czwartek, 26 listopada 2015

Rozdział 101 - "Skąd znasz mój adres?"

FINNICK

   Pamiętam pierwszy dzień po powrocie z Kapitolu, był to pierwszy rok, kiedy byłem mentorem. Od tamtego dnia minęło prawie cztery lata. Usiadłem wtedy na plaży i patrzyłem w morze, marząc, aby to wszystko się skończyło. Annie przysiadła się do mnie jak teraz i próbowała dowiedzieć się co się stało. Milczałem. Zupełnie jak teraz.
-Finnick... możesz mi powiedzieć... - mówi i kładzie dłoń na moje ramie.
   Wzdrygam się. Przypomina mi się tamta sytuacja sprzed czterech lat. Przypomina mi się wszystko co wtedy myślałem. Jestem nikim.Te słowa powtarzałem sobie najczęściej. Brzydziłem się siebie. Na skórze ciągle czułem dotyk tamtej kapitolinki. Nawet najmniejszy kontakt z kimkolwiek lub z czymkolwiek sprawiał, że chciałem uciec jak najdalej od wszystkiego... chciałem uciec od życia na jakie mnie skazano. Wiedziałem jednak, że to byłoby tchórzostwo. Zostawić bliskich - Annie i Mags - z pytaniem dlaczego się poddałem... dlaczego pozwoliłem Snowowi zatriumfować. Dlatego walczę. 
-Nie chcę o tym rozmawiać - oznajmiam cicho.
-Ale... dlaczego? - dopytuje moja ukochana. 
-Czy ty chciałabyś opowiadać o ludziach, którzy kupili twoje ciało? - pytam i spoglądam na nią z bólem. 
   Moja ukochana przecząco kręci głową i zawstydzona opuszcza ją. 
-No właśnie - mówię cicho.

-Już jesteśmy!! - krzyczę, kiedy tylko wraz z Annie wejdziemy do domu Mags.
   Kobieta wychodzi z kuchni i uśmiecha się do nas. Odwzajemniam uśmiech. Kątem oka zauważam, że moja ukochana również.
-Jak się bawiliście? - pyta. 
-Dobrze - razem z Annie odpowiadamy chórem.
-Cieszę się...  - mówi. - No i... Finnick... masz gościa.
   Spoglądam na nią zaskoczony, zastanawiając się, kto mógł mnie odwiedzić. Wtedy starszy mężczyzna o siwych włosach i twarzy pooranej zmarszczkami, świadczącymi o jego dojrzałości, wychyla się zza drzwi od kuchni. Na twarzy mężczyzny pojawia się uśmiech, a ja czuję jak krew odpływa mi z twarzy. Nie spodziewałem się, że mogę go tu spotkać.
-Dzień dobry. Mam nadzieję, że nie jesteś zły, że postanowiłem cię dziś odwiedzić - mówi.
-Skąd znasz mój adres? - pytam.
-Marlene mi powiedziała - oznajmia.
-Cieszę się, że znów pana widzę - odzywa się ciepło Annie.
   Mężczyzna uśmiecha się do niej. Zapada niezręczna cisza, którą postanawia przerwać Mags.
-To może ja zrobię herbatę? Zapraszam do salonu - mówi i wskazuje drzwi do pokoju na przeciw kuchni.
-Pomogę ci - mówię.
   Annie wraz z starszym mężczyzną idzie do salonu, a ja podążam za Mags do kuchni. Mentorka sprawnym ruchem wyjmuje szklanki z szafki i wsypuje do nich herbatę, a następnie stawia na kuchence czajnik z wodą. Odwraca się i spogląda na mnie pytająco.
-To mój dziadek - wyjaśniam.
-Wiem... przedstawił się. Zastanawiam się jednak dlaczego nigdy o nim nie wspominałeś - mówi.
-Przepraszam... on... pokłócił się z moją matką i przestał do nas odzywać, kiedy miałem pięć lat... pewnie gdybym ci powiedział to nie musiałabyś się ze mną męczyć przez te wszystkie lata... przepraszam - szepczę.
-Finnick... nie męczyłam się z tobą... wręcz przeciwnie. Jesteś dla mnie jak rodzina. Przez te wszystkie lata miałam tylko ciebie i Annie. Za nic w świecie nie chciałabym, żeby było inaczej... nie wiedziałam tylko czy mogę mu uwierzyć - mówi i uśmiecha się słabo.
-Możesz... to naprawdę mój dziadek. Chociaż... ciężko mi tak o nim mówić - oznajmiam.
   Kobieta patrzy na mnie ze smutkiem, siada na krześle i odzywa się:
-Siadaj... mamy trochę czasu zanim woda się zagotuje. Opowiesz mi co ci leży na sercu - mówi.
   Siadam na przeciw niej. Nerwowo poprawiam włosy i spoglądam w dół. Wzdycham i zaczynam się gorzko śmiać.
-Obawiam się, że to długa i skomplikowana historia - mówię, przy czym z drżeniem wypuszczam powietrze.
-Zobaczymy czy uda ci się opowiedzieć ją w pięć minut, a mi ją zrozumieć - mówi i szczerze się uśmiecha.
-Może się uda... - mówię cicho. - Dziadek niegdyś był dla mnie kimś w rodzaju idola... no wiesz... chciałem być zupełnie taki jak on... chciałem być bohaterem z opowieści, które od niego słyszałem. Był dla mnie kimś więcej niż członkiem rodziny... on był dla mnie kimś niesamowitym, kimś nie z tego świata. Później pokłócił się z moją matką, bo w nieodpowiedniej chwili wszedł do kuchni i nie usłyszał całego zdania, które wypowiedziała. Przestał się do nas odzywać... nawet do mnie. Często ukrywałem się w moim pokoju i płakałem. Słyszałem, że moja matka też często tak robiła. Opuścił nas... przestał się do mnie odzywać... nie wiedziałem czy w ogóle mam jeszcze dziadka - mówię z goryczą w głosie.
-Więc co takiego się wydarzyło, że teraz już się do ciebie przyznaje? - pyta.
-Wykrzyczałem mu wszystko co o nim myślę na weselu Marlene. Wręczyłem mu plik kartek, na których pisałem to co czułem, kiedy nas opuścił - oznajmiam.
   Mags chce już coś powiedzieć, ale gwizd wydobywający się z czajnika przeszkadza jej. Kobieta wstaje, podchodzi do kuchenki i zdejmuje czajnik z wodą. Następnie gorącą wodą zalewa herbatę i stawia szklanki na tacy. Ja podchodzę i wyciągam z szafki paczkę z kostkami cukru, która wydaje mi się dziwnie lekka i ją również stawiam na tacy. Następnie zanoszę herbatę i cukier do salonu. Mentorka idzie za mną.

   Z salonu słychać śmiech mojej ukochanej. Wchodzę tam i patrzę na nią pytająco. Ona wybucha jeszcze głośniejszym śmiechem, więc patrzę na mojego dziadka, który powstrzymuje śmiech.
-Ile jeszcze historii z żółwiami nie słyszałam? - pyta moja ukochana.
-Dużo ich było... - odpowiada ze śmiechem mój dziadek.
   Domyślam się o czym rozmawiali.
-Żółwie mnie nie lubią, dobrze? - mówię z obrażoną miną i siadam na kanapie.
   Annie siada bliżej mnie i obejmuje mnie w pasie swoimi delikatnymi rękami.
-Ciebie? Żółwie cie nie lubią? Przecież ciebie każdy kocha - oznajmia i całuje mnie w policzek.
   Mimowolnie się uśmiecham. Jedną ręką obejmuję ukochaną i kątem oka zauważam, że na jej twarzy maluje się ogromny uśmiech. Cieszę się, że jest szczęśliwa.
-Świata poza sobą nie widzą - Mags tłumaczy mojemu dziadkowi.
-Chyba masz rację - odpowiada mężczyzna.
-Nie chyba, a na pewno - mówi mentorka z ogromnym uśmiechem malującym się na jej twarzy.
-Wiecie... dziwnie się czuję, kiedy siedzę obok was, a wy mówicie właśnie o mnie... - oznajmiam.
   Wszyscy w pokoju wybuchają śmiechem. Patrzę na nich udając zdziwienie i jedną ręką sięgam do opakowania z cukrem. Otwieram je i już wiem dlaczego wydawało mi się takie lekkie. Jest puste. Zwyczajnie nie ma cukru.
-Cukier się skończył... pójdę do sklepu po nowy - mówię i wstaję z kanapy.
-Poczekaj pójdę z tobą - mówi Annie i również wstaje.
   Uśmiecham się i wyciągam rękę w kierunku ukochanej. Ona ją przyjmuje i już po chwili wychodzimy z domu, aby zdobyć kostki cukru.


___________________________________________________________________________________


   Mam nadzieję, że rozdział Wam się spodobał, bo pisałam go całkiem długo... nie mogę jednak powiedzieć, że jestem z niego w pełni zadowolona... nieważne.
   Jak podobają Wam się nowe zakładki? Podobają się? Czy może uważacie je za niepotrzebne? Przyjmę wszelką krytykę :)
   Co do zakładki z grafiką... niestety w tym tygodniu nie pojawi się tam jeszcze ta praca z postaciami z Harrego Pottera, ale obiecuję, że zrobię ją jak najszybciej i jak najszybciej ją tam wstawię :) 
Być może będzie w poniedziałek :) 

sobota, 21 listopada 2015

Recenzja Kosogłos cz.2

Dnia 20.11.2015 r do kin wszedł film, który jest już zwieńczeniem historii, która tak zawładnęła moim sercem, że stworzyłam tego oto bloga... oczywiście mówię... a raczej piszę tu o trylogii Igrzyska Śmierci autorstwa niesamowitej Suzanne Collins.
Tego samego dnia o godzinie 18:00 miałam okazję być w kinie na tym właśnie filmie. Kosogłos cz.2 zrobił na mnie ogromne wrażenie i postanowiłam napisać jego recenzję... niestety nie potrafię pisać recenzji... więc można powiedzieć, że będzie to raczej coś w stylu... moich odczuć po obejrzeniu tego filmu :)
   UWAGA!! SPOJLERY!! ZDANIA BĘDĄCE SPOJLERAMI BĘDĄ NAPISANE KURSYWĄ! JEŚLI JESZCZE NIE OGLĄDAŁEŚ FILMU I NIE CHCESZ SPOJLERÓW NIE CZYTAJ ICH!!
Najpierw może coś ogólnie o filmie, więc... opis (z ulotki filmowej):
   "Katniss Everdeen (Jennifer Lawrence) i przywódcy Dystryktu 13 rozpoczynają wielką ofensywę przeciwko dyktatorskiej władzy Kapitolu. Walka toczy się już nie tylko o przetrwanie, ale o przyszłość całego narodu. Katniss wspierana przez Gale'a (Liam Hemsworth), Finnicka (Sam Claflin) oraz Peetę (Josh Hutcherson) planuje zamach na Prezydenta Snowa (Donald Sutherland). Bezwzględni wrogowie i moralne wybory, przed którymi stanie Katniss, będą dla niej większym wyzwaniem niż cokolwiek, co wcześniej przeżyła na arenach Głodowych Igrzysk."
 
Teraz... plusy i minusy filmu...

MINUSY
  • W filmie zabrakło mi kilku momentów z książki np. szkolenia Katniss i Johanny, ataku paniki Johanny, wskutek, którego trafiła do szpitala, mieszkania w jednej kwaterze Katniss i Johanny, snu Katniss itp. To, że wymieniłam tylko te sceny wcale nie oznacza, że tylko ich mi brakowało, ale sami rozumiecie, że było trochę więcej ominiętych scen, więc nie chciało mi się tu wszystkiego pisać
  • Szczerze... to chyba wszystko...

PLUSY
  • Gra aktorska - według mnie aktorzy naprawdę świetnie zagrali... po prostu cudownie
  • Pewien dodany wątek, pewnej pary, którą shippuję już od pierwszej wzmianki o ich charakterach i relacji 
  • Pewien ślub... chociaż był za krótki
  • Pewna scena z Jaskrem i Katniss
  • Dialogi wyjęte z książki


Nie mam pojęcia co mogłabym jeszcze napisać o plusach i minusach, więc teraz napiszę o SCENACH, KTÓRE ZAPRAŁY MI DECH W PIERSIACH, I JEDNEJ, KTÓRĄ CIĄGLE WIDZĘ !UWAGA! SPOJLER!

