piątek, 11 sierpnia 2017

Rozdział 127 — Koniec

ANNIE


Wszystko się kończy. Głodowe Igrzyska właśnie dobiegły końca. Jednak nie mają zwycięzcy. Arena po prostu wybuchła. Wybuchła. Wszystko eksplodowało. Wszystko, co widziałam tam jeszcze parę minut wcześniej, tak po prostu przestało istnieć. Spłonęło. A co z ludźmi? Co z Finnickiem? Straciłam Mags. Nie mogę stracić i jego. Mój los nie może być aż tak okrutny. A jeśli może?
W Czwórce od dawna trwają zamieszki, lecz jeszcze nigdy nie dotarły do Wioski Zwycięzców. Teraz jest inaczej. Wyglądam przez okno i jedyne, co widzę to wystraszonych ludzi, walczących ze Strażnikami Pokoju.
Stworzenia w białych mundurach wyłamują drzwi domów, znajdujących się tu. Szarpią innych zwycięzców i ich rodziny. Gdy ktoś ucieka, oni po prostu strzelają. Wiem, że mój dom nie będzie wyjątkiem. Wedrą się i tu, a ja będę na nich czekać. Siadam w fotelu i czekam.
Dziwne, ale jestem wyjątkowo spokojna i gdy drzwi naszego domu otwierają się z hukiem, ja nawet nie odwracam się w ich stronę. Wiem, że to i tak mnie nie uratuje. Nic mnie już nie uratuje. Znów będę z Finnickiem. Pozwalam łzom wypływać z moich oczu. Sama nie wiem, czy w ten sposób opłakuję to, co zaraz zostanie mi odebrane, czy są to łzy ulgi, bo nie będę musiała uczyć się żyć bez niego.
   — Ej! Ty tam! Wstawaj! — krzyczy jeden z nich. Nie robię tego. Nie mam na to siły.
Człowiek ten podchodzi do mnie i zmusza do wstania. Przez chwilę patrzy na moją twarz. Potem znów się odzywa. Jego głos jest szorstki.
   — Ty jesteś Annie Cresta — stwierdza. Kiwam głową w górę i w dół, na znak, że ma rację. — Świetnie. Pójdziesz z nami. — Kręcę głową. Prawa. Lewa. Nie pójdę. — To nie było pytanie. Idziesz dobrowolnie albo cię zmusimy.
Z powrotem siadam na fotelu. Mężczyzna traci cierpliwość. Wyciąga broń i strzela. Nadchodzę, Finnick myślę i obraz zamazuje się, stopniowo tracąc kolory.



FINNICK


Jej delikatny głos rozbrzmiewa mi w uszach. Czuję, że jest blisko. Od dawna nie czułem się tak blisko niej. 
   — Finnick — szepcze mi do ucha. 
Nagle jej szept zmienia się w krzyk. Okropny, przeraźliwy krzyk. Biegnę w stronę, z której mnie dobiegł, lecz jedyne co widzę to niewielki czarny ptak. Ciemne stworzenie po chwili ląduje na ziemi, ze strzałą utkwioną w oku. Krzyki mojej ukochanej milkną, lecz nie na długo. Po chwili znów to słyszę. Jeszcze głośniej. Jeszcze częściej. 
Upadam. Moim ciałem wzdryga szloch. Annie. Annie. Moja słodka, mała Annie. Co oni jej zrobili? 

Budzę się. Otwieram oczy i szybko rozglądam się po pomieszczeniu. Jest duże, srebrzyste, jasno oświetlone. Większość pomieszczenia zajmują łóżka, z których słychać oddechy, prawdopodobnie innych ocalałych. Czy to poduszkowiec? Czy uratowano nas? A może nadal jesteśmy w Kapitolu? 
Powoli unoszę się i zmierzam w kierunku ogromnych, metalowych drzwi, które otwieram. Przede mną widzę dwie, siedzące przy stole sylwetki — Haymitcha Abernathy'ego i Plutarcha Heavensbee'ego. Uciekliśmy.
   — Wstałeś już? — spytał Haymitch. W odpowiedzi jedynie pokiwałem głową.
   — Widziałem Katniss i Beetee'ego. A co z resztą? — pytam, ochrypłym głosem. — I co z Annie? Głoskułki... czy ona żyje? 
   — Inni trybuci zostali na arenie, a Annie z całą pewnością nic jej nie jest — odpowiada Plutarch Havensbee. — Zaufaj mi. A teraz pozwól, że wrócimy do rozmowy, którą nam przerwałeś... — Jedyne co robię, to kiwam głową ze zrozumieniem. Nie chcę przemęczać gardła.
Haymitch i Plutarch wrócili do przerwanej rozmowy, a ja zamyśliłem się i całkowicie straciłem rachubę czasu. Zastanawiam się, czy Annie może być w domu. Może jest bezpieczna? Muszę się tego dowiedzieć.
   — Możecie zawieść mnie do Czwórki? Muszę wiedzieć... — stwierdzam.
   — Nie, przykro mi. Nie mam możliwości przerzucenia cię do Czwartego Dystryktu, ale wydałem specjalne rozkazy, żeby ją odszukano. Nic więcej nie mogę dla ciebie zrobić, Finnick.
   — Powinienem był zginąć na tej arenie, tak jak Mags — oznajmiam gorzko.
   — Nie bądź głupi, to najgorsze, co mógłbyś zrobić. W ten sposób na pewno doprowadziłbyś do jej śmierci. Dopóki żyjesz, oni jej nie zabiją, żeby nie tracić nad tobą przewagi — odpowiada Haymitch, a ja zdaję sobie sprawę z tego, że ma rację.
Od zawsze wiedziałem, jaką taktykę stosuje Snow. Wiedziałem, że wyszukuje słabości ludzi, których chce trzymać w ryzach i wykorzystuje swoją wiedzę. Dlatego zabrał mi rodziców, gdy wygrałem. Byłem wtedy tylko biednym, zagubionym dzieciakiem, nad którym mógł sprawować władzę. Teraz ma Annie i znów trzyma mnie w garści.
Snow zawsze był sprytny, lecz nie przemyślał jednego. Byłem wtedy dzieckiem, a dzieci szybko się uczą. Dlatego znam wszystkie sekrety Kapitolińskich elit. Znam nawet jego sekrety i nic nie powstrzyma mnie przed wykorzystaniem ich, jeśli tylko Annie spadnie włos z głowy.


_________________________________________________________________________________


Rozdział 127 już za nami, a przed nami jeszcze trzy rozdziały i epilog. Epilog planuję wstawić tu dnia 20. 08. 2017 roku, ale nie wiem jeszcze co z tego wyjdzie.
Mam nadzieję, że rozdział się Wam spodobał, a swoją opinię wyrazicie w komentarzu :)