środa, 30 września 2015

Rozdział 80 - Stłuczona waza

ANNIE


   Mój ojciec stoi przy krześle, na którym rozwiesiliśmy ubrania do wyschnięcia. Patrzy na nas, a w jego oczach maluje się dziwna mieszanka uczuć, których nie potrafię nawet określić.
-Zaraz będzie tu Lindsey. Lepiej... no właśnie. - Mówi i wskazuje głową na krzesło.
   Mój ukochany podchodzi do krzesła i zdejmuje z niego moje ubrania. Wraca do mnie, całuje w policzek i podaje ubrania.
-Wiesz gdzie jest łazienka? - Pyta unosząc brwi. Kiwam głową, a on uśmiecha się. - To idź się przebrać. Ja mam założyć tylko koszulkę. - Znów kiwam głową i odchodzę.

-Dobrze, ale później. Nie zostawię jej tu samej. - Stoję na schodach, a do moich uszu docierają strzępki rozmowy Finnicka z moim ojcem.
-Rozumiem. - Mój ojciec mówi cicho i spokojnie, ale w jego głosie słychać stanowczość i pewność siebie.
   Kiedyś uważałam, że mój ojciec to wysoki i bardzo postawny mężczyzna. Tak też go zapamiętałam. Jednak... kiedy zobaczyłam go stojącego obok Finnicka... no cóż... zmieniłam zdanie. Finnick jest niesamowicie przystojny, wysoki i bardzo dobrze zbudowany. Przy nim każdy wygląda jak zagłodzony mikrus.

   Przebranie się zajęło mi tylko kilka chwil. Jednak ciągle jestem w łazience. Dla mnie jesteś najpiękniejsza na całym świecie. Spoglądam na swoje odbicie w lustrze, próbując dostrzec to piękno, o którym mówił Finnick. 
   Wielkimi, zielonymi oczami, oceniającymi każdy milimetr mojej twarzy wpatruje się we mnie zwyczajna dziewczyna, o rudo-brązowych falowanych włosach, które nie zawsze chcą z nią współpracować i wolą żyć własnym życiem. Jej twarz jest trochę opalona, ale nie za bardzo. Ma łagodne rysy twarzy i ledwie widoczne piegi, które pojawiają się, kiedy spędza za wiele czasu na dworze. Dziewczyna musi stać na palcach, aby udało jej się dostrzec każdy element twarzy. Teraz sprawdza jak wygląda z uśmiechem wykrzywiając nieco swoje delikatne, jasnoróżowe usta. Bardziej przypomina to jednak grymas, mający tylko udawać uśmiech. Jej myśli krążą wokół jednego pytania. Co on we mnie widzi? 
   Nie jestem piękna. Nawet nie jestem ładna, a kocha mnie ktoś taki jak Finnick. Kocha mnie najprzystojniejszy młody mężczyzna, jaki kiedykolwiek chodził po tej ziemi, który może mieć każdą dziewczynę, a wybrał mnie. Dlaczego? 
   Dlaczego woli być z brzydką, niestabilną psychicznie dziewczyną, która ma koszmary związane z jego śmiercią, niż być z jakąkolwiek inną dziewczyną? Niż być z jakąś normalną, piękną, odważną i mądrą dziewczyną? 
   Bo cię kocha. Słyszę cichy szept w mojej głowie. Wreszcie udaje mi się uśmiechnąć, ale po moim policzku spływa pojedyncza łza, którą szybko wycieram skrawkiem mojej niebieskiej koszulki. 
   Bądź dzielna. Bądź silna.  Napominam się w myślach. Unoszę wysoko podbródek i wychodzę z łazienki. Na dole słyszę krzyk mamy i podniesiony głos Finnicka. W tym momencie kolana się pode mną uginają i aby nie upaść łapię się pierwszej lepszej rzeczy stojącej po mojej prawej stronie. Pech chciał, że była to jakaś waza, a gdy spadła roztrzaskała się na miliony kawałeczków. Ja również upadłam, przy okazji raniąc dłonie i nogi. 