  1. Scena śmierci mojego ulubionego bohatera. Do ostatniej sekundy liczyłam na to, że jednak wyjdzie z kanałów, że wyrwie się zmiechom, chociaż czytałam książkę i doskonale wiedziałam, że tak nie będzie. Zanim Katniss wypowiedziała trzy razy słowo "Łykołak", Finnick zabił prawie wszystkie zmiechy i już wchodził po drabinie, ale w ostatniej chwili zaatakowały go te paskudne stworzenia, ściągnęły go z drabiny i zagryzały go... usłyszeliśmy wtedy przeraźliwy, rozdzierający serce krzyk... wiecie jaka była moja reakcja? Oprócz tego, że serce biło mi jak oszalałe co chwila wypowiadałam jego imię... tak to tą scenę ciągle mam przed oczami i to krzyk Fnnicka ciągle siedzi mi w głowie...
  2. Scena, w której Katniss strzeliła w serce Coin. Akurat ta scena bardzo mi się spodobała, nie wiem dlaczego... być może miało to związek z tym, że nie lubiłam Coin od pierwszej wzmianki o niej w książce. 
  3. Scena z Jaskrem. Była to bardzo wzruszająca scena. Bałam się, że jej nie będzie, więc byłam niesamowicie szczęśliwa, że jednak była. Poza tym Jennifer świetnie przedstawiła wtedy uczucia Katniss.
  4. Scena z listem od Annie... bo była bardzo urocza... te ostatnie słowa, że jej synek jest bardzo podobny do jego ojca - Finnicka... wzruszyłam się wtedy... no i byłam bardzo szczęśliwa, że nie ominęli tej sceny.
  5. Epilog... zwłaszcza to, że użyli tu słów z epilogu głównie "Istnieją jednak znacznie gorsze zabawy"

Ogólnie film wzbudził we mnie naprawdę wiele emocji i jeśli miałabym go ocenić to dałabym 10/10
Polecam go każdemu :)

___________________________________________________________________________________

UWAGA!! WAŻNA INFORMACJA!!! 

  Myślę, że nie będziecie mi mieli za złe tego, że kolejny rozdział pojawi się prawdopodobnie dopiero za tydzień. Może być wcześniej, ale może być też później, więc po prostu wchodźcie i sprawdzajcie czy coś już napisałam :) 
  Mam jeszcze jedną niespodziankę w zanadrzu i będzie to kolejna zakładka, udostępnię ją jutro :)  

piątek, 20 listopada 2015

Rozdział 100 - Piosenka

FINNICK


    Nie lubię mówić o sobie. Nie lubię mówić o swoich przeżyciach, swoich uczuciach, swoich myślach. Nie lubię tego uczucia, które towarzyszy mi zawsze, kiedy coś komuś opowiem, kiedy powiem mu o tym co czuję. Wtedy zawsze uważam, że jestem nagi, bezbronny, bezsilny, wiem, że muszę polegać na kimś. Nienawidzę tego. 
   Można powiedzieć, że na ludziach zawiodłem się, kiedy brałem udział w Głodowych Igrzyskach i moi sojusznicy odwrócili się przeciwko mnie. Trzeba się go pozbyć. Jest dla nas zagrożeniem. Pamiętam te słowa, wypowiedziane przez trybuta z Jedynki. Pamiętam moment, kiedy mój trójząb przebijał jego ciało. Pamiętam jego martwy wzrok, który we mnie wbijał. To ostatnie spojrzenie, przepełnione zaskoczeniem i głęboką nienawiścią, którą zapał do mnie w ostatniej sekundzie życia, wbiły się w najgłębsze zakamarki mojej duszy, mojej podświadomości. Często widzę je w swoich snach. 
   Rozkazy Snowa, jedynie potwierdziły moje obawy. Przez to jeszcze bardziej zamknąłem się w sobie. Jest jedynie dwoje ludzi, którym ufam bezgranicznie, którym w ogóle ufam. Jedna z nich przyjęła mnie pod swoje skrzydła, kiedy zostałem wylosowany do wzięcia udziału w grze, która pozbawia ludzi człowieczeństwa, a potem przyjęła mnie pod swój dach, mówię tu o Mags. Drugą poznałem w moim, a potem naszym miejscu, od razu się zaprzyjaźniliśmy, a po jakimś czasie ta przyjaźń przerodziła się w znacznie głębsze uczucie, które sprawiło, że nie mam ochoty nawet wypuścić jej dłoni ze swojej. Mam na myśli Annie. 
   Teraz opowiadam zupełnie obcej osobie historię słynnego Finnicka Odaira - najmłodszego zwycięzcy Głodowych Igrzysk, którego w Kapitolu prześladują rzesze fanek, a on łamie im serca. Nie jest to jednak historia, którą zna każdy mieszkaniec Panem. Nie mówi ona o tym, że bezwzględnie uwodzę kobiety, przyjmuję od nich ekstrawaganckie upominki, a następnie zostawiam je, aby związać się z kolejnymi. Mówi ona o tym, dlaczego to robię. 
-Przykro mi... ja... nie wiedziałam... - szepcze Evelyn. 
-Tak... nie chciałem, żeby ktokolwiek o tym wiedział - wyjaśniam. 
-Czyli, że Snow i te kobiety... oni cię wykorzystują? - pyta. 
-Zabawne, prawda? Wszyscy myślą, że to ja je wykorzystuję, a w rzeczywistości jestem jedynie ich ofiarą, zabawką w ich rękach, zwykłą marionetką - oznajmiam i śmieję się gorzko. 
   Na jej twarzy widzę wstyd. Ona też tak kiedyś myślała. Nie dziwię się. Ludzie mają tendencję do wierzenia w to co mają podane na tacy. Tak jest łatwiej. Poco mielibyśmy coś analizować? Poco mielibyśmy się nad czymś zastanawiać? Łatwiej jest przecież uwierzyć w to co usłyszymy, nieważne czy od kogoś czy w telewizji. Ważne, że mamy podaną jakąś informację i nie trzeba będzie się domyślać. 
-Proszę... nie zgłaszaj się na ochotnika. Jeśli nie zrobisz tego dla swoich bliskich i Annie to zrób to dla siebie - mówię. 
   Dziewczyna kiwa głową. Na jej twarzy pojawia się sztuczny uśmiech, wyrażający ból. Jednak przytakuje. Zgadza się. 
-Evelyn? - Annie idzie w naszym kierunku - Przepraszam - Mówi i idzie coraz szybciej. 
   Evelyn wstaje i idzie w stronę Annie. Obydwie stają na przeciwko siebie. Przez dziesięć sekund wpatrują się w siebie, a potem wpadają sobie w ramiona. Obydwie płaczą, ciągle się przytulając. Ja siedzę na ziemi i nie wiem co ze sobą zrobić, więc jedyne co robię to patrzę na wodę i pozwalam moim myślom płynąć niczym falom.

 Fale oblewają stopy twoje,
a ty myślisz,
mieszasz swoje słone łzy z morską wodą,
która pochłonęła mnie.
Myślisz, że ich nie czuję.
Myślisz, że nie żałuję. 

Mylisz się kochanie,
oj mylisz się.
Nie ma nawet momentu,
abym nie próbował uciec z tego zamętu
Myślisz, że nic nie czuję.
Myślisz, że nie żałuję.

Jednak ja wciąż czuję.
Jednak ja wciąż żałuję.
Chcę powrócić do tych chwil.
Chcę powrócić do ust twych.
Myślisz, że nic nie czuję.
Myślisz, że nie żałuję.

Ja wciąż tu jestem. 
Ja wciąż czekam.
Bo chcę wrócić.
Bo chcę wrócić.

   Nie wiem dlaczego teraz przypomniałem sobie te słowa. Pamiętam jednak jak kiedyś odnalazłem tą piosenkę w biurku taty. Szukałem wtedy czystych kartek, a znalazłem jego utwór. Napisał to dla matki. Chciał zostawić jej coś po sobie, chciał pokazać, że jest dla niego niesamowicie ważna. Wiedział, że przejrzałaby jego rzeczy tylko jeśli on nie wróciłby z rejsu. Akurat wtedy go nie było. 

-Tato? - zapytał pięcioletni chłopiec o niesamowitych oczach w kolorze morskiej zieleni.
   Dorosły mężczyzna o niemal identycznych oczach co chłopiec spojrzał na pięciolatka z uśmiechem na ustach. 
-Znalazłem to... co to jest? - spytał chłopiec.
   Chłopiec, którym byłem ja, spojrzał na swojego ojca i zaczął się kulić, wyczekując krzyków. Jednak one nie nastąpiły. Ojciec zaczął się śmiać. Objął chłopca - mnie - ramieniem i zaśpiewał piosenkę, którą pokazał mu jego syn. Nie potrafił śpiewać, ale nie to się liczyło. Ważne było to jak zareagował. Zupełnie jak nie on.
-Napisałem ją dla twojej mamy. Na wypadek, gdybym kiedyś nie wrócił. Nic jej nie mów. Zrobisz to dla mnie? - spojrzał na chłopca wyczekująco. 
   Mały chłopiec był tak zdziwiony zachowaniem i pytaniem ojca, który nie pozwalał grzebać w swoich rzeczach - z tego powodu nie raz wybuchała awantura - że kilka razy energicznie pokiwał głową, przytulił ojca i w podskokach wybiegł z pokoju.

   Pamiętam tamten moment doskonale. Pamiętam ciepło jego ramienia, którym mnie objął, pamiętam, że czułem się wtedy bezpiecznie. Samego uczucia bezpieczeństwa jednak nie pamiętam. Trochę to dziwne, ponieważ każdy zwycięzca ma zagwarantowane bezpieczne życie. Jednak to tylko słowa Kapitolu, słowa Snowa, który potrafi przekręcić wszystko, aby wyszło na jego korzyść. Słowa, które nic nie znaczą. Słowa rzucone na wiatr.


-Naprawdę wszystko jej opowiedziałeś? - spytała moja ukochana, kiedy tylko przysiadła się do mnie.
   Evelyn już poszła. Do moich oczu znów napływają łzy. Nie pozwolę im się jednak wydostać z moich oczu. Muszę być silny dla Annie. Patrzę na nią.
-Tak - wykrztuszam - Zrobię wszystko, żebyś była szczęśliwa, a wiedziałem, że Evelyn tak łatwo nie zrezygnuje. Musiałem jej opowiedzieć.
   Annie kiwa głową i widzę, że bije się z myślami. W końcu pyta:
-Płakałeś, kiedy o tym mówiłeś... czy... przypomniałeś sobie coś? - Uśmiecham się smutno.
-Tak, przypomniałem sobie... coś - mówię i znów odwracam głowę w stronę morza. 


_________________________________________________________________________________


   Tak wiem... rozdział miał być specjalny... cóż... jego specjalność polega na tym, że napisałam do niego to... nie wiem czy można to nazwać piosenką... nie powinnam pisać piosenek, ani wierszy (i normalnie tego nie robię).  No nieważne.
   Jak wiecie jestem już po obejrzeniu filmu... to było... słowa tego nie opiszą... oczywiście wzruszyłam się w kilku momentach, w jednym momencie moje serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi, a kiedy film się skończył... poczułam pustkę... wielką dziurę w sercu, której nie da się zapełnić...
   Końcówkę tego rozdziału pisałam już po powrocie z kina... musicie mi wybaczyć, jeśli nie jest zbyt dobra, ale kiedy ją pisałam to moje serce ciągle płakało (ja też), a mój mózg ciągle przypominał pewną scenę... najgorszą scenę z całej trylogii... nieważne.
   Obiecana niespodzianka to nowa zakładka (jutro pojawi się jeszcze jedna), zapraszam do zaglądania tam jeśli chcecie zobaczyć moje prace w programach graficznych (byłabym szczęśliwa, jeśli byście napisali co o nich sądzicie).
Akcja: WIELKIE ODLICZANIE DO KOSOGŁOSA CZ.2 oficjalnie dobiegła końca. Jutro wstawię nowy post (nie będzie to jednak rozdział, a post z drugą częścią niespodzianki :D)

czwartek, 19 listopada 2015

Rozdział 99 - "Będziesz potrafiła...?"

