dała mu trochę nadziei, dzięki temu wiedział, że nie może płakać. Nie teraz. Na Głodowych Igrzyskach musi być mężczyzną, a nie wystraszonym dzieckiem. Bo dziecko nie ma szans na wygraną.
Samotność Finnicka nie trwała długo i przez otwarte drzwi do pokoju weszły dwie bliskie chłopakowi osoby.
   — Finnick! — krzyknęła siedmioletnia Ami i pędem ruszyła w stronę brata. Objęła go chudymi rączkami, jakby był skarbem, który może zostać jej odebrany. — Nie zostawisz mnie, prawda? Wrócisz do mnie? Obiecywałeś! — krzyczała.
   — Ami, puść go, bo go jeszcze udusisz — powiedział ojczym chłopaka. Mężczyzna próbował użyć do tego swojego normalnego, żartobliwego tonu, jednak w jego głos wkradł się smutek i zmartwienie, czego nie dało się nie usłyszeć. Dziewczynka posłuchała się swojego ojca i odsunęła się od brata.
   — Oczywiście, że wrócę. Przecież powiedziałem, że dla ciebie zrobię wszystko... no i jeszcze... ktoś kiedyś będzie musiał odstraszać od ciebie chłopców, a kto byłby w tym lepszy niż starszy brat? — zażartował Finnick.
   — Chłopcy są fuj! — odkrzyknęła siedmiolatka. Finnick i jego ojczym spojrzeli po sobie i wybuchnęli śmiechem. — No co? — dopytywała dziewczynka, która zupełnie nie rozumiała, czemu się z niej śmieli. Przecież nie powiedziała nic śmiesznego.
   — Czemu mama nie przyszła? — spytał po chwili chłopak.
   — Przyjdzie — uciął krótko mężczyzna. W pokoju zapanowała cisza.
   — To dziwne... normalnie możemy prowadzić nieskończenie długie rozmowy, a teraz... gdy może to być nasza ostatnia rozmowa... nie możemy powiedzieć ani jednego słowa — zauważył czternastolatek.
   — To nie jest nasza ostatnia rozmowa. Wygrasz to, jestem tego pewien... nauczyłem cię jak łowić ryby, jak posługiwać się trójzębem, jak walczyć, matka nauczyła cię pleść sieci... i nie skłamię, jeśli powiem, że we wszystkich przypadkach uczeń przerósł mistrza. Wykorzystaj te umiejętności i wygraną masz w kieszeni... — odparł mężczyzna.
   — Może masz rację... nieważne... słuchaj... wiem, że matka nienawidzi Brytana... był u mnie dziś kolega... powiedział, że może się nim zająć... dopóki nie wrócę... po prostu wolałem cię uprzedzić, żebyś wiedział, że go o to poprosiłem... — oznajmił Finnick, a jego ojczym jedynie się uśmiechnął i pokiwał twierdzącą głową. Nawet otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale wtedy drzwi do pokoju otworzyły się, a Strażnik Pokoju ogłosił koniec czasu.
Ami widząc ubranego w biały kombinezon mężczyznę, wypraszającego ich z pokoju, krzyknęła przeraźliwie i mocno wtuliła się w brata. Ciężko było uwierzyć w to, że tak krucha istotka może mieć tyle siły, że dwoje rosłych mężczyzn miało problem z wyprowadzeniem jej z pokoju.
   — Finnick! — krzyczała, kiedy w końcu mężczyznom udało się odczepić jej delikatne rączki od brata. — Finnick!
   — Wrócę do ciebie! Obiecuję! — odkrzyknął, kiedy drzwi się zamykały. — Wrócę — dodał szeptem, kiedy już się zamknęły. W tamtym momencie znów był bliski histerii.

Drzwi do pokoju otworzyły się niemal tak szybko, jak zamknęły, gdy strażnik wyprowadzał stąd jego ojczyma i siostrę. Tym razem stanęła w nich dobrze znana Finnickowi młoda kobieta o surowym wyrazie twarzy. Przez chwilę stała w drzwiach, patrząc na syna, w końcu w jej oczach pojawiły się łzy i żeby je zatuszować podeszła do niego i po raz pierwszy w ciągu całego jego czternastoletniego życia... przytuliła go. Tak zwyczajnie przytuliła.
   — Jesteś silniejszy od niego... ty możesz do mnie wrócić... — wyłkała.
Odsunęła go na długość swoich ramion i spojrzała mu głęboko w oczy, a po chwili znów przyciągnęła do siebie i objęła.
   — Mamo... — wyszeptał, gdy kobieta głaskała go po głowie. Wtedy po raz pierwszy poczuł, że to słowo w jego ustach miało jakieś znaczenie. — O czym ty mówisz?
   — Zgubiła go jego próżność, ale ty jesteś inny... jesteś lepszy niż on, niż ja... — dodała.
   — Ale inny niż kto? — dopytywał.
   — Twój ojciec... — odparła.
Po wypowiedzeniu tych słów kobieta odsunęła od siebie swojego syna i odwróciła do niego plecami, westchnęła ciężko i znów nałożyła na twarz maskę surowej matki. Pokazała już za dużo.
   — Mój ojciec? Zawsze mówiłaś, że zostawił cię, kiedy usłyszał o ciąży... — wyszeptał jej syn.
   — Bo tak było. Zresztą... chciałam ci tylko powiedzieć, że... naprawdę... naprawdę chcę, żebyś wygrał... masz wiele wad, ale jesteś moim synem.
   — To chyba najmilsze słowa, jakie kiedykolwiek mi powiedziałaś... — oznajmił Finnick.
 Kobieta uśmiechnęła się smutno, jakby właśnie zdała sobie sprawę z tego, jak traktowała swojego syna przez całe jego życie. Westchnęła ciężko, podeszła do niego i ponownie go objęła, a chłopak wtulił się w jej ramiona. Pachniała domem i bezpieczeństwem.
   — Nie mogłam traktować cię inaczej... nie potrafiłam. To było dla mnie zbyt trudne — wyszeptała, a po chwili spojrzała na syna. — Jesteś do niego tak podobny...

Po wypowiedzeniu tych słów kobieta wyszła z pokoju. W głowie Finnicka zaczął pojawiać się mętlik. Całe życie myślał, że jego matka go nienawidzi, ale po tym pożegnaniu nie wiedział, co miał czuć. Na szczęście drzwi do pokoju ponownie się otworzyły. Stanęła w nich pewna znajoma chłopakowi dziewczyna o rudych włosach.
   — He... hej — powiedziała tak cicho, że ledwo co ją usłyszał, mimo to uśmiechnął się promiennie.
   — Hej — odpowiedział, a dziewczyna podeszła trochę bliżej.
   — Bo... ja przyszłam, bo... słyszałam, że przyjaźnisz się z moim bratem i... tak sobie pomyślałam, że w sumie to... znaczy... — plątała się dziewczyna i z każdym kolejnym słowem w jej gardle narastała coraz większa gula.
   — Tak? — spytał, próbując dodać Annie nieco pewności siebie, jednak na próbach się skończyło, bo pytanie to jeszcze bardziej speszyło trzynastolatkę.
   — Eeem... to jest... ja... bo ja pomyślałam, że... że... może... że może jeszcze nie masz żadnej pamiątki, którą mógłbyś mieć na arenie... dlatego przyniosłam ci wisiorek z muszelkami... sama go zrobiłam... znaczy zrozumiem, jeśli nie będziesz chciał go nosić na arenie... po prostu pomyślałam, że... w sumie to sama nie wiem, co pomyślałam — wydusiła z siebie. Finnick roześmiał się.
   — Dziękuję... będę nosił ten wisiorek z ogromną przyjemnością. To miłe, że o mnie pomyślałaś — odpowiedział. Dziewczynka uśmiechnęła się i podeszła do niego.
   — Schyl się trochę, założę ci go na szyję — oznajmiła.
Chłopak zrobił to o co go poprosiła i już po chwili miał na sobie wisiorek zrobiony ze sznureczka i pięknych muszelek. Wziął jedną z nich w dłoń i przyglądał się jej.
   — Może nie jest najpiękniejszy... ale starałam się... i w sumie to najlepszy wisiorek, jaki kiedykolwiek zrobiłam — zaczęła tłumaczyć się Annie.
— Jest idealny. Dziękuję — odparł Finnick i przytulił trzynastolatkę.