FINNICK 


   Krótką, ale ostrą wymianę zdań z panią Crestą przerywa odgłos tłuczonej wazy i jęk Annie. Od razu bladnę i ruszam pędem po schodach. Państwo Cresta biegną za mną.
   Po niecałej minucie jestem obok Annie i pomagam jej się podnieść. W jej oczach zaczynają gromadzić się łzy. 
-Prze... przepraszam. Ja... ja... nie chciałam. To był... był... wypadek. - Łka. Przytulam ją. 
-Najważniejsze, że tobie nic poważnego się nie stało. - Szepczę do jej ucha. - Waza to tylko waza. Nie ma dla mnie żadnej wartości. Ciebie kocham ponad życie. - Dodaję. 
   Odsuwam się od niej na odległość moich ramion i kciukami delikatnie wycieram jej łzy. Tak jak kiedyś robiła to moja mama, kiedy płakałem. 
   Raz w życiu, kiedy widziałem, że moja mama płakała... tata też otarł jej łzy w ten sposób. Później pocałował ją w czoło, a ona uśmiechnęła się, wtedy tego nie zauważałem, ale teraz wiem, że zawsze jak on był to uśmiechała się szczerze, a kiedy wypłynął jej uśmiech stawał się inny... bardziej sztuczny. Nie chciała, żebym widział jej ból, więc ukrywała go pod wieloma maskami, ukrywała go pod setkami uplecionych sieci, ukrywała go pod miliardami węzłów, ukrywała go pod uśmiechem, ukrywała go przede mną. 
   Tak jak kiedyś mój ojciec, ja również całuję Annie w czoło, ciągle trzymając jej twarz w moich dłoniach. 
-Annie! Co ci się stało? - Krzyczy pani Cresta, kiedy tylko wbiegnie na górę. Po chwili odpycha mnie od córki. - Chodź trzeba zdezynfekować te rany. - Odwraca do mnie głowę. - Masz coś co mogłoby mi w tym pomóc? - Pyta głosem, tnącym powietrze jak brzytwa. W odpowiedzi na zadane przez nią pytanie przecząco kręcę głową. - To przydaj się na coś idź do sklepu po bandaże. 
   Ta kobieta coraz bardziej działa mi na nerwy. Nie dość, że rozpanoszyła się w moim domu, odepchnęła od Annie, to jeszcze teraz twierdzi, że nie jestem do niczego potrzebny. Mam ochotę coś jej zrobić, ale próbuję się nie denerwować i tolerować tą kobietę - co jest bardzo trudne - ze względu na Annie. 
   Wracam ze sklepu i przynoszę bandaże i jakieś środki do dezynfekcji ran - przy okazji kupiłem pudełko kostek cukru. Idę do salonu i podaję matce Annie środki dezynfekujące i bandaże. 
-Dłużej się nie dało?! - Sarkastycznie pyta pani Cresta. Na mojej twarzy pojawia się grymas, który miał udawać uśmiech. Ta kobieta działa mi na nerwy. 
   Moja ukochana chyba to zauważa, bo robi minę jakby chciała mnie przeprosić. Do niej uśmiecham się szczerze, kiwając przy tym głową. 
-Przesuń się, bo zasłaniasz mi światło. - Głos tej kobiety znów tnie powietrze. Mam ochotę jej coś zrobić. Odwracam się i idę do kuchni, gdzie siedzi pan Cresta. Kiedy mnie zauważa uśmiecha się. 
-Teraz możemy iść. Nie zostanie sama. - Oznajmia. 
-Dobrze. - Odpowiadam. 


_________________________________________________________________________________


   Kolejny rozdział dodany. Pisałam go przez kilka dni, ale nie miałam na to za dużo czasu. Dlatego przepraszam za jakiekolwiek błędy. Kiedy indziej je poprawię. Sami rozumiecie szkoła i w ogóle... na razie nie mam czasu. 
   Mam nadzieję, że rozdział Wam się spodobał i go skomentujecie. Kolejny będzie w sobotę. 
   Wspominałam już, że mam problemy z tytułami? 

niedziela, 27 września 2015

Rozdział 79 - "Nienawidzę kiedy płaczesz"