FINNICK


   Wyruszam w poszukiwaniu Evelyn. Sam się dziwię, że to robię. Nigdy nie lubiłem tej dziewczyny. Nie powiem... szkoda mi się jej zrobiło, kiedy usłyszałem, że ma zamiar zgłosić się na trybuta. Chociaż nie wiem czy w tym momencie myślałem o Evelyn, czy o Annie. Na Głodowych Igrzyskach, poległa jej siostra. Przez Głodowe Igrzyska muszę słuchać rozkazów Snowa, aby jej bronić. Głodowe Igrzyska pozbawiły nas możliwości prowadzenia szczęśliwego życia. Nie chcę, aby odebrały jej również przyjaciółkę. Nie pozwolę na to. Przekonam Evelyn, żeby tego nie robiła. Zrobię wszystko, aby ją przekonać.
   Rozglądam się dookoła i zauważam skuloną na ziemi dziewczynę o kruczoczarnych włosach. Jej twarz ukryta jest w niemal białych dłoniach. Słyszę, że płacze. Naraz czuję coś dziwnego - szkoda mi jej. Głośno wzdycham i podchodzę do niej.
-Cześć - mówię.
   Płacz momentalnie się skończył. Jej dłonie oderwały się od twarzy. Jej głowa powoli obraca się w moją stronę. Patrzę na nią i uśmiecham się słabo.
-Czego chcesz? - syczy - Zrobić mi wykład o tym jak źle potraktowałam Annie? Czy może, że jestem okropnym człowiekiem i okropną przyjaciółką? Albo chcesz mnie poinformować o tym, że mówiłam ci, żebyś jej nie skrzywdził, a w końcu zrobiłam to sama? - pyta, a w jej głosie mieszają się dwie emocje: rozpacz i złość.
-Nie - odpowiadam cicho.
-Więc po co? - pyta.
   Patrzy na mnie zaczerwionymi od płaczu oczami. Siadam na piasku obok niej i wpatruję się w morze. Zastanawiam się czy powiedzieć jej o wszystkim. Jeśli to pomoże Annie to zrobię to, ale w ostateczności. Głośno wzdycham.
-Chcę cię prosić, żebyś nie brała udziału w Głodowych Igrzyskach - odpowiadam pewnie.
-Niby dlaczego?! - wścieka się.
-A dlaczego chcesz się zgłosić? - pytam.
-Bo jestem już na to gotowa - odpowiada pewnie, choć jej głos ciągle drży.
-Jesteś gotowa? - pytam i śmieję się gorzko - Wiesz, że to przygotowanie, to nie wszystko? Potrafisz zabijać, bić się, walczyć, przetrwać. Tylko czy potrafisz żyć do końca swojej wędrówki po ziemi ze świadomością, że pozbawiłaś życia innych ludzi? Będziesz potrafiła co noc budzić się z krzykiem, bo znów będziesz widziała jak ludzie próbują cię zabić? Będziesz chciała, żeby twojej rodzinie coś się stało? Będziesz chciała bronić ludzi, na których ci zależy w sposób, który odbierze ci honor? Będziesz potrafiła spojrzeć w lustro, kiedy wrócisz z Kapitolu, po tym jak Snow cię sprzeda? - pytam.

   Znów mam szesnaście lat. Po raz pierwszy w życiu jestem mentorem na Głodowych Igrzyskach. Po raz pierwszy w życiu jadę do Kapitolu, nie bojąc się, że spędzę tam ostatnie dni. 
   Dostaję wezwanie od prezydenta Snowa. Kieruję się do windy. Mags uśmiecha się smutno. 
   Wchodzę do gabinetu Snowa. Wyczuwam niesamowicie mocny aromat róż. 
-Witaj, chłopcze - odzywa się do mnie. 
-Dzień dobry - odpowiadam nieśmiało - Czy mogę wiedzieć, dlaczego mnie pan tu wezwał? - pytam. 
   Na jego ustach wykwita sarkastyczny uśmieszek. Podnosi filiżankę z herbatą do ust i wypija łyk gorącego napoju. Następnie odstawia filiżankę, a do ust przykłada idealnie białą chusteczkę, która po chwili przesiąka szkarłatną cieczą. Wzdrygam się. Robi mi się niedobrze, ale nie daję tego po sobie poznać. Przecież jestem silny. Przecież wygrałem Głodowe Igrzyska. Przez cały okres ich trwania spotykałem się z tą cieczą. Prezydent patrzy na chusteczkę i przecząco kręci głową, po czym wyrzuca ją do kosza. 
-Ciężko jest pozbyć się krwawej plamy z nieskazitelnie białego materiału - oznajmia. 
   Kiwam głową. Snow znów uśmiecha się sarkastycznie. 
-Przykro mi z powodu twoich rodziców - oznajmia. 
   Jego przenikliwy, złośliwy wzrok sprawia, że mu nie ufam. 
-Mi też jest przykro - oznajmiam. 
-A co u twojej małej przyjaciółeczki? Skończyła już czternaście lat, prawda? W jej wieku ty już wygrałeś Głodowe Igrzyska - mówi. 
   Nie wiem, czy to samo wspomnienie o Annie, czy wspomnienie o Głodowych Igrzyskach, w którym brałem udział, sprawiło, że zaczynam się wściekać. Narastający gniew zapewne widać w moich oczach.
-Nie denerwuj się tak. Tylko pytałem. Chociaż... ona chyba jeszcze nie byłaby gotowa do wzięcia udziału w Głodowych Igrzyskach, prawda? Jest zbyt słaba - mówi, a jego słowa ociekają jadem - Szkoda by było, gdyby została wylosowana w przyszłym roku, mam rację? - pyta, ciągle z tym samym, ironicznym uśmieszkiem. 
   Zaciskam dłonie w pięści. Snow to zauważa i śmieje się szyderczo. 
-Mój drogi chłopcze... jeszcze wiele musisz się nauczyć. Przejdźmy do rzeczy - oznajmia. 
   Poprawia się w fotelu i siada jakby był królem. W sumie można nazwać go królem, przecież sprawuje władze absolutną. Każdy musi się mu podporządkować. 
-W przyszłym roku do reprezentowania Dystryktu Czwartego w Głodowych Igrzyskach zostanie wylosowana panienka Cresta. Chyba, że zrobisz to co ci każę. Oczywiście zgadzasz się, prawda? - pyta. 
   W odpowiedzi kiwam głową. Zrobię wszystko, żeby tylko ją ochronić. 
-Zuch chłopiec - mówi. 
   Wyciąga z biurka zdjęcie jakiejś kobiety. 
-Widzisz, tę uroczą damę? - pyta, wskazując na zdjęcie. 
   W odpowiedzi znów kiwam głową i wpatruję się w zdjęcie. Kobieta na nim ma około dwudziestu pięciu lat i stu operacji plastycznych za sobą. Jej zielone włosy upięte są w kok, a niebieskie usta rozciągnięte w uśmiechu. Jednak z jej szkarłatnych tęczówek można wyczytać, że wcale nie jest miłą kobietą. 
-Kupiła cię. Przez cały następny tydzień należysz do niej - oznajmia. 

    Pojedyncza łza spływa po moim policzku. Mój oddech staje się nierówny i płytki. Chcę zapaść się pod ziemię. Ciągle pamiętam tamtą kobietę. Moje oczy pamiętają jej wygląd, uszy jej głos, usta nacisk jej ust, ciało jej dotyk. Pamiętam szloch, który zawładną całym moim ciałem, kiedy wróciłem do Ośrodka Szkoleniowego. Pamiętam uspokajający głos Mags. Przykro mi mówiła. 
    Mam ochotę znów się rozpłakać, znów uwolnić wszystkie emocje goszczące we mnie z nadzieją, że już nigdy nie powrócą. Chociaż wiem, że i tak powrócą. Zawsze powracają. 
-Sprzeda? - pyta cicho Evelyn. 
   Zupełnie zapomniałem, że tu siedzi. Zapomniałem, że jest tu ze mną. Kiwam głową na potwierdzenie, bo wiem, że teraz nie dam rady wykrztusić z siebie żadnego słowa. 


_________________________________________________________________________________


   Mam nadzieję, że rozdział Wam się spodobał :) Jest to już rozdział 99, więc jutro pojawi się ten specjalny, chociaż nie wiem, czy będzie aż tak bardzo specjalny... z całą pewnością by był, gdybym nie miała tego tygodnia zawalonego ciągłymi kartkówkami i sprawdzianami... nieważne. 
   Kolejny rozdział wstawię jutro po powrocie z kina :) 
DO DNI PREMIERY KOSOGŁOSA CZ.2 ZOSTAŁO: 2 GODZINY 
Dziękuję za uwagę i komentarze :) 
Pozdrawiam 
love dream 

środa, 18 listopada 2015

Rozdział 98 - Przyjaźń

EVELYN


   
-Nie - odpowiada Annie - Nie mamy o czym rozmawiać - odwraca się z powrotem do Marlene i Finnicka. 
   Nie daję za wygraną. Nigdy nie pozwolę nikomu wygrać. Zawsze uparcie dążę do celu. To trzy z moich najważniejszych reguł. Reguł, których muszę przestrzegać, których przestrzegam od dziecka. Nikt nigdy nie musiał mi ich wpajać. Wystarczyło jedynie urodzić się w Czwórce. W jednym z nielicznych dystryktów, w których uczymy się zabijać. Raczej z wiadomych powodów - moim marzeniem było zostać zwycięzcą w Głodowych Igrzyskach. Nikomu o tym nie mówiłam. Bo po co? Annie chyba nigdy by się do mnie nie odezwała, jeśli by się dowiedziała. Jej siostra zginęła podczas Głodowych Igrzysk. 
-Być może nie zostało nam zbyt wiele czasu na rozmowy - mówię donośnie. 
   Od razu podziałało. Moja najlepsza i zarazem jedyna przyjaciółka odwraca się w moją stronę. W jej oczach jest przerażenie i szok. Ja stoję przed nią niewzruszona, pewna siebie, dumna. 
-Czy... ty... zamierzasz się zgłosić? - pyta. 
   Przerażenie w jej oczach miesza się ze złością, smutkiem i jeszcze jedną emocją, której nie potrafię rozszyfrować. Wzruszam ramionami.  
-Jak będzie trzeba to się zgłoszę - odpowiadam obojętnym tonem. 
-Oszalałaś?! - krzyczy Finnick. 
   Moja przyjaciółka jedynie wpatruje się we mnie z niedowierzaniem i kręci głową. 
-Nie twoja sprawa - syczę. 
-Jestem zwycięzcą... wiem jak to jest wygrać Głodowe Igrzyska. Uwierz mi, że tego nie chcesz - odpowiada. 
    W jego oczach pod determinacją skrywa się wstyd i smutek. Rzadko rozmawiamy, ale zawsze kiedy to robimy, a on mówi o Głodowych Igrzyskach widzę to w jego oczach. Kiedyś zastanawiałam się dlaczego tak jest, dlaczego nie widzę tego w oczach Annie, ale teraz nie obchodzi mnie nic, za wyjątkiem tego, że przyszłam porozmawiać z moją przyjaciółką i nie odejdę dopóki z nią nie porozmawiam. Ignoruję odpowiedź Finnicka. 
-Annie... porozmawiasz ze mną? - pytam raz jeszcze. 
   Moja przyjaciółka walczy sama ze sobą, próbując odpowiedzieć na to pytanie. Ten sam wyraz twarzy miała, kiedy pytałam jej, czy zakopiemy topór wojenny i spróbujemy się ze sobą zaprzyjaźnić. Lata mijają. Zmieniamy się, ale niektóre zachowania zostają takie same. 
-Pięć minut - odpowiada cicho - Masz pięć minut, żeby mi to wszystko wyjaśnić - dodaje znacznie pewniej. 
   Uśmiecham się i zaczynam rozmowę, a raczej monolog.  
-Jesteś na mnie zła, bo ci nie powiedziałam? Dobrze... rozumiem, ale czy ty mówisz mi wszystko? Nie raczyłaś mnie poinformować, że Finnick ci się oświadczył. Czy kiedy się dowiedziałam, to zareagowałam tak jak ty teraz? Nie. Nie zwróciłam uwagi na taki detal... zataiłaś coś, ale to nie ważne, bo przynajmniej jesteś szczęśliwa! Dlaczego ty nie potrafisz zrobić tak samo? Dlaczego nie możesz najzwyczajniej w świecie zapomnieć, że ci nie powiedziałam, tylko cieszyć się razem ze mną? Przecież się przyjaźnimy! Przyjaźń nie polega na mówieniu sobie o wszystkim, a na dzieleniu się szczęściem! - wykrzykuję. 
-Przyjaźń polega na zaufaniu! A ty mi nie zaufałaś! Nie chciałaś mi nawet powiedzieć, że się z kimś spotykasz! - krzyczy. 
-A czy ty mówisz mi o wszystkim? Ufasz mi do tego stopnia, żeby powiedzieć mi, o czym wtedy rozmawialiście z Finnickiem? Wiesz kiedy... kiedy dowiedziałam się, że się zaręczyliście... mówiliście coś jeszcze. Ty nie chciałaś mi tego powiedzieć - mówię. 
   W oczach mojej przyjaciółki pojawiają się łzy. Dziewczyna rusza biegiem w stronę Przystani Łodzi. Ja idę w przeciwną stronę. Co chwilę dłonią ocieram łzy, które zaczęły wypływać mi z oczu, choć im na to nie pozwalałam. Nie rycz. Jesteś silna. Wygrasz Głodowe Igrzyska. Nie możesz okazywać słabości. Nigdy. Jesteś z Czwórki. Masz być silna. To wszystko jednak mnie przerasta. Kiedy odejdę na wystarczającą odległość, upadam na kolana i zanurzam głowę w dłoniach. To ostatni raz. Ostatni raz, kiedy okazujesz słabość. 