_________________________________________________________________________________


Nadszedł czas na rozdział 3! Szczerze? Naprawdę fajnie i przyjemnie mi się go pisało i ogromnie liczę na to, że Wam tak samo dobrze się to czytało :) No i oczywiście mam nadzieję, że zostawicie komentarze ze swoją opinią :D
I jak ferie? Zaczynacie, czekacie czy już się Wam skończyły? Bo ja z bólem serca przyznaję, że mi ferie się właśnie skończyły i znów wracam do szkoły...
Och! Jeszcze ważna sprawa... bo jak zauważyliście rozdziały są dłuższe niż w poprzedniej historii... chciałam więc zapytać co sądzicie o takiej długości rozdziałów, jaka jest teraz... podoba Wam się? Za krótkie? Za długie?

niedziela, 31 grudnia 2017

Rozdział 2

   — Wstawaj, śpiochu — wyszeptała melodyjnie jej mama. Jednak dziewczyna nie miała jeszcze ochoty wstawać. — Ja nie żartuję, twoi młodsi bracia chcieli obudzić cię zamiast mnie... jeśli chcesz, to mogę ich zawołać... 
Te słowa wystarczyły, żeby Annie wyskoczyła z łóżka jak oparzona. Zachowanie dziewczyny spowodowało głośny wybuch śmiechu jej mamy. Reakcja trzynastolatki może wydawać się nieco zabawna i niepoważna, jednak prawda jest taka, że jest zdecydowanie słuszna. Jej młodsi bracia — pięcioletni bliźniacy, są prawdziwymi potworami. Oczywiście potrafią być dobrzy i poukładani, ale przez większość czasu po prostu im się nie chce. Dlatego za każdym razem, gdy ją budzili, to robili to w dość specyficzny sposób. Kilka razy wylali dziewczynce na głowę szklankę lodowatej wody, innym razem zaczęli skakać po jej łóżku, a kiedyś nawet złapali szczura i wrzucili jej pod kołdrę. Dlatego nastolatka woli unikać pobudek, przyszykowanych przez tych łobuzów. Chociaż musi przyznać, że dla niej są jeszcze łagodni, a jej starszy brat — Dennis ma znaczenie gorzej, bo kiedy na nią wylali szklankę wody, na nim wylądowało całe wiadro wody z lodem, kiedy skakali po jej łóżku, po jego łóżku również skakali, ale także rzucali w niego pomidorami, kiedy jej wrzucili szczura pod kołdrę, jemu wrzucili trzy szczury i kota.  Życie z nimi jest oczywiście ciekawe, ale też bardzo trudne.
   — To nie jest śmieszne, mamo! Gdyby oni mnie budzili, mogłabym zginąć! — oznajmiła Annie.
   — Oj no bez przesady... to twoi młodsi bracia, którzy mają zaledwie pięć lat... — zaczęła kobieta.
   — Mamo... oni wrzucili mi pod kołdrę szczura! — krzyknęła dziewczynka.
   — Prawda... są trochę nieokrzesani...
   — Trochę?
Poranną pogawędkę jedynych kobiet w rodzinie Cresta przerwał przeraźliwy krzyk, dobiegający z pokoju obok. Matka i córka spojrzały na siebie i szybko pobiegły do sypialni czternastoletniego Dennisa.
   — WILL I BILL!!! NA TRÓJZĄB POSEJDONA! ZABIJĘ WAS! — ryknął chłopak na cały dom.
  — MAMUSIU!!! ON NAM GROZI! — krzyknęli jednocześnie chłopcy i schowali się za kobietą.
   — Dennis... uspokój się... — zaczęła ich matka.
   — Mamo! Ale oni wrzucili mi do łóżka chyba całą ławicę ryb! — odparł czternastolatek. Na te słowa Annie zachichotała. — No bardzo śmieszne... teraz śmierdzę zdechłą rybą...
   — To i tak lepiej niż zwykle... — odpowiedziała trzynastolatka.
   — Annie! — upomniała ją matka. — W ogóle wszyscy... uspokójcie się i idźcie do kuchni na śniadanie. Ojciec za chwilę wróci ze sklepu i zjemy śniadanie W CISZY I SPOKOJU. A potem przyszykujecie się do dożynek — oznajmiła kobieta, kładąc wyraźny nacisk na słowa "cisza" i "spokój".

Śniadanie już przebiegało w spokojnej i przyjemnej atmosferze. Cała rodzina śmiała się i żartowała, nawet Dennis nie był naburmuszony i spokojnie rozmawiał ze wszystkim, choć pewne jest, że po cichu obmyślał plan zemsty na młodszych braciach. W końcu są rzeczy, których się nie robi, a na pewno jedną z nich jest wrzucenie pięciu starych ryb do łóżka śpiącej osoby. Zazwyczaj po brutalnych pobudkach Annie też zastanawiała się nad tym, w jaki sposób zemścić się na braciach. Dziś jednak nie musiała nic takiego planować, więc myślami wróciła do poprzedniej nocy, kiedy to zatańczyła z najprzystojniejszym chłopakiem, jaki kiedykolwiek chodził po Dystrykcie Czwartym. Dziewczyna nadal w to nie wierzyła. To było jak najpiękniejszy sen, który mógłby nigdy się nie kończyć.


   — Finnick, wstawaj. Zrobiłam śniadanie — oznajmiła oschle młoda kobieta o zielonych oczach. Czternastolatek jedynie przekręcił się na drugi bok. — Więcej nie będę powtarzać. Wstawaj, jeśli chcesz coś zjeść. Jak nie pojawisz się w kuchni za dwie minuty, to będziesz głodny przez resztę dnia — oznajmiła i wyszła, trzaskając drzwiami tak głośno, że prawie zatrząsł się cały dom.
   Chłopak westchnął ciężko, przeciągnął się na łóżku i po chwili wstał. Wiedział, że jego matka nie żartowała. Nigdy nie żartowała, a przynajmniej nie w jego obecności. Ta kobieta wręcz go nienawidziła, a on nie wiedział dlaczego. Zawsze robił wszystko, aby była z niego dumna, ale dla niej to zawsze za mało. Na szczęście chłopak miał jeszcze ojczyma, który zawsze pomagał mu we wszystkim i choć nie był z nim spokrewniony, to kochał go bardziej niż rodzona matka. Była też jego młodsza, siedmioletnia przyrodnia siostra, która wręcz go uwielbiała.
Finnick zszedł na parter i udał się do kuchni, gdzie zastał całą swoją rodzinę. Wszyscy się z czegoś śmiali. Nawet jego matka, która zaraz po zobaczeniu swojego pierworodnego, przybrała naburmuszony wyraz twarzy. Zabolało go to, jednak nie dawał nic po sobie poznać. Przez czternaście lat swojego życia nauczył się wielu rzeczy, a jedną z nich było to, że nie można okazywać swoich uczuć.
   — Cześć wszystkim — powiedział wesoło czternastolatek, podszedł do młodszej siostry i poczochrał jej włosy, a następnie usiadł na swoim miejscu.
   — Cześć, jak się czujesz w dzień dożynek? Zestresowany? — spytał ojczym, po czym promiennie się uśmiechnął.
   — No... nie da się zaprzeczyć... stresik trochę jest, ale raczej nie mam się czego bać... zresztą i tak zastanawiam się, czy nie zgłoszę się za te cztery lata... — zaczął. W tym czasie matce chłopaka wypadł z rąk talerz, który trzymała. Czternastolatek spojrzał  w jej stronę. Zresztą nie tylko on. Ojczym i młodsza siostra Finnicka też to zrobili.
   — Lysso? — spytał mężczyzna, wstał z krzesła i podszedł do swojej żony. — W porządku? Co się stało?
   — Słabo mi. Pójdę się przewietrzyć — oznajmiła oschle i wyszła z kuchni, a mężczyzna poszedł za nią.
Finnick za to zabrał się za jedzenie. Wreszcie mógł zjeść śniadanie w całkiem miłej atmosferze, a jest to luksus, którego zazwyczaj nie doświadczał, bo Lyssa Odair skutecznie mu to uniemożliwia.
   — Naprawdę się zgłosisz? — spytała siedmioletnia dziewczynka.
   — Oczywiście, Ami, ale na razie nie zamierzam tego robić... dopiero podczas ostatnich dożynek — odpowiedział jej starszy brat, zagryzając kolejny kęs zielonego chleba. Ami odezwała się dopiero po chwili.
   — Ale wygrasz? Dla mnie? — Czternastolatek spojrzał na nią z uśmiechem.
   — Dla ciebie wszystko, skarbie.