FINNICK


   Słońce chyli się ku zachodowi, barwiąc przy tym niebo na wiele niesamowitych odcieni. Wiatr delikatnie powiewa, rozwiewając moje włosy. Biorę głęboki oddech. Jestem spokojny. Nie denerwuję się niczym. Wreszcie mogę być szczęśliwy. Chociaż przez parę minut. Słychać jedynie szum fal i skrzeczenie mew latających nad naszymi głowami. Annie zasnęła na moich kolanach, a ja gładzę ją po głowie. Chciałbym utknąć w tej chwili na zawsze. Chcę tu zostać, chcę być szczęśliwy. Już na zawsze.
   Patrzę na fale, które delikatnie kołyszą łodzie, przycumowane do pomostu, znajdującego się naprzeciw mnie i Annie. Jakąś godzinę temu postanowiliśmy przejść się trochę plażą i rozłożyliśmy tam koc, na którym teraz siedzę, a Annie leży. Na niektórych łodziach porozsiadały się mewy. Lubię te ptaki. Czasem nawet im zazdroszczę, tego, że mogą być wolne. Mogą odlecieć i nigdy już tu nie wrócić.
   Niebo przysłaniają ciemne chmury, które zapowiadają deszcz. Postanawiam więc obudzić Annie i wrócić do domu.
-Annie? - Szepczę jej do ucha. Dziewczyna otwiera swoje cudowne, zielone oczy.
-Tak? - Pyta zaspana.
-Zbiera się na deszcz. Pora wracać. - Mówię, a z nieba zaczynają spadać krople.
-Ja nigdzie nie idę. - Oznajmia. - Lubię deszcz. - Uśmiecha się.
   Wstaję i podaję rękę mojej ukochanej. Annie patrzy na mnie zdziwiona.
-Ja nigdzie nie idę. - Mówi kręcąc głową. - Zostaję na plaży.
-Obydwoje zostaniemy, ale... może... pospacerujemy? - Pytam, spuszczając przy tym głowę. Nie wiem czemu. Czasami sam siebie nie rozumiem. Nie rozumiem, czemu moje reakcje są takie, a nie inne. Czy tylko ja tak mam?
   Annie łapie mnie za rękę. Mój wzrok momentalnie na nią pada. Uśmiecha się. Ja też. Wtedy podciągam ją, a ona wstaje.
   Stoimy teraz naprzeciw siebie, trzymając się za ręce, patrząc sobie prosto w oczy, milcząc. W tej chwili nie potrzebujemy żadnych dźwięków, żadnych słów. Po prostu patrzymy na siebie, patrzymy w swoje oczy. Była cała mokra i łapczywie łapała oddech, a mimo to moje serce prawie wyskoczyło mi z piersi. W ten sposób Seanner opisał to co poczuł, kiedy po raz pierwszy spojrzał na Penny. To samo czuję teraz ja, chociaż widziałem Annie już miliony razy. Może moja ukochana nie łapie łapczywie oddechu, ale mżawka przemoczyła ją do suchej nitki. Jednak moje serce - tak jak niegdyś serce Seannera - próbuje wyskoczyć mi z piersi. Bije tak głośno, że niemal zagłusza szum fal. Uwielbiam te uczucie. Tę cudowną pauzę, kiedy myślę tylko o tym jak bardzo jej oczy są zielone, usta delikatne i ciepłe, a jej twarz idealna, kocham ją. Kocham ja całą. Kocham ja całym sobą. Chociaż do niedawna nie wiedziałem co to jest prawdziwa miłość. Teraz już wiem, że kiedy kochasz twoje serce bije tylko dla tej jednej wyjątkowej osoby. Codziennie budzisz się tylko po to aby rozmyślać o ukochanej. Niczego nie pragniesz bardziej jak jej szczęścia. Chociaż mógłbyś przypłacić za to życiem. To właśnie jest miłość. Cieszysz się razem z tą drugą osobą, razem z nią płaczesz, możesz cierpieć, jeśli tylko ona będzie szczęśliwa. To właśnie jest miłość. To właśnie jest miłość. 
   Nie panuję nad sobą. Podchodzę do Annie i całuję ją. Muszę. Muszę. Muszę. Nasze usta łączą się w długim pocałunku. Nasze dusze zbliżają się do siebie. Pocałunek się kończy. Spoglądam w jej oczy. W te jej cudowne, zielone oczy, które tak kocham.
-Marzyłam o pocałunku w deszczu. - Wyznaje, a na jej cudownej, delikatnej twarzy maluje się uśmiech. 
-Ja marzyłem o spełnieniu twoich marzeń. - Szepczę prosto do jej ucha. - Kocham cię. Kocham cię najbardziej na świecie. - Wyznaję jej, chociaż ona słyszała to ode mnie miliony razy. 