MARLENE 


   
-Idę do Annie - oznajmia pewnie Finnick. 
   Rusza już w stronę, w którą pobiegła jego ukochana. Zatrzymuję go. Chłopak patrzy na mnie zdziwiony. Przecząco kręcę głową. 
-Nie. To ja do niej pójdę. Ty idź do Evelyn - mówię tonem, nieznoszącym sprzeciwu. 
-Annie jest moją narzeczoną. Muszę z nią porozmawiać - upiera się. 
-Przyjaźniłam się z jej siostrą. Uwierz mi, że wiem jak z nią porozmawiać. Evelyn nie znam, a ty chyba trochę tak - mówię. 
   Ruszam w kierunku Przystani Łodzi, nie zwracając uwagi na protesty kuzyna. 
 
   Kiedy jestem już przy pomoście zauważam dziewczynę siedzącą na nim, ona płacze. Podchodzę bliżej i zauważam rudo-brązowe włosy, domyślam się, że to Annie. Siadam obok niej i nagle wszystko co chciałam jej powiedzieć wypada mi z głowy. 
-Lora była moją przyjaciółką... ona chyba bardziej by ci się teraz przydała niż ja - mówię. 
-Też się kłóciłyście? Lora nigdy mi nie mówiła - szepcze.
-I to nie raz... może miałyśmy tylko po dwanaście lat, ale też strasznie się kłóciłyśmy - odpowiadam. 
-Powinnam z nią porozmawiać... przeprosić ją - mówi. 
-Zrób to jak najszybciej... i wybij jej z głowy pomysł, żeby zgłosić się na ochotnika - mówię.


_________________________________________________________________________________


   Mam nadzieję, że zaskoczyłam Was brakiem perspektywy Finnicka i Annie :) 
Znów krótki rozdział... mogę obiecać, że te rozdziały, które będę wstawiać już po zakończeniu akcji WIELKIE ODLICZANIE DO PREMIERY KOSOGŁOSA CZ.2 będą znacznie dłuższe i lepsze, ale będą rzadziej :) 
DO DNIA PREMIERY KOSOGŁOSA CZ.2 ZOSTAŁO: 1 DZIEŃ I 3 GODZINY  
Mam nadzieję, że ten rozdział Wam się spodobał :) 
UWAGA! AKCJA ZE SŁOWAMI! Słowo: przyjaźń
   UWAGA! NIE ZNAJDUJE SIĘ TU PEŁNA DEFINICJA! RESZTA POJAWI SIĘ W INNYM ROZDZIALE!
Dziękuję za uwagę i pozdrawiam 
love dream 

wtorek, 17 listopada 2015

Rozdział 97 - Seanner i Penny

FINNICK


   Moja ukochana wtuliła się w mnie i zasnęła, kiedy tylko usiedliśmy na kamieniu mieszczącym się tuż przy jeziorze, w którym moczę nogi. Na chwilę zamykam oczy.

   Widzę młodego, dobrze zbudowanego mężczyznę o ciemnych włosach, a gdy odwraca się w moją stronę zauważam jego niesamowite oczy w kolorze morskiej zieleni. Uśmiecha się do mnie, a potem odwraca się do pięknej, rudowłosej kobiety. Pokazuje jej mnie i Annie. Kobieta macha do nas i razem z mężczyzną ruszają w naszym kierunku. 
-Kto to jest? - pyta moja ukochana. 
-Zaraz się dowiemy - odpowiadam spokojnie.
   W tym momencie spoglądam w oczy kobiety i już wiem, kim jest ta dwójka. 
-Finnick? - wesoło odzywa się mężczyzna. 
   Kiwam głową, a na jego twarzy pojawia się ogromny uśmiech. 
-Nazywam się Seanner - mówi - ty chyba już wiesz kim jestem, prawda? - pyta. 
  Niepewnie przytakuję i uśmiecham się. Mężczyzna wybucha krótkim śmiechem. 
-A to jest... - zaczyna, wskazując na jego towarzyszkę. 
-Penny - wcina się kobieta i uśmiecha się równie wesoło co Seanner - Mam nadzieję, że podoba wam się to miejsce - dodaje. 
-Oczywiście... tu jest naprawdę pięknie - odzywa się Annie. 
   Penny podchodzi do mojej ukochanej i bierze w dłoń naszyjnik, który podarowałem Annie na jej osiemnaste urodziny. 
-To tak jakby w końcu dotarł do mnie - odzywa się i uśmiecha się delikatnie - Bądźcie razem szczęśliwi. Bardziej niż my - mówi. 
   Następnie kobieta łapie Seannera za dłoń i razem kierują się w stronę jeziora. Już z niego nie wychodzą. 

   Otwieram oczy i zauważam, że teraz w jeziorze - niczym w lustrze - odbija się wschodzące słońce. Postanawiam obudzić ukochaną, jednak jak się okazuje ona wcale nie śpi, a wpatruje się we mnie swoimi cudownymi, zielonymi oczami.
-Wreszcie mogłam popatrzeć jak ty śpisz - odzywa się i całuje mnie w policzek.
-Ja wcale nie spałem... ja... myślałem... - zaprzeczam, a kiedy zauważam, że Annie robi minę mnie nie oszukasz wybucham śmiechem - No dobra... spałem - przyznaję.
-Cóż... mówiłeś prawdę... ślinisz się - żartuje.
-Tak... wiem... masz trochę mojej śliny na włosach... - mówię, udając powagę.
-Wcale nie... - odzywa się Annie.
-Właśnie, że tak - odpowiadam.
-Nie mogę mieć twojej śliny we włosach, jeśli ty się nie ślinisz... - mówi.
   Pytająco unoszę brwi, a ona dopiero orientuje się co powiedziała.
-Wiesz...  nie mam twojej śliny we włosach, ale ty możesz mieć we włosach wodę z jeziora - mówi, zanurza dłoń w wodzie i chlapie mnie nią prosto w twarz.
   Ręką wycieram twarz i kręcę głową. Zaraz potem wybucham głośnym śmiechem i również ją ochlapuję. Annie szybko robi to samo. Za chwilę ja się jej odwdzięczam i zaczynamy się chlapać jak małe dzieci.
   Fajnie czasem poczuć się znów tak beztrosko, zupełnie jak kiedyś. Zupełnie jak w dzieciństwie.
Zapomniałem co to jest cierpienie, co to jest ból, poświęcenie. Teraz pamiętam jedynie co to jest radość, zabawa, wolność. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów odczuwam te trzy rzeczy w jednym momencie, w jednej chwili. Żałuję, że tak nie może być zawsze i już boję się momentu, kiedy to się skończy.


ANNIE


 
-Daj, ja to wezmę - mówię i biorę od Marlene tacę z talerzami.
-Jednak postanowiliście się pojawić? - pyta zdenerwowana dziewczyna.
-Przepraszam... zapomniałem... - zaczyna tłumaczyć się Finnick.
-Nie gniewam się - mówi.
   Spoglądam na nią pytająco. Coraz swobodniej zaczynam czuć się w jej towarzystwie.
-Jesteś pewna? Jakoś tego nie widzę... - odzywam się.
-Naprawdę się nie gniewam... po prostu pokłóciłam się z... - zaczyna, ale nie może dokończyć, ponieważ mój ukochany jej przerywa.
-Z Lenem? Gdzie on jest? Zaraz z nim pogadam... - mówi wściekle, rozglądając się dookoła.
-Nie... z matką. Czekaj... ty właśnie chciałeś mnie bronić? Zawsze ty najgłośniej się ze mnie śmiałeś, najwięcej mi dogryzałeś i najbardziej się ze mną kłóciłeś... nazywałeś mnie potworem! A teraz chcesz mnie bronić? Ty jesteś pewien, że nazywasz się Finnick Odair? - odzywa się zdziwiona Marlene.
-Ty nazywałaś mnie krewetką... - mówi mierząc ją wzrokiem.
   Marlene zaczyna się śmiać.
-Przepraszam, ale czy ktoś wtajemniczy mnie dlaczego krewetką? - pytam.
-Ten oto inteligentny człowiek nigdy nie lubił krewetek. Stwierdził, że darzy mnie taką samą miłością co krewetki i zaczął nazywać mnie krewetką... - Finnick odpowiada na moje pytanie.
   Już mam coś odpowiedzieć. Nawet otwieram już usta, kiedy dobiega mnie jej głos.
-Annie? - pyta.
   Odzywa się tak niewinnie, tak delikatnie. Zupełnie jak w momencie, kiedy przepraszała mnie za lata poniżania w szkole. Moja przyjaciółka jeszcze miesiąc temu bez wahania mogłabym ją tak nazwać, ale teraz nie jestem tego pewna. Przyjaźń przecież polega na zaufaniu, a ona mi nie zaufała. Nie powiedziała mi nawet, że się z kimś spotyka.
   Odwracam się w jej stronę i rzucam jej wściekłe spojrzenie. Dziewczyna to zauważa, ale uparcie podchodzi do mnie.
-Czy możemy porozmawiać? - pyta.


_________________________________________________________________________________


   Miałam napisać dziś dłuższy rozdział, ale niestety dziś dowiedziałam się, że jutro mam kartkówkę z fizyki, więc niestety nie miałam tyle czasu ile myślałam, że będę mieć. Ogólnie myślę, że rozdział... może nie jest jakiś niesamowicie udany i przepełniony uczuciami, ale chyb jest nawet ok.
   Obiecuję, że następny rozdział będzie bardziej uczuciowy i nie będzie zbytnio wesoły, więc chyba taki trochę weselszy rozdział się przyda :) 
DO DNIA PREMIERY KOSOGŁOSA CZ.2 ZOSTAŁO: 2 DNI I 1 GODZINA 

Dziękuję za uwagę i za komentarze :) Pozdrawiam 

poniedziałek, 16 listopada 2015

Rozdział 96 - Szum wodospadu

ANNIE


   Wreszcie zapadła noc. Ochłodziło się, a rozmowy ludzi ucichły. Wszyscy wiedzą co to oznacza. Wypuszczenie lampionów - no i koniec imprezy - zbliża się wielkimi krokami. Wcześniej będzie jeszcze ostatni toast i ostatni taniec. Następnie każdy wyjmie po jednym lampionie - ludzie wierzą, że przynoszą one szczęście - i zapali go, a następnie wypuści go wprost do nieba, myśląc o swoim marzeniu i szczęściu dla pary młodej. Podobno te życzenia mają się spełnić, jeśli para będzie szczęśliwa. Kiedy byłam dzieckiem wierzyłam, że to prawda, jednak teraz zaczynam poważnie się nad tym zastanawiać. Wątpię, że jeśli pomyślę, żeby Finnick nie musiał już pozwalać na sprzedaż własnego ciała, a przy tym w myślach napomknę również o szczęściu młodej pary i wypuszczę w powietrze najzwyklejszy w świecie lampion to tak się stanie. Zwykłe, głupie zabobony. Dają jedynie ludziom złudną nadzieję, że na tym świecie może być lepiej. Każdy wie, że nie będzie. W naszym świecie lepiej żyć bez nadziei. Przynajmniej nie będzie można się zawieść.