Dożynki w Dystrykcie Czwartym przebiegały w radosnej atmosferze. Ludzie pochmurnieli dopiero po wylosowaniu tegorocznych ofiar, choć i to nie zawsze, bo działo się tak tylko wtedy, gdy nikt nie zgłosił się na ochotnika, a trybutami zostali ludzie zbyt młodzi na wygraną, chociaż ostatni raz miało to miejsce pięć lat temu.
Młodzi ludzie ustawiali się wokół sceny, radośnie dyskutując o poprzedniej nocy. Annie Cresta szukała w tłumie swoich przyjaciółek, a udało jej się to dopiero tuż przed rozpoczęciem uroczystości.
   — Annie! Dziewczyno! Gdzie ty się wczoraj podziałaś? Szukałyśmy cię! — krzyknęła Iris.
   — My? Chyba ja... ty byłaś zajęta tańczeniem z Dennisem... i nawet byś tego nie zauważyła, gdybym cię nie poinformowała... — odparła Ariadna, złośliwie uśmiechając się do Iris, której policzki przybrały barwę dorodnego pomidora. Annie popatrzyła na nie zdziwiona.
   — Po pierwsze... fuj! Dennis? Nieważne... nie oceniam. A po drugie... poszłam do domu... nie miałam ochoty tam dłużej siedzieć, to chyba nic złego?
   — Nic złego? Nic złego? To było bardzo złe! Teraz możesz jedynie żałować, bo... TAŃCZYŁYŚMY Z FINNICKIEM ODAIREM! Rozumiesz?! — wrzasnęły wspólnie jej przyjaciółki.
   — Ja też... — zaczęła Annie, ale w tym momencie rozbrzmiała muzyka. Rozpoczęły się dożynki.

Pierwszą osobą jaką Finnick wypatrzył w tłumie był nikt inny tylko Dennis Cresta. Czternastolatek uśmiechnął się do siebie i ruszył w stronę kolegi. Właściwie to chłopcy byli dla siebie kimś w rodzaju przyjaciół. Zawsze siedzieli razem, spędzali ze sobą przerwy – zazwyczaj w otoczeniu podziwiających ich dziewcząt. Jednak ich przyjaźń raczej nie wychodziła poza mury szkoły, chyba że chłopcy spotkali się gdzieś przypadkowo. Finnick nigdy nie zapraszał nikogo do swojego domu. Co prawda nie miał się czego wstydzić. Zarówno jego ojczym, jak i matka pracowali w bardzo dobrych zawodach, dzięki czemu niczego nigdy im nie brakowało. No w przypadku Finnicka prawie niczego. I to właśnie o to "prawie" się rozchodziło. Chłopak nigdy nie poznał swojego prawdziwego ojca, a matka nienawidziła go za to, że w ogóle się urodził i często mu to okazywała. Czternastolatek nie chciał przyznawać przed światem, że jest niechcianym dzieckiem, którego matka żałuje, że go urodziła. Wolał, aby wszyscy myśleli, że jest chodzącym cudem, pewnym siebie i bardzo przystojnym jak na swój wiek chłopakiem z bardzo dobrej rodziny. Tak było po prostu łatwiej.
   — Och! Kogo my tu mamy! Finnick Odair we własnej osobie! Chłopie! Dobrze, że jesteś... potrzebowałem w końcu zobaczyć kogoś kompletnie nieatrakcyjnego! — wykrzyczał Dennis, gdy tylko zobaczył zbliżającego się Finnicka.
   — Doprawdy? W takim razie... czemu nie spojrzałeś w lustro? — odgryzł się chłopak.
Finnick chciał właśnie spytać Dennisa o bal, jednak w momencie, gdy otworzył usta, rozbrzmiał hymn Panem.

Na scenie znajdowały się cztery fotele. Pierwszy z nich zajmował burmistrz Czwórki, kolejne dwa tegoroczni mentorzy — Mags Flanagan i Gryfin Ferich. Ostatni fotel należał do kobiety, ubranej w jasnoniebieską sukienkę, której włosy idealnie zgrywały się z kolorem ubrania. Była to pochodząca z Kapitolu opiekunka trybutów z Dystryktu Czwartego. Nazywała się Fleri Puff.
Przedstawicielka z Kapitolu jednak nie siedziała na swoim miejscu. Zamiast tego stała przy mównicy i właśnie rozprostowywała karteczkę papieru, gdzie zapisane było imię i nazwisko tegorocznej trybutki.
   — Lendria Perri! — wykrzyczała ze swoim piskliwym akcentem.
Rządek, gdzie stały dziewczyny w wieku dwunastu lat rozstąpił się. Wyszła z niego niewielka, drobna dziewczynka o jasnych włosach, związanych w kucyka. Pewnie udała się na scenę, gdzie została przedstawiona.
   — Czy są jacyś ochotnicy? — spytała Fleri.
   — Ja! — rozbrzmiał głos jakiejś dziewczyny, a rząd osiemnastolatek rozstąpił się, aby ją wypuścić. Była średniego wzrostu i przeciętnego wyglądu, ale było w niej coś, co intrygowało innych ludzi. Może to ta pewność siebie?
   — Wspaniale! — krzyknęła kapitolinka, gdy dziewczyna zbliżyła się do sceny.
Dwunastolatka, która została wylosowana, wróciła do swoich rówieśników. W tym czasie osiemnastoletnia ochotniczka przedstawiła się, miała na imię Samanta Sercia. Jej rodzina była znana w Czwórce. Nie była to jednak zbyt dobra sława. Była to wielodzietna rodzina, należąca do tych najbiedniejszych. Jakiś czas temu głowa rodziny — pan Sercia, popełnił samobójstwo, a jego żona rzuciła się w wir alkoholowy, aby zagłuszyć rozpacz. Ósemka ich dzieci musiała radzić sobie sama. Najprawdopodobniej dlatego najstarsza z nich zgłosiła się do Głodowych Igrzysk. Dzięki wygranej rozwiązałaby większość rodzinnych problemów.
Po chwili Fleri Puff ogłosiła, że czas na wylosowanie męskiego trybuta. Podeszła pewnym krokiem do kuli z losami, a gdy wyciągnęła tę jedną, wyjątkową karteczkę i wracała na mównicę, na placu słychać było jedynie stukot jej wysokich obcasów. Po powrocie do mównicy rozłożyła los i wykrzyczała:
   — Finnick Odair!