-Zaprowadzisz mnie tam? - Pyta Annie, kiedy tylko usiądziemy na kanapie w moim starym domu. Rozpadało się na dobre i zaczęło grzmieć. Mój stary dom jest bliżej niż dom Mags, a ja miałem klucze, więc nie musieliśmy długo uciekać.
-Gdzie? - Pytam.
-No wiesz... do tego domku. - Mówi cicho, ledwie słyszalnym szeptem.
-Nie. - Odpowiadam. Annie podnosi na mnie wzrok i odstawia kubek herbaty na stolik.
-Jak to "nie"? - Pyta... sam nie wiem czy jest zdenerwowana czy zaskoczona moją odpowiedzią.
-Po prostu nie. - Mówię niewzruszony.
-Dlaczego? - Annie dopytuje jak mała dziewczynka, której odmówi się kupna słodyczy... albo kostek cukru, które w mojej rodzinie uznawane były za najlepsze przekąski.
-Sama powiedziałaś, że to niebezpieczne. - Odpowiadam.
-Ale ty tam byłeś! Ja też chcę! - Prawie krzyczy.
-Nie rozumiesz, że jeśli coś by ci się stało, to nigdy bym sobie tego nie darował?! - Mówię tym samym tonem co Annie.
-Ale ty tam byłeś! I chyba jakoś się nie przejmowałeś, że coś może ci się stać! - Annie wykrzykuje.
-Bo to tylko moje życie! - Odkrzykuję. - Tylko moje życie... - Powtarzam szeptem.
-Jak to "tylko"? To jest "aż" twoje życie. Dobrze wiesz, że cenię je bardziej niż własne. - Mówi, a jej oczy robią się szklane.
   Jeśli zginiesz ja się zabiję. Gdyby Annie nie ceniła mojego życia, to nigdy nie wypowiedziałaby tych słów, a ona je wypowiedziała. To chyba coś znaczy. Jednak każdy dobrze wie, że jej życie jest więcej warte niż moje. Dlatego tak bardzo staram się je bronić.
-Nie płacz... proszę. Nienawidzę kiedy płaczesz. - Mówię patrząc jej prosto w oczy. W tym momencie mrok, panujący w moim domu rozświetliła błyskawica. Parę minut później usłyszeliśmy głośny grzmot. Annie się zatrzęsła. Od zawsze bała się burzy.
-Więc mnie przytul... dobrze wiesz, że boję się burzy. - Uśmiecha się, a jej delikatną twarz znów rozświetla blask błyskawicy. Wygodnie siadam na kanapie i rozkładam ramiona, w jej kierunku.
-Chodź tu do mnie... - Szepczę. Annie przysuwa się do mnie, kładzie głowę na mojej piersi, a ja obejmuję ją.
   Moja ukochana odchyla głowę, tak aby móc mnie zobaczyć. Nasze oczy przyzwyczaiły się już do ciemności, więc możemy patrzeć na siebie, nawet wówczas kiedy pioruny nie rozświetlają pokoju. Kocham cię. Szepcze bezgłośnie. Ja ciebie też. Odpowiadam bezgłośnie - tak jak ona.


    Plaża. Piasek. Ja. Trójząb. Krew. Plaża. Piasek. Ja. Trójząb. Krew. Rozglądam się dookoła. Jestem sam. Zupełnie sam. Tylko plaża. Piasek. Ja. Trójząb. Krew. Tylko plaża. Piasek. Ja. Trójząb. Krew. 
      Armata wyrasta jak spod ziemi. Odwracam głowę w jej kierunku. Huk. Zdjęcie mojej pierwszej ofiary, wyświetlane na niebie. 
Kolejna armata wyrasta spod ziemi. Odwracam głowę w jej kierunku. Huk. Zdjęcie kolejnej ofiary. Schemat powtarza się wkoło i wkoło, aż na niebie pojawia się zdjęcie Rose Strong. Mojej ostatniej ofiary. Czy postać na zdjęciu może się ruszać? Nie? To dlaczego ona uśmiecha się szyderczo, dlaczego przekręca głowę? 
   Czyjaś dłoń dotyka mojego ramienia. Odwracam się gwałtownie. To Ben. To Ben. To Ben.
-Finnick! Szybko oni ją zabiją! Nie pozwól na to! Uratuj ją! - Krzyczy chłopiec. 
     Na początku nie zrozumiałem. Później usłyszałem zrozpaczone wołanie o pomoc. To była Annie!
Razem z Benem ruszamy w tamtym kierunku. Biegnę do niej ile sił w nogach. 
     Docieram na miejsce. To tu jest moja ukochana. Dostęp do niej blokuje mi tłum ludzi. Próbuję się przepchnąć, ale to na nic. Oni stoją tam jak jakieś posągi. Krzyk Annie słabnie, a w moich oczach zbierają się łzy. W końcu Annie cichnie. Z moich oczu wylewają się potoki łez. Z ust wydobywa się głośny krzyk. Wszystkie głowy zwracają się ku mnie.
                        K i e d y ś    z n a ł e m    i c h    w s z y s t k i c h !  
   To ja ich zabiłem. To ja ich skrzywdziłem. To ja zabiłem ich bliskich. To ja je porzuciłem. Teraz wszyscy patrzą na mnie. Na moje łzy. Na moje cierpienie. Uśmiechają się triumfująco. Z koła wychodzi Rose. 
-Za to, że wygrałeś. Za to, że ją kochasz. - Wypowiada i przebija moje serce włócznią.. 