   Ostatni taniec dobiegł końca. Teraz czas na lampiony. Każdy z gości idzie w stronę wody. Stojąc już przy szumiącym morzu podpalamy lampiony i wypuszczamy je z dłoni. Każdy obserwuje swój lampion i pogrąża się w myślach. Ja - mimo, że w to nie wierzę - robię to samo.
   Proszę. Żeby w końcu był szczęśliwy. Żeby nie musiał już ratować mojego życia. Żeby nie musiał słuchać rozkazów Snowa. Niech Marlene i Len będą razem szczęśliwi. Niech wszystkie moje prośby się spełnią. 
   Mój lampion wznosi się coraz wyżej i wyżej, aż w końcu tracę go z oczu. Ciągle jednak wpatruję się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą go widziałam. Jakie to zabawne. Nie wierzę w te zabobony, a nie potrafię oderwać wzroku od pustki, w której jeszcze chwilę temu widziałam mój lampion. Ciągle wpatruję się tam i nawet szept Finnicka nie potrafi mnie od tego oderwać.
-To co? Wesele się skończyło... idziemy się przebrać, a potem zaprowadzę cię w to tajemnicze miejsce, co ty na to? - pyta.
-Za chwilę - odpowiadam i ciągle wpatruję się w to samo miejsce.
   Mój ukochany obejmuje mnie, a ja wreszcie odwracam wzrok i patrzę na niego.
-Mogę wiedzieć co cię aż tak bardzo zainteresowało w tym niebie? - pyta, szepcząc mi prosto do ucha.
-Mój lampion - odpowiadam bez zastanowienia.
-Ale... tam nic nie było... wiesz o tym prawda? - pyta, trochę wystraszony.
-Wiem... spokojnie. Nie mam ataku - mówię.
-Więcej mnie tak nie strasz - mówi z wyraźną ulgą w głosie.
-Muszę się nad tym zastanowić - zaczynam się z nim droczyć.
-Ach tak? W takim razie ja muszę się poważnie zastanowić nad zaprowadzeniem cię do tego tajemniczego miejsca - odpowiada i całuje mnie w czubek głowy.
-No dobrze... nie będę cię tak straszyć... idziemy już? - pytam.
   Finnick uśmiecha się i kiwa głową. Ruszamy w drogę.

   Słyszę szum wodospadu. Niestety go nie widzę, bo mój ukochany zakrył mi oczy, ponieważ chce, aby to była prawdziwa niespodzianka. Ja byłam przeciwna. Wolałabym wszystko widzieć. Niestety Finnick jest uparty i się nie zgodził.
   Stajemy. Staram się dobrze wsłuchać w szum wody. Staram się wyczuć wszystkie zapachy. Czuję las. Czuję jakieś kwiaty. Finnick zdejmuje swoje dłonie, które przykrywały moje oczy, ale ja dalej ich nie otwieram. Nie wiem dlaczego. Chyba wystarczy mi sam węch i słuch. Po jakimś czasie przekonuję się i otwieram oczy. Nie potrafię wykrztusić żadnego słowa. Potrafię jedynie wodzić dookoła oczami, chłonąc widok.
    Razem z Finnickiem znajdujemy się przy wodospadzie. W jeziorku, utworzonym przez spływająca wodę odbija się blask księżyca. Wokół nas wszędzie jest las. Z tego co widzę są tu drzewa liściaste i iglaste. Żadne słowa nie potrafią opisać urody tego niesamowitego miejsca.
-Tu jest pięknie - wreszcie udaje mi się wydusić.
   Mój ukochany uśmiecha się i przytula mnie do siebie.
-Wiesz jak znalazłem to miejsce? - pyta.
-Nie... ale myślę, że wiąże się z tym jakaś niesamowicie ciekawa historia... pewnie tak jak z tym żółwiem, co? - odzywam się, mój ukochany uśmiecha się.
-Nie... czytałem pamiętnik Seannera... napisał w nim, że... razem z Penny odkryli niesamowite miejsce. Było to miejsce nad jeziorem, do którego wpływa woda z wodospadu. Napisał, że to było najważniejsze dla nich miejsce. To właśnie tu po raz pierwszy powiedział jej, że ją kocha i to właśnie tu powiedział jej, że wie, którą kobietę wybrano na jego żonę. Ona właśnie tu powiedziała mu, kto ma zostać jej mężem. Najważniejsze jest chyba jednak to, że to właśnie tu mieli się spotkać tego dnia, kiedy Seanner zginął - opowiada z przejęciem - Wiesz... może uznasz, że to głupie, ale... kiedy tu jesteśmy... mam wrażenie, że Seanner to ja, a ty to Penny, że oni są w nas. Ich historia jest naszą historią... - mówi.
-Oby tylko  nasza historia skończyła się szczęśliwiej - szepczę.


_________________________________________________________________________________


   Dziś rozdział jest krótki... no i raczej taki średni... wydaje mi się, że rozdziały oczami Annie wychodzą mi znacznie gorzej, niż oczami Finnicka. 
   Musicie mi jednak wybaczyć, ponieważ mimo masy nauki i choroby napisałam dla Was ten rozdział... Krótki, ale zawsze jest :) 
   Obiecuję, że kolejny będzie dłuższy... ponieważ w środy mam zwykle wolniejsze lekcje (no chociażby Wiedza o Kulturze i lekcja wychowawcza :D) Także nie będę musiała uczyć się na środę. 
DO PREMIERY KOSOGŁOSA CZ.2 ZOSTAŁO: 3 DNI I 2 GODZINY

Zapomniałabym... chcę Wam bardzo, ale to bardzo podziękować, ponieważ od kilku dni mój blog ma DZIENNIE 200 wyświetleń... dla mnie to wielki wyczyn i sprawia mi wiele radości :) 

Dziękuję za uwagę i pozdrawiam 

niedziela, 15 listopada 2015

Rozdział 95 - "Nie łatwo jest wybaczyć"

FINNICK



-Znasz już tą historię jak poznałem twoją babcię, prawda? - pyta, wpatrując się w morze.
-Tak - odpowiadam cicho.
-Dobrze. Kiedy wyciągnąłem ją z tej łodzi... zaprosiłem ją na randkę. Ona zgodziła się. Zaczęliśmy się spotykać i nie widzieliśmy świata poza sobą. Przez dwa lata spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę. Potem ona zaszła w ciążę. Bała się. Miała tylko osiemnaście lat. Wzięliśmy ślub, a kilka miesięcy później na świat przyszła twoja mama. Moja żona... uciekła. Zostawiła liścik. Napisała, że nie chce mieć dzieci, jeszcze nie teraz, że przed nią całe życie. Załamałem się. Nie mogłem patrzeć na dziecko i oddałem je rodzicom. Sam znalazłem pocieszenie w butelce. Załamałem się i zacząłem pić. Dwa lata później... rodzice oznajmili mi, że nie zamierzają opiekować się dzieckiem i patrzeć jak ich syn marnuje sobie życie. Próbowali wyrwać mnie z nałogu, ale nie udało im się. Dalej piłem. Pewnego dnia... zobaczyłem ją na plaży. Pobiegłem w jej stronę, a ona... udała, że mnie nie zna. Była z nowym chłopakiem. Załamałem się jeszcze bardziej... chciałem zniknąć. Próbowałem to zrobić, ale powstrzymano mnie. Wtedy dotarło do mnie, że są na tym świecie osoby, na których mi zależy i dla nich muszę żyć. Starałem się powrócić do normalnego życia, chciałem rzucić picie, znaleźć pracę i zaopiekować się córką. Nie udało mi się za pierwszym razem, za drugim, nawet za dziewiątym. Nie poddałem się i za dziesiątym razem wyszło. Moje próby trwały trzy lata. Było ciężko, ale udało się i cieszę się, bo to była najlepsza decyzja w moim życiu. - Kończy swoją opowieść i wpatruje się w morze.
-Pozbierać się jest dziesięć razy trudniej niż rozsypać - szepczę bardziej do siebie niż do niego.
-Chyba masz rację... wybaczyć też nie jest tak łatwo, prawda? - pyta.
   Dobrze wiem do czego zmierza. Chce wiedzieć, czy tak łatwo uzyskał przebaczenie.
-Tak. Nie łatwo jest wybaczyć. Zwłaszcza morze wylanych łez. Zwłaszcza setki nieprzespanych nocy, spędzonych na słuchaniu płaczu matki, która nie wiedziała, że wszystko słyszę - odpowiadam.
   Opuszcza głowę. Ja niewzruszony przyglądam się spokojnemu morzu.
-Ile razy mam cię przepraszać? - pyta głucho.
-Nie wszystkie rany na sercu da się zakleić zwykłym słowem - odpowiadam.
   Wstaję, otrzepuję się i idę w stronę stołu.
 
   Ukochana mnie zauważa. Jej usta układają się w moje imię. Wstaje i powoli rusza w moim kierunku. Wkrótce już wtula się w moje ramiona.
-Już lepiej? - pyta.
-Nie do końca, ale będę próbował mu kiedyś wybaczyć - oznajmiam.
-Nie pytam, czy pomiędzy wami lepiej. Tylko jak ty się czujesz - mówi.
-Po wielu latach wreszcie wyrzuciłem to z siebie. Myślę, że już trochę lepiej - odpowiadam i słabo się uśmiecham.
   Annie przestaje się w mnie wtulać i również się uśmiecha.
-To dobrze - mówi - Potrzebowałeś tego.

   Po półgodzinie do stołu wrócił mój dziadek. Wszyscy - na czele z Marlene - wstrzymali oddech, kiedy przechodził obok mnie. Sytuacja przy stole stała się napięta. Po jakimś czasie wreszcie postanowiłem się odezwać.
-Marlene opowiadała wam już historię o tym jak wypchnęła mnie z łodzi wprost w paszczę krwiożerczego... żółwia, a potem przewróciła łódź?  - pytam z uśmiechem.
   Wszyscy przecząco kręcą głową, a moja kuzynka zanosi się śmiechem.
-Mieliśmy chyba po siedem lat i pierwszy raz w życiu udało nam się ubłagać mojego tatę, żeby wziął nas na połów ryb - zaczynam opowiadać - Kiedy wypłynęliśmy na wystarczającą odległość mój tata postanowił zarzucić sieć. W tym czasie ja wpatrywałem się w krystalicznie czystą wodę i byłem pewien, że moja kuzynka robi to samo. Ona jednak miała inne plany i postanowiła wypchnąć mnie z łodzi. Wpadłem do wody i byłem pewien, że mój tata usłyszał plusk. Jednak on ciągle zajmował się siecią. Poprosiłem Marlene, żeby pomogła mi wejść z powrotem do łodzi. Ona zrobiła się blada i zaczęła piszczeć. Ja wystraszony rozglądałem się i zobaczyłem, że coś płynie w moim kierunku. Marlene piszczała i skakała po malutkiej łódce, podeszła do mojego taty, a łódź... przewróciła się z ogromnym pluskiem. Ja byłem wystraszony, bo morskie stworzenie cały czas się do mnie zbliżało. Spod łodzi wypłynęła Marlene i tata, a ja zacząłem płynąć w stronę lądu. Zaraz za mną uszyła moja kuzynka, a tata zaczął się śmiać. Obydwoje zatrzymaliśmy się i wróciliśmy do niego. Okazało się, że morskie stworzenie, którego tak bardzo wystraszyła się Marlene to był najzwyklejszy w świecie żółw. Ja oczywiście, jak na dobrze wychowanego chłopca przystało, zacząłem się z niej śmiać, a ona wściekła wykrzyczała, że jestem chory psychicznie. Chociaż ona nie użyła tak... łagodnych słów - kończę swoją historię, a wiele osób wybucha śmiechem - Jak się o tym słucha, to nie jest to jeszcze takie śmieszne jak się na to patrzy... gdybyście to widzieli... zanim się na mnie wydarła to zrobiła się tak czerwona, że nie wiedziałem, czy przypadkiem nie zamieniła się w kraba - kończę. Teraz śmieje się już każdy.
-Już więcej nie popłynęliście, prawda? - pyta moja ukochana.
-Nie... już nie chciał nas więcej brać. Przynajmniej razem - odpowiadam z uśmiechem.


   Słońce zachodzi i powoli kończy ten dzień. Dzień, który dla wielu osób był punktem zwrotnym w ich życiu. Dzień, który był najwspanialszym dniem w życiu co niektórych, a dla innych był kolejnym ciężkim dniem, w który choć na chwilę pozwoli sobie zdjąć maskę i być po prostu sobą.
   Ten dzień pomógł mi dowiedzieć się czegoś więcej o moim dziadku i wstąpić z nim na ścieżkę porozumienia, chociaż przed nami jeszcze długa droga i na pewno nigdy nie wrócimy do tego co było kiedyś. Dziadek miał rację, już nie jest dla mnie bohaterem, ale nie jest też nikim, chociaż do dziś był nikim. Teraz sam nie wiem kim dla mnie jest.
   Siedzę przy wodzie i wsłuchuję się w delikatni szum fal i śmiech biesiadujących gości, zaproszonych na ślub mojej kuzynki. Podziwiam piękne pomarańczowe barwy, zachodzącego słońca, do połowy zanurzonego w wodzie.
-O czym myślisz? - jej głos wyrywa mnie z zamyślenia.
   Uśmiecham się, a moja ukochana siada obok mnie.
-O wszystkim, o niczym - odpowiadam i obejmuję ją.
   Annie kładzie głowę na moim ramieniu.
-Wreszcie ten dzień dobiega końca - wzdycha.
-Tak... niedługo wypuścimy w niebo lampiony i wesele dobiegnie końca - mówię.
   Zapada długotrwała cisza.