_________________________________________________________________________________


Witajcie moi kochani czytelnicy! To już ostatni post w roku 2017 (tak samo jak i ostatni dzień tego roku) i następny pojawi się dopiero pod koniec stycznia :D Liczę na to, że rozdział Wam się podobał, bo mi pisało się go całkiem przyjemnie :D
W ogóle to jak kończy Wam się ten rok? Macie jakieś postanowienia noworoczne? Bo ja na pewno planuję więcej się uczyć i zdecydowanie więcej pisać :D
Życzę Wam szczęśliwego Nowego Roku! ♥♥♥
I liczę na to, że miło spędziliście Święta ♥

sobota, 9 grudnia 2017

Rozdział 1

CZĘŚĆ PIERWSZA
_________________________________________________________________________________


Słońce prażyło niemiłosiernie już od ponad miesiąca. Oczywiście w Dystrykcie Czwartym słoneczna pogoda była na porządku dziennym, lecz przez cały miesiąc było wyjątkowo skwarnie. Żar dosłownie lał się z nieba. Jednak tego dnia wszyscy obywatele Czwórki nagle przestali narzekać. Rozpoczął się wówczas doroczny festiwal, potocznie zwany "Tygodniówką", który, jak sama nazwa wskazuje trwał przez tydzień. Było to ostatnie siedem dni przed dożynkami, jednak wydarzenie to sprawiało mieszkańcom Dystryktu Czwartego tak wiele radości, że udawało im się na ten czas zapomnieć o nadchodzących wielkimi krokami Głodowych Igrzyskach.

Rozpoczęcie festiwalu zawsze było niezwykle radosne. Ludzie śmiali się, żartowali, poznawali się. Każdy uśmiechał się tak szeroko jak tylko mógł i wcale nie był to wymuszony uśmiech, w trakcie tych dni każdy był po prostu szczęśliwszy niż zwykle. Niektórzy sprzedawali smażone ryby, inni zielony chleb, a jeszcze inni najzwyklejszą w świecie lemoniadę. Organizowano różne atrakcje, takie jak konkurs na jedzenie ryb na czas, albo lekcje o morzu dla najmłodszych.

Najwięcej osób tłoczyło się przy prowizorycznej scenie, która w rzeczywistości była tratwą, gdzie miało miejsce oficjalne otwarcie festiwalu. Na początku przemawiał burmistrz Czwórki — Teodor Saltwater. Po przemowie zakończonej słowami "Bawcie się dobrze i zapamiętajcie te dni do końca życia" przekazał mikrofon wokaliście lokalnego zespołu muzycznego. To wtedy zaczęła się zabawa.

Wśród tłumu bawiącego się przy dźwiękach radosnej muzyki, błąkał się niewielki brązowy szczeniak z białą plamką na grzbiecie. Psiak wyglądał na zadbanego. Był wyczesany, gruby, a czerwona obróżka aż lśniła na jego szyi. Widać było, że się zgubił i chaos, panujący na plaży mocno go wystraszył. Zwierzak zaczął piszczeć, choć pewne było, że wśród tego hałasu nikt nie mógł tego usłyszeć.

W tym samym czasie, czternastoletni chłopiec przedzierał się przez tłum. Już na pierwszy rzut oka, można było zauważyć, że jego niezwykłe oczy o barwie morskiej zieleni, prześlizgują się po całej plaży w poszukiwaniu kogoś lub czegoś. Lecz nie widział, tego co chciał.

   — Brytan! Ty idioto! Gdzie jesteś? — zawołał, co spowodowało, że kilka twarzy momentalnie obróciło się w jego stronę i cóż... prawda jest taka, że ich miny wcale nie wyrażały aprobaty. Czternastolatek wyprostował się, a po chwili uśmiechnął najbardziej czarującym uśmiechem na jaki było go stać. — To ja sobie już pójdę... miłej zabawy. — Oznajmił głosem znacznie poważniejszym, a zarazem dojrzalszym niż powinien, co zabrzmiało wyjątkowo nienaturalnie, choć on się tym nie przejął i pewnym krokiem ruszył w przeciwną stronę.

Po dotarciu do ławek, stojących obok budki z rybnymi przekąskami, usiadł i ukrył twarz w dłoniach.

   — Świetnie. Właśnie zgubiłem w tłumie najlepszego przyjaciela. Po prostu cudownie... Boże... jakim ja jestem idiotą! Co mi do tego pustego łba strzeliło, żeby zabierać go na plażę podczas tygodniówki... — mówił sam do siebie. Po chwili usłyszał czyjś głos.

   — Hej, piesku... co tu robisz? Zgubiłeś się? — pytała jakaś dziewczynka.

Czternastolatek od razu obrócił głowę w stronę, z której dobiegł go jej głos i wreszcie znalazł to, czego szukał – Brytan, siedział u stóp rudowłosej dziewczynki, którą chłopiec znał z widzenia ze szkoły. Widok najlepszego przyjaciela od razu sprawił, że czternastoletni mieszkaniec Dystryktu Czwartego uśmiechnął się promiennie i pobiegł w jego stronę.

   — Brytan! Głupku ty! Jak mogłeś mi to zrobić? Szukam cię od godziny! — krzyknął, zbliżając się do czworonożnego kompana. Szczeniak, gdy tylko usłyszał jego głos kilka razy szczeknął i rzucił się na swojego pana, który właśnie uklęknął, aby przytulić swojego niesfornego, puchatego towarzysza, dając mu się lizać po rękach i twarzy. — Jeśli jeszcze raz mi to zrobisz to chyba cię uduszę, łobuzie ty jeden — mówił, tuląc się do zwierzaka.

Po tej chwili niezwykłej radości, chłopiec przypomniał sobie o obecności dziewczynki i stwierdził, że musi zrobić to, co na jego miejscu zrobiłby każdy inny gentleman — podziękować. Dlatego też wstał, otrzepał piasek z kolan, odchrząknął i odezwał się do rudowłosej.

   —  Hej, dziękuję za znalezienie tego małego potwora.

   — He... hej, to raczej on znalazł mnie, a nie ja jego — odpowiedziała tak cicho, że gdyby chłopiec stał chociaż krok dalej to najprawdopodobniej nie usłyszałby co mówiła.

   — Czemu mówisz tak cicho? — spytał. Dziewczyna spojrzała na niego wystraszona.

   — Ja? Po prostu tak mam... —  odparła, tym razem trochę głośniej, co nie uszło to uwadze chłopca, który od razu wyszczerzył zęby w uśmiechu.

   — Teraz powiedziałaś trochę głośniej — oznajmił. Dziewczynka na chwilę spojrzała na niego swoimi wielkimi, zielonymi oczami i już po chwili spuściła wzrok. — Nazywam się Finnick Odair, a ty?

   — Annie Cresta.

   — Cresta? Twój brat chodzi ze mną do klasy... w sumie jesteście nawet podobni... — zaczął, a wtedy jak na zawołanie pojawił się obok niego ciemnowłosy kolega z klasy.

   — Odair! Podrywaj kogo chcesz, ale mojej siostrzyczki to nawet nie próbuj! — zażartował, a Finnick w odpowiedzi wybuchnął śmiechem.

   — Nie wymagaj ode mnie niemożliwego, Cresta! Twoja siostra jest zbyt śliczna! Nie utrzymasz od niej chłopców z daleka... a już na pewno nie mnie, o czym powinieneś wiedzieć — oznajmił i uśmiechnął się do dziewczynki tak, że aż zmiękły jej kolana i gdyby nie siedziała to na pewno by upadła. Rudowłosa ponownie spuściła wzrok, a na jej twarz wpłynął ogromny rumieniec.