   Gwałtownie otwieram oczy. Żyję. Leżę na kanapie, a Annie śpi, wtulona we mnie. Policzki mam mokre od łez, które naprawdę lały się z moich oczu. Burza - zupełnie jak noc - dobiegła końca. Teraz świeci słońce.
   Drzwi gwałtownie się otwierają. Annie budzi się, błyskawicznie otwierając oczy. Oddycha szybko. Zbyt szybko. Zupełnie jak wtedy, kiedy ma atak. Próbuje się wyrwać, ale ja ją trzymam i nie puszczam. Jej oczy znajdują się jakby za mgłą, a łzy leją się z nich strumieniami, ale nie krzyczy.
-Już dobrze... jestem tu. Nic ci nie grozi... - Szepczę prosto do jej ucha.
-Finnick? Ty żyjesz? - Pyta, a jej oczy powoli wracają do normalności.
-Oczywiście, że żyję. Dlaczego miało by być inaczej? - Pytam.
-Bo... ja... nie chcę o tym mówić... - Szepcze.
   Rozlega się głośne chrząknięcie. Ja i Annie odwracamy głowy w tamtym kierunku. Widzimy jej ojca, który lustruje nas wzrokiem.
   Kiedy przybiegliśmy do domu, woda lała się z nas strumieniami. Musieliśmy się przebrać, a były tu tylko moja koszulka i spodenki, które przyniosłem tu wczoraj po odprowadzeniu ukochanej do domu i miałem się w nie dziś ubrać, ale nie zrobiłem tego, bo w nocy - jeszcze zanim poprosiłem Mags o pomoc w zorganizowaniu urodzin - wybłagałem od niej przyniesieni mi lepszych ubrań od za luźnej koszulki i zwykłych krótkich spodenek. Dlatego też ja założyłem spodenki, a Annie moją za luźną koszulkę, która wygląda na niej jak bardzo krótka sukienka. Ubrania rozwiesiliśmy na krzesłach. Wyszło więc na to, że ja nie mam bluzki, a moja ukochana spodni. Teraz siedzimy na kanapie wtuleni w siebie, a na naszych twarzach maluje się rumieniec. Wyobrażam sobie jak musi to wyglądać.


_________________________________________________________________________________


   Nie miałam pomysłu na tytuł... tak bardzo to widać? Teraz trochę o rozdziale... chyba nawet mi się udał, jak myślicie? Udał się? Kolejny będzie prawdopodobnie w środę, ale może być trochę później. Zrobię jednak wszystko co w mojej mocy, żeby był w środę. Wypadałoby też napisać coś dla odmiany oczami Annie... jak myślicie? Chociaż nawet jak napiszę coś oczami Annie, to wcisnę choćby krótki fragment oczami Finnicka, bo... bo tak. Tak na serio to dlatego, że jakoś lepiej pisze mi się oczami Finnicka... przynajmniej na razie.
   Jak na razie nie zmieniam wyglądu bloga, ponieważ... stwierdziłam, że i tak będę robiła nowe szablony i to będzie bez sensu zmieniać wygląd bloga średnio raz na tydzień, więc poczekam, aż stworzę ten jeden, jedyny i niepowtarzalny szablon, a wtedy zmienię ten obecny na tamten.
   Bardzo dziękuję za tak miłe komentarze pod moimi rozdziałami... jak je czytam to aż nachodzi mnie chęć na pisanie! Więc dziękuję wszystkim, którzy zostawiają komentarze!
UWAGA! AKCJA ZE SŁOWAMI!
Słowo: Miłość
             W rozdziale mogliście przeczytać moją definicję tego słowa (było nawet kilkakrotnie podkreślone "To właśnie jest miłość"), która może nie jest... najlepsza... najładniej ubrana w słowa i ogólnie... no nie jest "naj", ale jest prosto z serca i myślę, że to docenicie i w komentarzu napiszecie czym miłość jest dla Was... bo mam nadzieję, że skomentujecie ten rozdział :)
Na blogu życie to nie bajka pojawił się kolejny rozdział :)