-Kiedy to się skończy... chciałbym, żebyś gdzieś ze mną poszła. Zgadzasz się? - pytam
-Tak, ale gdzie? - odzywa się Annie.
-Niech to będzie niespodzianka - odpowiadam - Mogę jedynie zdradzić ci, że to poza dystryktem.


_________________________________________________________________________________


   No i kolejny rozdział już jest... przepraszam, że jest taki jaki jest... czyli... no raczej średni... a przynajmniej środek... to wina tego, że jestem trochę przeziębiona... tak... inteligentna ja wstawiła już wszystkie rozdziały, które miała w zapasie... dlatego teraz musi pisać na bieżąco, no i inteligentna ja nie wie dlaczego pisze o sobie w trzeciej osobie... XD 
   Jak zauważyliście... no nie mogłam się powstrzymać i musiałam użyć cytatu z Igrzysk... no wiecie... w sumie to Finnick w Kosogłosie wypowiedział te słowa, ale może... już wcześnie je wymyślił :)
   DO PREMIERY KOSOGŁOSA CZ.2 ZOSTAŁO: 4 DNI 7 GODZIN
Zastanawiam się czy ta aplikacja dobrze odlicza... XD 
Dziękuję za uwagę i pozdrawiam 

sobota, 14 listopada 2015

Rozdział 94 - "Kiedyś to ja byłem tym małym chłopcem"

FINNICK


   Powoli obracam głowę w kierunku, z którego dobiegł mnie jego głos. Starszy mężczyzna podchodzi coraz bardziej, a we mnie narasta panika. Ręce ciągle mi się trzęsą, dlatego trzymam je we włosach. Serce bije mi niemal z taką samą prędkością z jaką poruszają się kapitolińskie pociągi. Nabieram powietrza, a potem wypuszczam je z drżeniem. Świat zaczyna się kurczyć, a on ciągle podchodzi.
   Zamykam oczy i wtedy wszystko się zmienia i znów jestem małym, płaczącym dzieckiem, które rozpacza, bo jego ulubiona zabawka się zepsuła. Mój bohater podchodzi do mnie, a ja powoli się uspokajam, bo wiem, że zaraz opowie mi jakąś historię, w której zepsuł się nie statek zabawka, a najprawdziwszy okręt i on z pomocą jedynie narzędzi i własnej siły naprawił go. Dziadek podchodzi do mnie i ociera łzy wypływające z dziecięcych oczu. Siada naprzeciw mnie i zaczyna swoją historię od słów: "Wiesz... kiedyś przydarzyła mi się pewna bardzo ciekawa historia. Może zechciałbyś jej posłuchać?". Energicznie kiwam głową, a na mojej dziecięcej twarzy znajduje się gigantyczny uśmiech. Dziadek wybucha śmiechem i mierzwi mi włosy. Później uśmiecha się i zaczyna opowiadać mi kolejną niesamowitą historię.
   Otwieram oczy. Teraz znacznie już starszy mężczyzna, podchodzi do mnie zupełnie jak kiedyś, ale teraz nie wywołuje to u mnie żadnych pozytywnych emocji. Wręcz przeciwnie. Najchętniej rzuciłbym się do morza. Przez chwilę nawet rozważam tą opcję, ale ostatecznie z niej rezygnuję. Annie by się martwiła, a ja wyszedłbym na tchórza.
-Czy... mogłabyś nas zostawić samych? Chciałbym z nim porozmawiać na osobności - zwraca się do mojej ukochanej.
   Annie ściska moje ramie i patrzy na mnie pytająco. Na jej twarzy maluje się pytanie: Chcesz tego? Kiwam głową. Moja ukochana wstaje z kolan, całuje mnie w policzek i odchodzi. Co chwila odwraca głowę w moim kierunku. Odprowadzam ją wzrokiem.
-To... twoja dziewczyna, tak? - pyta mój dziadek, siadając obok mnie.
-Tak. Lepiej nie siadaj tu. Będziesz miał mokre spodnie - mówię chłodno. Udał, że nie usłyszał mojej uwagi.
-Naprawdę jest piękna i widać, że cię kocha. Ty chyba ją też... - wzdycha.
   Wbija wzrok w wodę, a ja uważnie przyglądam się jego twarzy. Niektóre zmarszczki wyglądają, jakby były wyrzeźbione przez łzy. Zastanawiam się jak wiele ich wylał.
-To prawda? Prostytuujesz się w Kapitolu? Dla niej? - pyta nagle, odwracając twarz w moją stronę.
   Opuszczam głowę. Zamykam oczy i widzę Kapitol. Widzę wszystkie te kobiety, które mnie kupowały. Widzę wszystkie te prezenty, które kupowały mi, żebym poczuł się lepiej. Łzy zaczynają szczypać mnie pod powiekami. Otwieram oczy, a słone krople zaczynają z nich wypływać. Dziadek wzdycha.
-Przykro mi - mówi cicho.
-Teraz pewnie brzydzisz się mnie jeszcze bardziej - szepczę gorzko.
   Mężczyzna od razu na mnie patrzy. Jest zdziwiony.
-Nigdy się ciebie nie brzydziłem - mówi spokojnie. - Teraz też nie. Wręcz przeciwnie. Podziwiam cię. Nie wiem, czy ja też byłbym w stanie się tak dla kogoś poświęcić. Miałeś rację. Jestem egoistą.
   Spoglądam na niego. Widzę, że wypowiedzenie tych słów, było dla niego trudne, ale sposób w jaki wypuścił powietrze sugeruje, że ulżyło mu, że zawsze chciał to powiedzieć.
-Przepraszam - szepczę.
   Wyplątuję palce z włosów i wszczepiam je w mokry piasek.
-To ja przepraszam, Finni... o ile nadal mogę cię tak nazywać... mogę? - pyta.
-Możesz... chociaż nigdy już nie będę tamtym małym chłopcem, wiesz o tym, prawda? - odzywam się smutno.
-Oczywiście, że wiem... chociaż to dla mnie też jest ciężkie. Zachowałem się jak kretyn. Powinienem porozmawiać z twoją matką. Powinienem jej wysłuchać, ale nie... ja wiedziałem lepiej. Musiałem unieść się dumą. Żałowałem tego. Żałowałem tego jak zacząłem cię traktować, ale nigdy nie miałem tyle odwagi, ani siły, aby się do ciebie odezwać i cię przeprosić. Wystarczało mi obserwować cię, jak przychodziłeś do Marlene. Kiedy przestałeś... nawet nie wiesz ile razy przechodziłem obok waszego domu, albo niedaleko szkoły... dopóki nie zostałeś wylosowany do Głodowych Igrzysk. Wtedy codziennie wydziałem cię w telewizji. Patrzyłem jak zabijałeś... widziałem, że cię to rozdziera, ale potrafiłeś tak świetnie to ukrywać. Teraz też... nie widywałem cię często, ale zawsze widziałem, że jesteś innym człowiekiem niż w telewizji. To czego się dziś dowiedziałem jedynie pokazało mi, że byłem jednym z nielicznych ludzi, którzy nie dali się zwieść twojej grze - opowiada.
-Przeczytałeś to co ci napisałem? - pytam, a on kiwa głową - Więc dobrze wiesz, że dzień w dzień głęboko skrywałem swoje prawdziwe uczucia i udawałem. To właśnie to nauczyło mnie tak świetnie maskować prawdziwe uczucia -oznajmiam.

-Wiesz, że robiłem to tylko po to, aby jej nie martwić? - pytam, po chwili ciszy.
-Ona... naprawdę płakała? - odpowiada pytaniem, spuszczając przy tym głowę.
-Zawsze, kiedy myślała, że jest sama, albo ja nie słyszę - mówię.
-Ja... żałuję. Żałuję, że jej to zrobiłem. Nie mogę prosić jej o wybaczenie, ale... czy... czy ty mi wybaczysz? Potrafiłbyś to zrobić? - pyta z nadzieją.
-Myślę, że mógłbym spróbować - oznajmiam cicho.
-Dziękuję - mówi z wyraźną ulgą w głosie. Znów zapada cisza.

   Mężczyzna próbuje się podnieść, ale moje pytanie go zatrzymuje.
-Czy... ty naprawdę myślałeś, że zależało jej jedynie na pieniądzach? - Staruszek siada z powrotem.
-Tak... teraz wiem, że to było głupie... powinienem jej wysłuchać, uwierzyć jej. Przecież tak dobrze ją znałem... tylko... tak jak powiedziałeś... była zupełnie jak moja żona, przynajmniej z wyglądu. Myślałem, że... ona zrobiła to samo co parę lat wcześniej jej matka... po prostu odwróciła się ode mnie i mnie zostawiła - wyznaje.
-Nigdy nie słyszałem tej historii... opowiesz mi? - pytam.
-Wiesz... nigdy ci tego nie mówiłem, bo... uważałeś mnie za bohatera, a chyba nikt nie chciałby usłyszeć, że ktoś kogo tak bardzo podziwia, stoczył się na samo dno, a później próbował się podnieść, ale nie było to takie łatwe. Jednak... wiem, że teraz i tak jestem nikim w twoich oczach, więc mogę ci to opowiedzieć - mówi.
   Zaraz zacznie swoją opowieść. Zupełnie jak kiedyś, czuję, że zaraz usłyszę coś na co warto było czekać. Zamykam oczy i widzę pięcioletniego, uśmiechniętego dzieciaka, siedzącego przy kominku - jedynym źródle światła w pokoju. Chłopczyk wpatruje się w fotel, na którym siedzi mężczyzna, którego podziwia całym sobą i ma wielką nadzieję, że kiedyś stanie się taki sam jak on. Wsłuchuje się w historię opowiadaną przez starszego człowieka i od czasu do czasu wzdycha z przejęcia. Uśmiecham się mimowolnie, bo wiem, że kiedyś to ja byłem tym małym chłopcem.


_________________________________________________________________________________


   Wiem, że rozdział nie jest jakiś specjalnie długi, ale myślę, że jest całkiem udany, mam nadzieję, że Wy też tak uważacie, bo pisałam go cały dzisiejszy dzień :) 
   DO PREMIERY KOSOGŁOSA CZ.2 ZOSTAŁO: 5 DNI I 4 GODZINY 
Co do premiery... już wiem co to będzie za niespodzianka, którą przygotuję i zdradzę Wam, że to nie będzie tylko jedna rzecz :) 

piątek, 13 listopada 2015

Rozdział 93 - Ślub Marlene

FINNICK


   Delikatny wiatr wiejący od strony morza rozwiewa swobodnie zwisające kosmyki jej cudnych rudo-brązowych włosów, w których tańczą promienie słońca. Jej rozkloszowana tiulowa sukienka w kolorze morskiej zieleni z zielonymi akcentami w postaci kokardy, przewiązanej w pasie i krótkich koronkowych rękawków, błyszczy w słońcu i jest rozwiewana przez wiatr. Na jej nieco pomalowanych ustach gości uśmiech. Annie wygląda jakby była z innego świata, z innej rzeczywistości. 
   Znajdujemy się już przy plaży. Łapię ukochaną za rękę, ona spogląda na mnie i uśmiecha się pokrzepiająco, odwzajemniam ten gest, dodający mi odwagi. 
   Piasek parzy nasze stopy. Za to kocham Czwórkę. Śluby odbywają się na plaży, więc buty są tylko po to, aby się na nią dostać i aby się z niej wydostać, kiedy świętujemy nie mamy butów. Zmierzamy w kierunku wielkiego łuku, postawionego tuż przy wodzie, ozdobionego muszlami, wstążkami i jakimiś białymi kwiatami. Tuż pod szczytem łuku wisi zrobiona przeze mnie rybacka sieć z trawy. Na przeciw łuku stoją białe krzesła, w pierwszym rzędzie stoi po dwa krzesła po każdej stronie, a w kolejnych rzędach jest ich po cztery. Po prawej stronie łuku, jakieś dziesięć metrów od niego stoi, postawiony na deskach przygotowanych na okazję ślubów, potężny stół, który ma pomieścić rodzinę, wszystkich przyjaciół pary młodej i osoby towarzyszące zaproszonych gości. 
   Na miejscu są już prawie wszyscy goście. Brakuje tylko brata narzeczonego Marlene i jego dziewczyny - Evelyn. Obydwoje mają siedzieć w pierwszym rzędzie po stronie rodziny młodego, a ja i Annie siedzimy w pierwszym rzędzie po stronie rodziny Marlene. 
   Zbliżamy się do krzeseł, ale, kiedy mój wzrok pada na leciwego mężczyznę, z siwymi włosami, twarzą przeoraną zmarszczkami i całego w bliznach, zatrzymuję się. Widzę, że on też na mnie patrzy i wcale nie podoba mu się to, że mnie widzi. Nie przeszkadza mu to jednak lustrować wzrokiem mnie i moją ukochaną. Posyłam mu obojętne spojrzenie. Ciekawe czy poczuje to samo co ja czułem przez te wszystkie lata. Staruszek odwraca głowę. Ja spoglądam na Annie. Okazuje się, że ukochana cały czas na mnie patrzyła. 
-To twój dziadek? - pyta. 
-Tak - wypowiadam to słowo, składające się z zaledwie trzech liter z niezwykłą trudnością. 
   Moja ukochana ręką, w której nie trzyma mojej gładzi, moje ramię, próbując dodać mi odwagi. Uśmiecham się do niej i kiwam głową. Ona odwzajemnia uśmiech i ruszamy w dalszą drogę. 