   — Grabisz sobie, przyjacielu! — krzyknął chłopak w żartach.

   — Och, ja po prostu jestem szczery i kto jak kto, ale ty chyba wiesz to najlepiej— odrzekł Finnick i uśmiechnął się szarmancko do siedzącej obok dziewczynki, przez co na jej policzki po raz kolejny wpłynęły rumieńce. Właściwie, jej twarz kolorem zaczynała przypominać dojrzałego pomidora.

   — Finnick! Już ci mówiłem, żebyś nie podrywał mojej siostry! Zwłaszcza, kiedy stoję obok ciebie!

   — Dobrze, dobrze! Już się tak nie denerwuj! Już sobie idę!

   Finnick zwrócił się do dziewczynki twarzą, skinął głową i odwrócił się, a następnie poszedł w stronę budki ze smażonymi rybami, a brązowy szczeniaczek pobiegł za nim. Rodzeństwo Cresta zostało same. Chłopiec rozsiadł się na ławce, a jego młodsza siostra obrzuciła go karcącym spojrzeniem.

   — Co? O co ci chodzi? — spytał chłopak.

   — On był miły! A ty potraktowałeś go okropnie! To jedyny chłopak jaki się do mnie odezwał! Kiedykolwiek! — zaczęła krzyczeć dziewczyna. Jej brat się roześmiał.

   — Po pierwsze... ja też jestem chłopakiem i jakoś się do ciebie odzywam, a po drugie...czyli tobie też Finnick Odair zawrócił w głowie... 

Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Tak samo było z Tygodniówką. Nadszedł ostatni dzień dorocznego festiwalu w Dystrykcie Czwartym, a co za tym idzie — dzień balu. Tego dnia każdy obywatel przyszedł na plażę ubrany w najlepszy strój na jaki było go stać.

Muzyka grała w najlepsze, gwiazdy i księżyc rozświetlały noc, a piękne pary tańczyły na całej plaży. Jednak pewna, rudowłosa trzynastolatka siedziała sama na ławce i snuła fantazje o tym, że ktoś poprosił ją do tańca. Dziewczyna łapała się na tym, że ten ktoś wcale nie był przypadkowy. Chciała, aby to Finnick Odair poprosił ją do tańca. Widziała, że nie powinna. Przecież rozmawiała z nim tylko raz. Jednak był on jedyną osobą, która z nią rozmawiała, nie licząc jej koleżanek. Liczyła na to, że choć trochę ją polubił. Widocznie się przeliczyła.

   — Annie! Czemu nie tańczysz? — zawołała Ariadna, jej najlepsza przyjaciółka.

   — Nie mam z kim... poza tym obserwuję, jak wszyscy tańczą i bawię się dobrze... — zaczęła się tłumaczyć dziewczynka.

   — Bzdury! — krzyknęła Iris, druga jej przyjaciółka. — Nie bawisz się dobrze, tylko obserwujesz dobrą zabawę! Poza tym! Możesz tańczyć z nami! Albo ze swoim bratem!

   — Mam zatańczyć z Dennisem? Nawet tak nie żartuj!

   — No to zostajemy my! Wstawaj! — powiedziały chórem Aria i Iris. Annie popatrzyła na nie niechętnie, ale ostatecznie przystała na ich propozycję.

Bawiła się dobrze. Co prawda nie tak to sobie wymarzyła, bo nie tańczyła z chłopcem o niezwykłych oczach, a razem z koleżankami. Jednak nie było na co narzekać. W końcu lepszy rydz niż nic, prawda?

Po kilku piosenkach, gdy Annie zaczęła narzekać na ból stóp, do przyjaciółek dołączył Dennis Cresta.

   — Uuuu... siostrunia potrafi tańczyć! — powiedział.

   — I to lepiej niż ty! — odgryzła się dziewczyna.

   — Nie tak ostro, siostro! Nie powinno się szanować starszych? — spytał i uśmiechnął się ironicznie.

   — Nie, jeśli chodzi o ciebie — odpowiedziała, po czym pokazała mu język, co było dość dziecinnym gestem, jednak rodzeństwo uwielbiało tak się ze sobą drażnić. Chłopiec pokręcił głową i zaczął się śmiać.

   — No dobra! My tu gadu gadu, a ja przyszedłem tu w pewnym celu! Iris, zatańczysz ze mną? — spytał i nie czekając na odpowiedź, porwał dziewczynę do tańca.

Annie i Ariadna zostały same, choć nie na długo, bo wkrótce ktoś przyszedł i poprosiła do tańca Arię. Rudowłosa postanowiła wracać do domu. W końcu już nie miała nawet z kim tańczyć. Ruszyła ku wyjściu, a gdy była jakieś dziesięć metrów od niego, poczuła, że ktoś złapał ją za rękę. Odwróciła się, myśląc, że zobaczy swojego brata, ale to wcale nie był Dennis. Dziewczyna wpatrywała się w wyjątkowe oczy o barwie morskiej zieleni.

   — Zatańczymy? — spytał Finnick Odair, a Annie nie mogła wykrztusić z siebie żadnego słowa, więc jedynie pokiwała głową. Chłopak uśmiechnął się, a w jego policzkach pojawiły się dołeczki. Po chwili ruszyli do tańca.

Trzynastolatka nie mogła uwierzyć, że działo się to naprawdę. To wydawało się zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe. Tańczyła z Finnickiem Odairem. Jego dłonie były szorstkie, ale jednocześnie delikatne. Miała wrażenie, że obejmowały jej dłonie tak, jakby były jakimś kruchym skarbem. Serce w jej piersiach biło w zawrotnym tempie.

Piosenka skończyła się dość szybko. Zdaniem dziewczynki – zbyt szybko. Finnick uśmiechnął się do niej, ukłonił i pocałował jej dłoń. Policzki rudowłosej przybrały barwę dorodnych pomidorów, ale również się ukłoniła, a gdy chłopiec wrócił w sam środek tłumu, ona odwróciła się do bramy i wyszła, kierując się do domu.

To zdecydowanie był najlepszy moment całego jej trzynastoletniego życia. Już wtedy wiedziała, że nigdy tego nie zapomni.



_________________________________________________________________________________


Dziś mija dokładnie miesiąc od zakończenia poprzedniej historii, dlatego pomyślałam, że to idealny moment na wstawienie pierwszego rozdziału nowej historii.
Przyznam, że rozdział ten pisało mi się naprawdę niezwykle przyjemnie i mam ogromną nadzieję, że Wam przyjemnie się go czytało, a swoimi wrażeniami i swoją opinią podzielicie się ze mną w komentarzach :) 

poniedziałek, 20 listopada 2017

Prolog

Rozgrzane niemal do czerwoności słońce właśnie chyliło się ku zachodowi i chowało w fałdach oceanu, zupełnie jakby chciało się schłodzić. W oddali słychać było szum fal i krzyk mew, które przekrzykiwały się wzajemnie. Ptaki zdawały się prowadzić jakąś niezwykle ważną i porywającą dyskusję. Odgłosy te uspokajały kobietę, siedzącą na tarasie jednego z domów w Wiosce Zwycięzców. Przypominały jej o wszystkich dobrych rzeczach, które miały miejsce w jej życiu. Sprawiały, że z jej zielonych oczu wylewały się kolejne litry łez, ale ona to lubiła. Siedziała zawsze w milczeniu i pozwalała słonym kroplom spływać swobodnie po jej twarzy. Rozmyślała. Wspominała. Różne obrazy przewijały się w jej myślach. W większości były one dobre, ale świadomość, że to, co widzi, nie może nigdy powrócić, powoli ją zabijała. Zabijała ją od ponad osiemnastu lat.