sobota, 26 września 2015

Rozdział 78 - "Po co więc to ukrywać?"

FINNICK


   Zdaję sobie sprawę, że jeśli podaruję Annie naszyjnik z kamieniem o kolorze jej oczu, to na pewno zaczną się pytania. Tylko... jaki mam wybór? Teraz już za późno. Najwyżej wszystko jej opowiem. To i tak musiało się kiedyś stać. Po co więc to ukrywać? Ona ma prawo wiedzieć.
   Moja dłoń wsuwa się pod krzak, w którym ukryłem pudełko z naszyjnikiem. Sprawnie je wyciągam, a już po chwili podaję Annie.
-To dla mnie? - Pyta. Kiwam głową w odpowiedzi. - Chcesz dać mi prezent po tym co dziś odwaliłam? - Jest zdziwiona. Uśmiecham się.
-Nieważne co odwaliłaś. Ja i tak cię kocham. - Odpowiadam. - Otwórz.
   Annie otwiera pudełko, kładzie je na kolanach i spogląda na naszyjnik.
-Jest piękny. Dziękuję. - Mówi i przesuwa się bliżej mnie.
   Dokładnie w momencie, kiedy nasze usta łączą się w pocałunku, z jej kolan spada pudełko, a poduszeczka, na której leżał naszyjnik wypada ze środka. Odsuwamy się od siebie i podnosimy pudełko i poduszkę. Zauważamy, że pod nią krył się liścik. Annie bierze go do ręki i czyta na głos.
-Droga Penny... - Patrzy na mnie pytająco.
-Czytaj dalej. Nie przerywaj aż do końca. Proszę. - Mówię.
-Chciałem napisać ci długi list, w którym opisałbym moją miłość do ciebie i cierpienie jakie czuję kiedy obserwuję ciebie jak wraz z nim i waszym dzieckiem spacerujecie po Czwórce. Widzę sztuczny uśmiech na twojej twarzy i ból w oczach. Próbujesz zachować pozory szczęścia, a przez to każdy myśli, że takie życie naprawdę ci pasuje. Ja jednak znam cię bardzo dobrze i wiem co czujesz. Wystarczy jedno spojrzenie na ciebie i już wiem wszystko. Zdaję sobie sprawę, że te cierpienie, które jest tak dobrze widoczne w twoich cudownych, zielonych oczach pojawia się, kiedy tylko dostrzegasz mnie z tym samym sztucznym uśmiechem na spacerze z moją ciężarna żoną. Zrezygnowałem jednak z pisania tak bardzo długiego listu. Napiszę tylko, że cię kocham i dalej będę walczył o to, abyśmy kiedyś mogli być razem, abyśmy kiedyś mogli być szczęśliwi. Jeśli czytasz ten list, to akcja się udała i mogłem dać ci naszyjnik z kamieniem o kolorze twoich oczu. Wszystkiego najlepszego moja ukochana. Twój Seanner. - Annie dalej patrzy na mnie pytająco. - Kto to Seanner? Kto to Penny? - Pyta mnie.
-Seanner był moim pradziadkiem. Penny... prawdopodobnie twoją prababcią. - Oznajmiam.
-Co? - Pyta. - Ale... co? Skąd wiesz? Penny i Seanner byli razem? Ale...? Co? - Annie nic nie rozumie, a ja - chociaż nie wiem wiele więcej niż ona - muszę jej to wytłumaczyć.
-Po tym jak dowiedziałem się, że zataiłaś przede mną plany mieszkania u rodziców podczas igrzysk nie mogłem spać, bo zastanawiałem się dlaczego mi nie powiedziałaś. Miałem już dość i musiałem iść na plażę, woda zawsze pomagała mi trzeźwo myśleć, więc około drugiej rano wyszedłem z domu i poszedłem na plażę. Kiedy słońce zaczęło wschodzić... zorientowałem się, że jestem w Przystani Wraków...
-Byłeś w Przystani Wraków?! To niebezpieczne! Coś mogło ci się stać! - Zaczyna krzyczeć.