   Na miejsce właśnie dotarli brat młodego i Evelyn. Annie jak na razie jej nie zauważyła, a Evelyn nie zauważyła Annie. Po jakimś czasie pojawia się również przyszły mąż mojej kuzynki. 
   Rozbrzmiewa muzyka, a wszystkie twarze kierują się w stronę Marlene. Dziewczyna z wielkim uśmiechem zmierza do łuku, a kiedy mija pierwszy rząd krzeseł spojrzenia Annie i Evelyn krzyżują się. Annie dobrze wiedziała, że Evelyn tu będzie - powiedziałem jej - niestety co innego Evelyn, która natychmiast opuściła wzrok. 
   Marlene łapie narzeczonego za rękę i wchodzi pod łuk. Obydwoje patrzą sobie prosto w oczy. Schylam się do Annie i szepczę jej na ucho:
-Wiesz... wyobraziłem sobie nas na ich miejscu. - Ponownie podnoszę głowę i patrzę na łuk. 
   Moja ukochana wspina się na palce i całuje mnie w policzek. Ujmuję jej dłoń, którą delikatnie gładzę opuszkami palców. 


ANNIE

   Kuzynka Finnicka oficjalnie została mężatką. Teraz wszyscy goście podchodzą do pary młodej i im gratulują. Zgodnie z tradycją najpierw podchodzą osoby siedzące z tyłu. Ja i Finnick będziemy dopiero na samym końcu.
   Nawet nie patrzę w stronę Evelyn. Ciągle zastanawiam się, czemu nie powiedziała mi, że ma chłopaka. Myślałam, że się przyjaźnimy, a okazało się, że nie ufa mi na tyle, żeby powiedzieć, że się z kimś spotyka. Finnick delikatnie trąca mnie w ramię, wyrywając mnie w ten sposób z zamyślenia.
-Evelyn na ciebie patrzy - szepcze.
-No i co? Niech patrzy - warczę.
-Mówiłem ci przecież, że się z kimś spotyka, więc nie rozumiem dlaczego się na mnie złościsz - odpowiada.
-Przepraszam.

   Wreszcie nadchodzi nasza kolej. Przed nami młodej parze gratulowała Evelyn, która kiedy tylko się odwróciła spojrzała na mnie przepraszająco. Odwróciłam wzrok.

-Finnick, Annie. Cieszę się, że jesteście. - To ten głos. Ten sam głos.
   Kiedy miałam osiem lat moja siostra zaprzyjaźniła się z pewną dziewczyną. Była to dość wysoka blondynka. Miała ten głos. Nazywała się Marlene.
-Cieszę się, że nas zaprosiłaś. - odzywa się Finnick i przytula ją, a potem ściska dłoń męża kuzynki.
   Wzrok Finnicka, Marlene i jej męża pada na mnie.
-Marlene... - mówię drżącym głosem.
-Czyli jednak mnie pamiętasz - oznajmia. Kiwam głową, a mój ukochany patrzy na nas pytająco.
-Nie widziałyśmy się od śmierci Lory... przykro mi z jej powodu. - Marlene odzywa się po chwili ciszy.
   W moich oczach zaczynają gromadzić się łzy. Kuzynka mojego ukochanego przytula mnie, a ja walczę całą sobą, aby nie zapłakać.
-Nie płacz. Teraz jest bezpieczna. - szepcze.
   Kiwam głową i odsuwam się od niej. Wtedy Finnick łapie mnie w tali i prowadzi w stronę stołu.
-Nie zdążyłam pogratulować... - mówię próbując przypomnieć sobie imię wybranka Marlene.
-Len - mówi Finnick.
-Co? - pytam.
-Jej mąż ma na imię Len - oznajmia.
-Nieważne - burczę, zła, że nie potrafię nawet zapamiętać głupiego imienia. Mój ukochany wybucha cichym śmiechem. 


FINNICK



-Dziadku? - zaczynam cicho spokojnym głosem, zbliżając się do starszego mężczyzny. 
   Całe szczęście Annie trzyma mnie za rękę. Nie wiem czy inaczej bym sobie poradził. Zwyciężyłem w Głodowych Igrzyskach, zabiłem kilkanaście niewinnych osób, a boję się zagadać do własnego dziadka. Czy to nie dziwne? Potrafię spojrzeć w oczy bezwzględnego prezydenta Panem, a nie mogę tego zrobić, kiedy zwracam się do jednej z ważniejszych osób w moim życiu. 
   Głowa mężczyzny odwraca się w naszym kierunku. Staruszek szybko mierzy mnie wzrokiem i odwraca się z powrotem. Podchodzę bliżej. 
-Możesz udawać, że mnie nie znasz. Możesz udawać, że nie istnieję, ale ja nigdy ci nie odpuszczę. Chcę porozmawiać. - Mówię lodowatym tonem, mężczyzna znów się odwraca. 
-Mówiłeś do mnie? - pyta obojętnie. 
-Nie udawaj. Dobrze wiesz. - Mój głos tnie powietrze jak brzytwa.
-Kim jesteś? - pyta. 
   Nie wiem co sobie myśli. Nie wiem, kogo chce oszukać. Mnie? Ludzi dookoła? A może sam siebie? 
-Skończ już z tą żałosną gierką! - krzyczę. 
   Wszyscy kierują na mnie wzrok. Mężczyzna wstaje od stołu, jedną ręką wciąż się go trzyma. 
-Nie mam wnuka. Nie miałem wnuka. Nigdy. Słyszysz?! Nigdy! - krzyczy, a jego ręka unosi się i kieruje w moim kierunku. 
   Powstrzymuje się w ostatniej chwili, kiedy tylko zaczyna zdawać sobie sprawę, że nie robi to na mnie żadnego wrażenia i niewzruszony stoję przed nim. 
-Bij - syczę. - Bij jeśli tylko masz odwagę.
   Po raz pierwszy w życiu moje słowa ociekają jadem tak bardzo jak teraz. Annie ściska mnie za rękę. Prawie słyszę jak mówi Nie warto. Finnick. Nie warto. Chodź. Wiem, że powinienem odpuścić, ale nie zamierzam tego robić. Nie chcę tego robić tylko ze względu na to jak traktował mnie, ale również  jak potraktował własną córkę, a moją matkę.
-Myślisz, że tego nie zrobię? - pyta, a w jego oczach malują się sprzeczne uczucia. To go zdradza. 
-Myślisz, że się ciebie boję? Jesteś w błędzie. Wygrałem Głodowe Igrzyska. Walczyłem z silniejszymi niż ty - syczę. 
    Obok siwego mężczyzny pojawia się Marlene. 
-Dziadku uspokój się... - szepcze zdenerwowana dziewczyna. Pewnie nie tak wyobrażała ten dzień.
-Nie wtrącaj się Marlene! - Krzyczy tak, że dziewczyna zrezygnowana odchodzi, a jej oczy zaczynają lśnić.
-To dla ciebie typowe. Krzywdzisz ludzi, którym na tobie zależy. - Syczę. 
-Finnick! Uspokój się! - warczy Annie. 
-Lepiej posłuchaj dziewczyny - burczy mój dziadek, na mojej twarzy maluje się złośliwy uśmieszek. 
-Nie. Nie uspokoję się, dopóki ze mną nie porozmawiasz. Dopóki mi nie powiesz dlaczego. Dlaczego przestałeś się do mnie odzywać, kiedy miałem pięć lat? Dlaczego pozwoliłeś, żeby twoja córka i twój wnuk co noc wylewali może łez, nie rozumiejąc dlaczego im to zrobiłeś? Nie przyszedłeś nawet pożegnać mnie, kiedy wylosowali mnie do Igrzysk! Nie przyznałeś się do mnie nawet kiedy je wygrałem! Bałeś się?! Bałeś się, prawda?! Bałeś się, że zadam ci te wszystkie pytania, a ty nie będziesz potrafił na nie odpowiedzieć. No bo co miałbyś powiedzieć? Miałbyś przyznać, że jesteś egoistą, który skrzywdził córkę? Który skrzywdził osobę tak bardzo przypominającą twoją żonę? Podobno ją kochałeś. Podobno byłeś załamany, kiedy cię zostawiła. Miałem cię za bohatera. Samotnie wychowywałeś córkę i siostrzenicę. Teraz wiem, że nie jesteś bohaterem. Jesteś tchórzem. Zwykłym tchórzem! - kontynuuję mój monolog, nawet kiedy zauważam łzy w jego oczach, nawet kiedy ktoś próbuje mnie od niego odciągnąć. 
-Po co pytasz? Sam sobie odpowiadasz. Chcesz mi jeszcze coś wyrzucić? - pyta, donośnym głosem. W niektórych momentach jednak jego głos zaczyna się łamać. Nie powiem... sprawia mi to trochę satysfakcji. 
   Wyrywam się osobie, która próbowała mnie odciągnąć i wyjmuję kilka złożonych kartek, ukrytych w mojej kieszeni. 
-Nie. Chcę tylko ci to dać. Przeczytaj. Potem możesz mi oddać, ale nie musisz. - Oznajmiam i wycofuję się. 
   Annie już dawno przestała trzymać moją dłoń i teraz patrzy na mnie pogardliwie. Idę w kierunku wody. Muszę ochłonąć, a tylko woda pozwala mi myśleć. 
   Kiedy tylko zanurzam stopy w morzu do głowy przychodzi mi jedno pytanie. Dlaczego to zrobiłem? Złość ogarnęła mnie do tego stopnia, że nie potrafiłem się powstrzymać. Teraz z nadmiaru emocji wściekle kopię wodę. 
-Co ty zrobiłeś? - pyta moja ukochana, jest zdenerwowana.    
   Nie reaguję. Cały czas wściekle rozchlapuję wodę. Dłonie wszczepiam we włosy, aby zamaskować ich drżenie. Oczy pieką mnie niemiłosiernie, a łzy zaczynają z nich wypływać. 
-Zniszczyłeś jej wesele. Na tym ci zależało? - pyta z pretensją w głosie. 
   Upadam na kolana. Twarz odwracam w jej stronę. Chociaż wolałbym, żeby nie oglądała mnie w takim stanie. Ukochana nie wie co powiedzieć. Podchodzi do mnie, klęka i kładzie mi dłoń na plecach. Wiem, że w ten sposób, chce zapytać, czy wszystko w porządku, ale ja tylko przecząco kręcę głową. 
-Zachowałem się kretyn. Powiedziałem mu, że jest egoistą, a wiesz co poczułem, kiedy zobaczyłem, jak szklą mu się oczy? Satysfakcję. Poczułem satysfakcję! Rozumiesz?! Satysfakcję! W niczym nie różnię się od niego! W niczym! - krzyczę w przestrzeń. 
   Ukochana wtula się we mnie. 
-Finnick... różnisz się. Zrozumiałeś to od razu. Żałujesz tego. Pierwszy raz pomyślałeś o sobie i też nie tylko o sobie, bo mówiłeś o swojej matce. Nie jesteś egoistą. Gdybyś nim był to nie prostytuowałbyś się w Kapitolu, żeby tylko ratować moje życie! Finnick! Ratujesz moje życie, a nie myślisz o tym, że ty na tym cierpisz, że cierpi twoja duma. Ty tylko mnie chronisz i to jest dla ciebie najważniejsze! Dlatego nikt nie wmówi mi, że jesteś egoistą! Bo nim nie jesteś i nigdy nie będziesz! - wykrzykuje. Kręcę głową. 
-Ona ma rację, Finni. - Na dźwięk jego głosu zamieram. Wiem jedno. Nie tylko z moich oczu polały się łzy.