Z zamyślenia wyrwało ją ciche skrzypienie podłogi. Ktoś się zbliżał. Kobieta otarła łzy rękawem starego swetra i zerknęła za siebie. Ujrzała chłopca, a raczej młodego mężczyznę, choć dla niej już zawsze będzie chłopcem, niosącego dwa kubki z jakimś napojem, prawdopodobnie herbatą. Spojrzała prosto w jego oczy. Oczy, w kolorze oceanu. Oczy, które zna tak dobrze. Oczy, w które patrzenie sprawia jej wiele bólu i radości. Oczy, które tak boleśnie kocha. Odwróciła wzrok, a łzy znów zaczęły szczypać ją pod powiekami. Nie pozwoliła im wypłynąć. Nie tym razem. Nie przy nim. Przy nim musi być silna. Przy nim jest silna. Jest silna już od osiemnastu lat.

— Mamo? — zaczął młody mężczyzna, odpowiedział mu jedynie szum oceanu i skrzek mew. — Mogę się przysiąść? Mam herbatę... — Nie poddawał się. On nigdy się nie poddawał. Nienawidziła tej jego upartości. Chociaż z tym mógł udać się w nią, a nie w niego.

Kobieta pokiwała jedynie głową, ale nie odezwała się ze strachu, że głos zdradzi wylane przed chwilą litry łez. Na twarzy młodzieńca wykwitł uśmiech. Usiadł na ławce obok matki i postawił obydwa kubki z herbatą na stoliku przed nimi. Przez chwilę wpatrywał się w wodę, potem przeniósł wzrok na matkę. Powoli zaczynało się ściemniać, ale dostrzegł czerwone ślady na jej twarzy. Od razu domyślił się ich pochodzenia.

— Płakałaś? — spytał tonem przepełnionym poczuciem winy. Otulił ją mocniej kocem i przytulił się do niej. — Czy to moja wina? — odezwał się po chwili. W jego gardle zaczęła narastać gula, przeszkadzająca mu mówić. Nienawidził tego uczucia. — Ja wiem, że czasem zachowuję się jak skończony kretyn, ale... wiesz przecież, że kocham cię najbardziej na świecie i nie chcę, żebyś cierpiała... — zaczął się tłumaczyć. Nie wiedział tylko, czy przed nią, czy przed samym sobą.

— Nie — wychrypiała. — To nie twoja wina... po prostu coś mi się przypomniało... — powiedziała. Pomiędzy nimi przez moment panowała cisza. — To moja herbata? — spytała po chwili kobieta.

— Tak, tak — odpowiedział pośpiesznie młodzieniec. — Bez cukru. Taka, jaką lubisz najbardziej — dodał po chwili, dumny z siebie, że pamiętał.

Kobieta uśmiechnęła się i wypiła łyka herbaty, po czym skrzywiła się niezauważalnie. Prawda była taka, że nienawidziła gorzkiej herbaty, ale słodzona przyprawiała ją o mdłości tak samo, jak cukier w kostkach.

— Dziękuję, że pamiętałeś — powiedziała i odłożyła kubek na miejsce. Znów zapanowała cisza.

— Mamo... — powiedział po dłuższej chwili młody mężczyzna. — Bo ja... ja nie wiem jak to powiedzieć, ale... pamiętasz, że jutro mam urodziny, prawda? No więc... chciałem poszukać prezentu... tak wiem, że to dziecinne zachowanie, ale wiesz... taka tradycja, prawda? — zaśmiał się. Kobiecie jednak nie było do śmiechu. Jej milczenie było dla niego najlepszym upomnieniem. — Nieważne. W każdym razie zamiast prezentu... znalazłem... a raczej zobaczyłem na twoim łóżku... to... — powiedział i wyjął z kieszeni złożoną kartkę papieru. — To od taty, prawda? — Nie musiała nawet na to patrzeć, aby znać odpowiedź. Wiedziała, że to ostatni list, jaki dostała od męża. Pokiwała głową. — Czy możesz mi o nim opowiedzieć? Ale wiesz... chcę, żebyś opowiedziała mi wszystko. Wszystko o tacie i tobie. Chcę wiedzieć, jak się poznaliście, zakochaliście... wszystko. Opowiesz mi? — spytał pełen nadziei. Uśmiechnęła się do niego.

— Dobrze — odpowiedziała. — Wszystko zaczęło się...



_________________________________________________________________________________


Moi drodzy czytelnicy! Ostatnio był koniec, a teraz jest nowy początek! Mam ogromną nadzieję, że prolog się Wam spodobał, bo mi pisało się go bardzo przyjemnie :) 
Oczywiście zachęcam także do zostawienia komentarza ze swoją opinią :D 
Pierwszego rozdziału tej historii możecie się spodziewać w grudniu :D

niedziela, 19 listopada 2017

Trochę takich pierdół na początek... część 2

Taaaak... postanowiłam dodać taki post organizacyjny, bo sami rozumiecie... nowa historia to tak jakby nowy blog, a z racji tego, że prowadzenie tego bloga rozpoczęłam od postu o takim tytule to... to właśnie czytacie tę notkę.

Na początku parę informacji i ciekawostek... czyli zmiany na tym blogu... 
Po pierwsze... jak (być może) zauważyliście zniknęło kilka zakładek (ale wkrótce pojawi się kilka nowych). 
Nie zobaczymy więcej zakładki z Blogowymi Akcjami, czyli "Uroczystości w Czwórce", a zakładka "Propaganda Kosogłosa" czyli zakładka poświęcona promocji filmu Kosogłos cz.2 odeszła już w zapomnienie. 
Za to będziecie mogli dowiedzieć się co nieco o autorce tego bloga w nowej zakładce "Gamemaker", która treścią przypomina taką samą zakładkę z innego mojego bloga (który w tej chwili jest nieaktywny, gdyż, iż, ponieważ... nie mam czasu na prowadzenie miliona blogów, więc postanowiłam skupić się na jednym).  A jak nadejdzie odpowiedni moment poproszę Was także o przywitanie i zapoznanie się z zakładką "Historia Dystryktu", gdzie zamiast historii dystryktu można będzie przeczytać co nieco o historii tego bloga (czyli takie "Co? Po co? I dlaczego?" tego bloga). 

Dobrze, dobrze... ja tu się rozpisuję, a Wy pewnie się zastanawiacie co z rozdziałami... cóż... kilka mam już napisanych na zapas, ale tym razem będę mądrzejsza niż kiedyś i... nie będę dodawała ich wszystkich na raz. Będą pojawiały się raz/dwa razy w miesiącu. Sami rozumiecie...  w tym roku piszę maturę... a co za tym idzie... będę miała mało czasu na pisanie... a nawet powiem więcej... od kwietnia aż do ostatniego egzaminu, który będę zdawać... nie będę pisać wcale, bo będę zbyt zajęta nauką do tego egzaminu dojrzałości i poprawianiem ocen na koniec roku szkolnego. Jednakże... potem wrócę do pisania i być może nawet reaktywuję inne blogi.

W sumie... myślę, że wypadałoby też napisać... czemu postanowiłam napisać nową historię, zamiast kontynuowania starej...
Cóż... zacznę od tego, że potrzebowałam jakiejś zmiany... pisanie tamtej starej historii już nie sprawiało mi takiej radości jak na początku i miałam wrażenie, że odbijało się to na jakości nowych rozdziałów... a nie chciałam męczyć Was i siebie.
Dlaczego nie sprawiało mi to tyle radości? Cóż... w wakacje chciałam przeczytać wszystkie rozdziały na tym blogu od początku... jednak przy rozdziale 15 się poddałam... zauważyłam, że prawie nic się tu nie dzieje, a postacie, będące bohaterami tego bloga są papierowi i nie mają własnych charakterów. Postanowiłam, więc, że muszę coś z tym zrobić... wtedy zapadła decyzja o zakończeniu tej historii. Traf chciał, że akurat tego samego dnia obejrzałam po raz kolejny Kosogłosa... wtedy do głowy wpadł mi pewien pomysł... pomysł na nową historię Finnicka i Annie. Wtedy zapadła decyzja o stworzeniu nowej historii z nowymi bohaterami, z nowymi wydarzeniami, kompletnie nowa historia.
Mam nadzieję, że ta nowa historia spodoba Wam się tak jak ta stara, a może nawet bardziej :)
A oto opis nowej historii:

Nasza historia jest inna niż wszystkie. To nie jest kolejna historia o miłości w trudnych czasach. To historia przetrwania. To historia znajomości, powoli przeradzającej się w coś więcej. To historia, w której stykają się ze sobą dwa różne światy. To historia o poświęceniu. To historia zaczynająca się od małego, zagubionego szczeniaka na plaży. To nasza historia. Nasza. Choć NAS już nie ma.

Prolog już jutro... czekacie? :D

czwartek, 9 listopada 2017

Epilog

Drogi Finnicku, 


nawet nie wiesz jak bardzo za Tobą tęsknię. Mijają dni, tygodnie, miesiące, lata, a ja wciąż budzę się, mając przed oczami obraz Ciebie, rozrywanego na strzępy przez stworzenia, będące połączeniem człowieka i jaszczurki. Wtedy zawsze zalewam się łzami i tracę chęci do dalszego życia.
Jednak jest jedna mała rzecz, która pomaga mi przez to przejść. Właściwie to nie rzecz, a osoba. Nasz syn. Nasz syn. Jak wspaniale to brzmi, nieprawdaż? Chciałabym usłyszeć to z Twoich ust. Chciałabym usłyszeć jak mówisz "nasz syn". Chciałabym znów usłyszeć Twój głos. Chciałabym znów Cię zobaczyć. Chciałabym Cię przytulić. 
Jednak to niemożliwe. 
Cieszę się, że mam chociaż tę małą namiastkę Ciebie. 
Widzę Cię w nim. Ma Twoje oczy. Jest młodym przystojniakiem. Wszyscy mówią, że wygląda zupełnie jak Ty, gdy byłeś niemowlęciem. 
Odziedziczył po Tobie coś więcej. On jedyny potrafi mnie uspokoić. Gdy zaczynam płakać, gdy pojawiają się chwile zawahania, gdy pojawiają się ataki, on zaczyna krzyczeć tak głośno, że czasem dziwię się, że Ciebie to jeszcze nie obudziło. Wtedy mi się polepsza. Wtedy przypominam sobie, że nie mogę go zostawić. Kocham go. Kocham go za nas obojga, Finnick. 
Ojcem chrzestnym małego Bena został Peeta, a matką chrzestną Katniss. Początkowo chciałam tę rolę powierzyć Johannie, jednak... Katniss się załamała, wiesz? Straciła Prim. Pomyślałam, że skoro trzymanie Bena za rączkę pomaga mi, może pomoże też jej. I wiesz co? Chyba nawet trochę pomogło. 
U reszty naszych znajomych wszystko jest w porządku. Twój dziadek i pani Lend odwiedzają nas codziennie i bardzo mi pomagają. Marlene z córeczką tak samo. Johanna dzwoni kilka razy dziennie i już zapowiedziała, że wkrótce  znów mnie odwiedzi, bo twierdzi, że nigdy by sobie nie wybaczyła, gdybym zrobiła coś sobie i Benowi, w końcu obiecała Ci, że będzie mi pomagać. 
Wszystko zaczyna się układać i choć wiem, że nigdy nie będę w pełni szczęśliwa, i choć wiem, że nigdy już Cię nie odzyskam, zaczynam czuć spokój. Jednak jedno jest pewne, Finnick.
Kocham Cię, tęsknię i nigdy nie przestanę. Zajmujesz wyjątkowe miejsce w moim sercu i nigdy, przenigdy Cię nie zapomnę. Nigdy nikt i nic nie będzie w stanie Cię zastąpić.

Twoja na zawsze, 
Annie.


PS Pokazałam Benowi nasze miejsce, te, w którym wszystko się zaczęło. Kiedyś opowiem mu całą naszą historię i boję się tego momentu, bo wiem, że będzie to okropnie bolesne, ale wiem też, że sobie poradzę. Będziesz wtedy przy mnie. Tak jak teraz. Bo jesteś w moim sercu. Nigdy mnie nie opuściłeś. Wiem to. Jestem pewna.
PPS Pozdrów ode mnie Mags. 


_________________________________________________________________________________



Skarby, moje kochane... to już koniec. Ostatnie słowa tej historii właśnie zostały napisane. Wiem, że nie zawsze i nie wszyscy czytacie notki, które piszę pod rozdziałami (bo wiem, że czasem za bardzo się rozpisuję... teraz też tak będzie, za co przepraszam), jednak mam nadzieję, że wszyscy przeczytacie tą ostatnią. Mam także nadzieję, że wszyscy zostawicie komentarz pod epilogiem tej historii. 
Dobrze... szczerze powiem, że o epilogu myślałam już od założenia tego bloga, ale... do ostatniej chwili nie wiedziałam jak to napisać. Liczę na to, że spodobało Wam się to co tu przeczytaliście. 
Dobrze... jednak teraz czas na... wyjaśnienie dlaczego epilog pojawił się akurat dziś. (Tak, wiem... strasznie to przeciągam, ale koszmarnie boję się końca, dobrze?) Tak, ta data nie jest przypadkowym dniem. Dla mnie jest to dzień wyjątkowy. Dziś oprócz tej historii... oficjalnie kończy się moje dzieciństwo. Tak, dokładnie dziś kończę osiemnaście lat, dlatego pomyślałam, że to idealny dzień na wstawienie tego rozdziału. Pomyślałam, że to będzie idealny dzień na zakończenie tego niezwykle ważnego dla mnie etapu, który ciągnął się od końcówki gimnazjum do ostatniego roku liceum. W tym czasie mogliście zauważyć, jak bardzo zmienił się mój styl pisania (no może nie jakoś bardzo, ale postępy jakieś są, nawet ja nie mogę zaprzeczyć XD) i ja... wiecie... na początku byłam dziewczynką, która najbardziej na świecie pragnęła zatrzymać czas (a najlepiej cofnąć) i być wiecznie dzieckiem. Potem pogodziłam się z upływem czasu i wreszcie zaczęłam dorastać, zaczęłam poszukiwania siebie samej, swojej własnej drogi. Teraz... w tym ostatnim etapie jestem już oficjalnie dorosła (oficjalnie, bo w sercu nadal jestem dzieckiem XD) i myślę, że odnalazłam siebie i ścieżkę, jaką chcę podążać. I teraz... chcę podziękować Wam za to, że byliście ze mną wtedy, że jesteście ze mną teraz, dziękuję za te wspaniałe komentarze, które nie raz podniosły mnie na duchu, które nie raz spowodowały, że popłakałam się ze szczęścia. Dziękuję Wam za to, że jesteście i za to, że byliście ze mną. 
Bardzo dziękuję Wam wszystkim za to, że czytaliście to co pisałam (a wiem, że czasem było to nie lada wyzwanie).
Dziękuję także za te cudowne komentarze, jakimi zawsze mnie motywowaliście i wywoływaliście uśmiech. Chciałabym teraz wymienić osoby, które mnie motywowały najbardziej :) Albo sprawiły, że śmiałam się tak głośno, że nawet nie chcę wiedzieć co rodzice musieli o mnie pomyśleć XD
Dziękuję anonimowej osobie, która zostawiła pierwszy na tym blogu komentarz, dziękuję Mari (która jest ze mną chyba od początku), dziękuję Dolly (z którą zawsze prowadziłam dziwne rozmowy w komentarzach XD), dziękuję Viks Follow i PinQ Lawsbian (które zawsze zostawiały niemiłosiernie długie — jak kocham to określać — komentarze, które zawsze wywoływały ogromny uśmiech na mojej twarzy), dziękuję Bang My Hands (z którą zawsze prowadziłam niezwykle ciekawe rozmowy), dziękuję J Sz. i AT (które wciąż mnie motywują do dalszej pracy), dziękuję Malwinie Banach (która zmotywowała mnie do przeczytania Harry'ego Pottera), Love Hunger Games, Karolinie Mellark, Płonącemu Kosogłosowi, Magic Creature, Oleverd, Aaliyah Hunger Games, Lilla18, zhal986, Evelyn, osobie podpisującej się "Wielka Fanka Twoich Rozdziałów", Coriolanusowi Snowowowi (nie mam zielonego pojęci czy powinnam odmienić tę nazwę), Gabrieli, Justynie Nie Ważne, Hope i wszystkim innym czytelnikom tego bloga, którzy komentowali (ale przez moje gapiostwo ich tu nie wymieniłam), albo nie komentowali, ale czytali... no cóż... dziękuję Wam wszystkim! Jesteście najlepszymi czytelnikami pod słońcem! ♥♥♥ Nawet nie wiecie jak bardzo chciałabym Was teraz przytulić!!! ♥♥♥
I... tak jak mówiłam... 20 listopada pojawi się prolog nowego opowiadania... a dzień wcześniej czyli 19 listopada pewien post, na który także zapraszam :) 