____________________________________________________________________


   Zaczynamy akcję "WIELKIE ODLICZANIE DO PREMIERY KOSOGŁOSA CZ.2" Na końcu ogłoszeń napiszę ile dni i godzin (według specjalnej aplikacji na telefonie) zostało do dnia 20 listopada 2015 r
   Teraz muszę Wam bardzo podziękować :) Dziękuję wszystkim za życzenia i zostawianie komentarzy :) Udało się pobić rekord (pojawiło się ponad 30 komentarzy!!!). To dla mnie naprawdę wiele znaczy ♥
   Jak podoba Wam się ten rozdział? Co myślicie o kłótni Finnicka z dziadkiem? Jestem ciekawa Waszych opinii, więc mam nadzieję, że zostawicie komentarze również pod tym rozdziałem :) 
   Kolejny rozdział jutro... zastanawiam się czy organizowanie tej akcji to był dobry pomysł, ale jak obiecałam tak zrobię :) 
   DO PREMIERY KOSOGŁOSA CZ.2 ZOSTAŁO: 6 DNI I 5 GODZIN 

 Dziękuję za uwagę i pozdrawiam ♥

poniedziałek, 9 listopada 2015

Rozdział 92 - Przygotowania do ślubu Marlene

ANNIE



-Ale ja nie idę. Nie mam w co się ubrać. - oznajmiam.
   Finnick siada na łóżku i teatralnie wywraca oczami.
-Kobiety... chyba nigdy was nie zrozumiem. - odpowiada - Masz się w co ubrać... - zaczyna, ale ja mu przerywam.
-Wcale nie. Na ślub twojej kuzynki nie mogę założyć byle czego, będzie tam przecież twoja najbliższa i jedyna rodzina, a w tych sukienkach byłam na tournée zwycięzców. - mówię i nakrywam głowę poduszką. 
-Po pierwsze to ty jesteś moją rodziną. Po drugie... ciesz się, że o wszystkim pomyślałem i tydzień temu zadzwoniłem do pewnej stylistki z Kapitolu... - zaczyna Finnick, a ja znów mu przerywam. 
-Mer? Dzwoniłeś do Mer? Czemu nic mi nie mówiłeś? Co u niej słychać? - zadaję pytania w szalonym tempie, jednocześnie zdejmując z głowy poduszkę. 
-Dasz mi dojść do słowa, czy znów będziesz mi przerywać? - pyta, unosząc brwi do góry. Na mojej twarzy natychmiast pojawia się przepraszający uśmiech. 
-Wybacz. - mówię. 
-Za bardzo cię kocham, żeby gniewać się na ciebie za taką głupotę. - oznajmia, a ja całuję go w policzek, od razu się uśmiecha - Jak już mówiłem... dzwoniłem do Mer. Poprosiłem ją o uszycie dla ciebie sukni na ślub Marlene. Zażyczyłem sobie również koszulę pasującą do twojej sukienki. Właśnie przed chwilą przyszła paczka prosto z Kapitolu. Domyślasz się co tam jest, prawda? - pyta, a ja kiwam głową - Co do pytania o życie Mer... następnym razem ty do niej dzwonisz... nie chcę więcej słuchać przez godzinę, o tym jej nowym chłopaku. - oznajmia i wzdryga się. 
-Ma chłopaka? - pytam. 
-Tak... ale to nieważne. Wstawaj. Mags pomoże ci się przygotować, a ja przyjdę tu już gotowy za trzy godziny. - mówi i powoli podnosi się z łóżka. 
-Trzy godziny? - pytam trochę, a nawet bardziej niż trochę, zdziwiona. 
-No tak. - odpowiada jakby nie rozumiał mojego zdziwienia. 
-Pozwól, że powtórzę... Trzy godziny?! Co ja będę robić przez trzy godziny? Co ty będziesz robić przez trzy godziny? - pytam. Mój ukochany zaczyna się śmiać - Co cię tak śmieszy?
-Twoja reakcja. - oznajmia i dalej się śmieje. 
   Robię naburmuszoną minę. Finnick mnie przytula i całuje w czoło. 
-Oj nie złość się tak. Mags będzie cię trochę przygotowywać, wiesz czesanie i te sprawy, a ja będę trochę pomagał w przygotowaniach do ślubu. No wiesz... mam przynieść tamtą sieć i jeszcze pomóc w dekoracjach. Później pójdę do starego domu i się przyszykuję. - oznajmia i podnosi się. 
    Mój ukochany zmierza w kierunku drzwi. Promienie słoneczne, które wpadają do pokoju przez okno, oświetlają go. Błyszczące iskierki skaczą po jego włosach, kiedy on tylko ruszy głową. Światło świeci również na jego białą, dość obcisłą koszulkę, przez którą widać jak bardzo jest umięśniony. 
   Finnick staje przy drzwiach i odwraca się do mnie. 
-Wezmę trochę naszych rzeczy do mojego starego domu. Pomyślałem, że tam jest bliżej niż do domu Mags, więc możemy tam dziś zanocować. - oznajmia i wychodzi. 
   Padam na łóżko. Nie mam ochoty nigdzie dziś iść. Najchętniej zostałabym w domu i nigdzie się stąd nie ruszała. Prawdopodobnie dlatego, że na samą myśl, że poznam krewnych Finnicka, moje serce zaczyna bić tak szybko i głośno, że mam wrażenie, że zaraz wyskoczy mi z klatki piersiowej. Boję się, że mnie nie polubią. Boję się, że tak jak całe Panem uznają mnie za wariatkę. Przykrywam się ciepłą kołdrą i układam głowę na poduszce. Po chwili zapadam w sen. Niestety nie na długo, bo ktoś postanowił pozbawić mnie przykrycia. Finnick!! Chcę już krzyknąć, lecz moim oczom ukazuje się Mags. 
-Wstawaj. Śniadanie już czeka, zjesz i bierzemy się do roboty, mamy jakieś dwie i pół godziny. Musisz jeszcze zjeść, więc na przygotowanie mamy tylko dwie godziny. - oznajmia Mags poważnym tonem. 
-Tylko dwie godziny? Chyba aż dwie godziny. - odpowiadam i chcę zabrać jej kołdrę. 
-Nie ma mowy. Wstawaj, ale już. Chyba chcesz zrobić dobre wrażenie na jego krewnych? Poza tym... to bardzo ważne dla Finnicka. Może on nic nie mówi, ale ja widzę, że bardzo to przeżywa. Ty chyba też to widzisz, więc zrób to dla niego i bądź gotowa na czas. - mówi. 
   Moja mentorka zna mnie na tyle, że doskonale wie, jaki argument może zmobilizować mnie do działania. Zrób to dla Finnicka. Jedyny argument, który od razu mnie motywuje. 
   Zwlekam się z łóżka, a Mags robi zadowoloną minę. Powoli idę na dół do kuchni i siadam przy stole. Moja mentorka, która cały czas za mną szła, teraz podaje mi talerz z kanapkami z pastą rybną i siada na przeciw mnie, cały czas uważnie mi się przyglądając. 

-Czemu mi się tak przyglądasz? Widziałaś mnie miliony razy. - mówię w przerwie pomiędzy gryzami ostatniej z kanapek. 
-Zastanawiam się jak cię uczesać, ale już chyba mam pomysł. - oznajmia z szerokim uśmiechem.
-Dobrze. - mówię, przełykając ostatni kęs. 
-Zjadłaś już? - pyta Mags, kiwam głową, a ona wstaje i zbiera talerz. 

   Po godzinnej kąpieli relaksacyjnej, dziesięciu minutach depilacji - która można powiedzieć była zbędna, ponieważ przedwczoraj się goliłam, ale Mags się uparła - i półgodzinie robienia makijażu, oraz malowania mi paznokci, jestem prawie gotowa. Ostatni punkt programu to fryzura, którą właśnie upina mi Mags. 
-Denerwujesz się? - pyta, walcząc z moimi włosami. 
-Bardzo to widać? - odpowiadam, pytaniem na pytanie.
-Troszeczkę. - odpowiada - Nie masz czego się bać. Finnick raczej nie opuści cię nawet na krok. - mówi. 
-Raczej. - mówię. 
   Zapada niezręczna cisza, którą po dziesięciu minutach przerywa Mags. 
-Gotowe. - oznajmia - Ubierz się. Finnick zaraz tu będzie. - kiwam głową. 

   Moja mentorka opuszcza łazienkę, a ja podchodzę do wieszaka, na którym wisi pokrowiec z sukienką. Ostrożnie rozsuwam pokrowiec, a moim oczom ukazuje się najpiękniejsza sukienka jaką kiedykolwiek w życiu widziałam. 



FINNICK



   Wchodzę do domu Mags i zaglądam do wszystkich pokoi na dole. Każdy z nich jest pusty. Już miałem zawołać ukochaną, ale moja mentorka właśnie w tej chwili pojawiła się na schodach. 
-Zaraz będzie gotowa. Ubiera się. - mówi, a ja stoję przy schodach.
   Moje serce bije jak oszalałe. Denerwuję się. To będzie pierwsze od wielu lat spotkanie z dziadkiem. Postanowiłem, że dam mu wszystko co napisałem. kiedy o nim myślałem. Zastanawia mnie jego reakcja. Co zrobi, kiedy to przeczyta? Rozpłacze się? Nie. On nie potrafi okazywać słabości publicznie. Może mnie przeprosi? Wątpię, żeby był w stanie przyznać się do błędu. Nawet tego nie przeczyta? To jest najbardziej prawdopodobna wersja. Jednak ja mogę jeszcze wykrzyczeć mu w twarz, że to jak mnie potraktował było nieludzkie. Paradoks, prawda? Morderca niewinnych dzieci, zwycięzca Głodowych Igrzysk, będzie krzyczał, że został nieludzko potraktowany. Zupełnie jakbym sam był człowiekiem. Wtedy jednak jeszcze nim byłem. Nie będę miał pretensji o to jak teraz mnie traktuje, tylko o to jak kiedyś potraktował swojego wnuka, zwykłego dzieciaka, pięcioletniego mnie. 

-Finnick? - głos ukochanej wyrywa mnie z zamyśleń.
   Podnoszę wzrok na schody, a moim oczom ukazuje się najpiękniejsza istota, jaką kiedykolwiek widziałem. Jej piękne, długie, rudo-brązowe włosy, są związane w kok, do którego przypięta jest kokarda. Niektóre kosmyki włosów, specjalnie nie są zebrane, tylko swobodnie zwisają. Jej twarz jest delikatna i nawet nie widać, żadnego makijażu. Może jej usta są trochę bardziej czerwone niż zwykle. Jej sukienka jest dwukolorowa. Po części w kolorze moich oczu, a po części w kolorze oczu Annie. Prosiłem Mer, żeby nasze ubrania do siebie pasowały, ale nie sądziłem, że wymyśli, że moja koszula będzie w kolorze jej oczu z guzikami i kieszonkami w kolorze moich oczu, a sukienka Annie w kolorze moich oczu, chociaż rękawy i kokarda, wszyta w talii jest w kolorze jej oczu. Strój mojej ukochanej sięga do jej kolan. Annie wygląda po prostu pięknie.


_________________________________________________________________________________


   Dziś rozdział nie jest najlepszy, ale jest pisany na szybko i nie wiedziałam jak mogę opisać sukienkę Annie...
   Jak już zauważyliście zaczyna się ślub Marlene. Wydarzenie to będzie punktem zwrotnym w życiu niektórych bohaterów, więc zostanie podzielone na kilka rozdziałów. To było ogłoszenie nr 1, czas na ogłoszenie nr 2:
  Dziś mam urodziny... to ostatnia godzina moich urodzin, ale jednak jeszcze trwają, także mam do Was ogromną prośbę... bardzo chciałabym dostać od Was taki prezent, że każdy kto to przeczyta zostawi chociaż jeden komentarz, ponieważ chciałabym, żebyście do dnia 13.11.2015 r (wtedy zaczynamy akcję "Wielkie odliczanie do premiery Kosogłosa cz.2") pobili rekord w komentarzach na tym blogu... po prostu... byłoby mi bardzo miło, jeśli byłoby ich (nawet łącznie z moimi odpowiedziami) powyżej 26. Po prostu chciałabym poznać opinię większości czytelników, a komentarze to jedyny sposób :) Bardzo dziękuję każdemu, kto zostawia swoje opinie pod rozdziałami, ponieważ znaczą one dla mnie bardzo dużo :)
Dziękuję za uwagę... kolejny rozdział 13.11.2015 r