sobota, 14 października 2017

Rozdział 130 — Amulet na szczęście

FINNICK


Czas leciał niezwykle szybko. Nim się spostrzegłem, a wszystkie moje smutki minęły bezpowrotnie i byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Nim się obejrzałem, stałem na ślubnym kobiercu razem z kobietą mojego życia. 
Jednak jedna rzecz nie dawała mi spokoju. Wojna. Nie mogłem pozwolić na to, aby moja rodzina żyła w kraju ogarniętym niepokojem. Nie mogłem pozwolić na to, abyśmy ukrywali się przed niebezpieczeństwami całe życie. 
Walczyłem. Pojechałem do Kapitolu, gdzie dołączyłem do tak zwanej Drużyny Gwiazd. Dopiero w stolicy Panem dowiedziałem się, że nie będziemy brać czynnego udziału w walce, a jedynie nagrywać kolejne propagity, zagrzewające ludzi do boju. Tworzyli z nas kogoś, kim wcale nie byliśmy. Ukazywali nas jako bohaterów, a wcale nie zasłużyliśmy na to miano. 
Pewnego dnia straciliśmy jednego członka drużyny — Leeg 2. Wkrótce przysłano do nas kogoś, kto miał ją zastąpić. Był to Peeta.
Dla mnie była to powtórka z Ćwierćwiecza Poskromienia. Trafiliśmy do miejsca pełnego pułapek. Musieliśmy chronić Kosogłosa i chłopaka, którego kochała.

Pewnego dnia zginęliśmy. Przynajmniej tak myśleli wszyscy dookoła. W Kapitolińskiej telewizji co chwilę pokazywały się nasze twarze, podpisane imionami, dystryktami, z których pochodziliśmy i ostatecznie też słowem "martwy" lub "martwa".
Uważali to za największy sukces. Śmieszyło mnie to. Choć jednocześnie martwiłem się o to, jak Annie to odbierze.

Pewnego razu, gdy Peeta po raz kolejny poprosił mnie o to, abym skrócił jego cierpienia, przypomniałem sobie o wisiorku, który miał przynieść mi szczęście. Zdjąłem go  z szyi i podałem mu. Chłopak spojrzał na mnie zdziwiony.
   — To mój amulet. Ma przynosić mi szczęście. Daję ci go z prośbą, żebyś po tym wszystkim oddał go Annie... wiesz... gdyby mi się coś stało. Ty musisz żyć, a ja zrobię wszystko, żebyś przeżył, rozumiesz?
Chłopak początkowo nie chciał się zgodzić, ale ostatecznie nie miał wyboru. Ja dokonałem swojego.

Zostaliśmy zaatakowani przez zmiechy. Walczyłem z trzema na raz. To wtedy do mnie dotarło, że to koniec. Tym razem nie miałem być zwycięzcą.
Widzę maszt łodzi, srebrny spadochron, roześmianą Mags, różowe niebo, trójząb Beetee'ego, Annie  w sukni ślubnej, fale uderzające o skały. 
Wybacz mi, Annie. Wybacz mi. Wybacz...


ANNIE


Nie było mnie przy nim. Umierał w samotności. Umierał w męczarniach.
Teraz ja będę tak żyć.
On zmarł żywy. Ja żyję martwa.

Nie zasługiwałam na niego. Johanna cały czas boleśnie mi o tym przypominała.
   — Zginął, żebyś mogła żyć w bezpiecznym miejscu! A ty teraz tylko ryczysz i, ryczysz i jeszcze chcesz się zagłodzić! Myślisz, że po to walczył?! Weź się w garść! Zawsze wiedziałam, że on był dla ciebie za dobry... teraz swoim zachowaniem jedynie to potwierdzasz — oznajmiła mi po jakimś czasie spędzonym w Kapitolu.
Właśnie wtedy zrozumiałam. Wtedy zrozumiałam, że muszę żyć. Wtedy zrozumiałam, jak głupia byłam. Wtedy po raz pierwszy od chwili, gdy dowiedziałam się o losie Finnicka, postanowiłam zjeść śniadanie, choć później i tak je zwróciłam.

Poszłam na spacer. Spotkałam tam Peetę.
   — Hej, jak się czujesz? — spytał. Nie odpowiedziałam. — No tak... głupie pytanie. Jak masz się czuć... Przepraszam...
   — Nie masz za co przepraszać — powiedziałam cicho.
   — W ogóle... to właśnie cię szukałem... — oznajmił i wyciągnął coś z kieszeni. — Widzisz... Finnick dał mi to i prosił, abym ci przekazał, jeśli coś mu się stanie. On od początku wiedział, że przeżyję... chronił mnie... pomagał. Nigdy już nie będę w stanie mu podziękować, ale... chciałbym, żebyś wiedziała, że... jeśli będziesz potrzebowała jakiejkolwiek pomocy... to proszę, żebyś zwróciła się z tym do mnie... tylko tak będę w stanie mu się odwdzięczyć — dodał i przekazał mi amulet, który miał chronić mojego męża. W moich oczach pojawiają się łzy.
   — Dziękuję — wyszeptałam i przytuliłam się do chłopaka.
   — Finnick był wspaniałym człowiekiem — powiedział Peeta.
Miał rację. Finnick był najlepszym człowiekiem, który zginął, abym mogła żyć w wolnym miejscu. Dlatego nie mogę się poddać. Muszę walczyć. Będę walczyła dla niego, tak samo, jak on zginął dla mnie.


_________________________________________________________________________________


Moi najukochańsi czytelnicy... to już ostatni rozdział (tej historii). Następny będzie epilog. Szczerze? Naprawdę ciężko mi się to pisało, ale mam nadzieję, że dałam radę i że rozdział się Wam podoba :)
No cóż... epilog pojawi się w listopadzie (dokładniej w drugim tygodniu listopada) i tak samo będzie z prologiem nowego opowiadania... z tym że prolog nowego opowiadania pojawi się 20 listopada... czyli dokładnie w drugą rocznicę premiery Kosogłosa cz.2 :)