-Ale się nie stało. Mogę mówić dalej? - Annie skruszona, kiwa głową. - Widziałem Strażnika Dystryktu i przypomniały mi się słowa ojca... postanowiłem go opłynąć i wydostać się poza dystrykt. Kiedy wyszedłem z wody byłem... spokojny, szczęśliwy... Poczułem się wolny. - Przypominam sobie to niesamowite uczucie. Po chwili jednak uświadamiam sobie, że muszę skończyć opowieść. - Nieważne. Poszedłem do lasu i znalazłem tam domek, bardzo zniszczony domek. W środku był pamiętnik, na ostatniej stronie kobieta napisała, że jej prawdziwy ukochany zginął, a ona to widziała. Napisała, że uszyła sukienkę w kolorze jego oczu, w kolorze morskiej zieleni. Znalazłem ten kawałek materiału i... nawet nie zauważyłem, że go zabrałem. Później już w starym domu, kiedy ty poszłaś ja okryłem pamiętniki Seannera, trochę dowiedziałem się o nim i o Penny i o Mrocznych Dniach. Znalazłem tam też ten naszyjnik... okazało się, że ten kamień jest w kolorze oczu Penny. Kiedy już wszystko przygotowałem do twoich urodzin i miałem jeszcze dwie godziny... czytałem te pamiętniki. Dowiedziałem się, że od kiedy wyszli za mąż... widywali się tylko przypadkiem, na ulicy. Pewnego razu wreszcie umówili się na spotkanie. Tylko... Seanner nie dotarł. Zginął w akcji, a Penny to widziała. - Oznajmiam. Annie na mnie patrzy. Mija tak kilka minut.
-Dlaczego? - Pyta.
-Co "dlaczego"?
-Dlaczego się nie spotykali, kiedy wyszli za tamtych ludzi?
-Z tego czego się dowiedziałem z pamiętników, to rozwody nie były możliwe, a oni raczej nie chcieli spędzić reszty życia na kłótni z małżonkami. - Odpowiadam zgodnie z prawdą.
-Więc woleli cierpieć, żeby tylko pozostać wiernymi osobom, których nie kochali? - Pyta.
-Na to wychodzi. - Odpowiadam. Po tych słowach zapada niezręczna cisza, którą wkrótce przerywa głos Annie.
-Czym dla ciebie jest wierność? - Pyta speszona.
-Według mnie wierność nie ma jednej definicji, bo każdy inaczej patrzy na świat, a samej wierności jest wiele rodzajów. Chociażby wierność swoim zasadom, sowim przekonaniom, kiedy masz wyrobione zdanie na jakiś temat i nie zamierzasz go zmieniać, chociaż momentami może utrudniać ci życie.  Można powiedzieć, że ten rodzaj wierności jest fundamentem życia. Bez niej nie istniejesz. Wierność w związku, kiedy najbardziej na świecie kochasz swoją drugą połówkę, zawsze jesteś z nią szczery i nigdy jej nie zdradzisz. To tylko dwa przykłady, a już mogą zobrazować jak wielką wartość ma wierność.  - Odpowiadam zgodnie z tym co naprawdę myślę.


_________________________________________________________________________________


   Rozdział jest... taki sobie. Zdaję sobie sprawę i baaardzo Was za to przepraszam. W nagrodę jutro spróbuję dodać kolejny.
Tak jak napisałam pod poprzednim postem... stworzyłam kilka szablonów i proszę Was o pomoc w wyborze jednego z nich.  Konkretnie są dwa szablony (były cztery, ale dwa, które stworzyłam na początku... no cóż... łagodnie mówiąc.... były nieudane), może nie są one cudowne i wspaniałe, ale jednak sama je robiłam i jestem z nich dumna. Nie przedłużając: w komentarzu pod tym rozdziałem napiszcie, który wygląd podoba Wam się bardziej:
ten (oznaczcie go jako #1)
czy ten (#2)

  Być może nowy rozdział pojawi się już jutro, więc proszę o jak najszybsze skomentowanie tego rozdziału :)

UWAGA!! AKCJA ZE SŁOWAMI!! 
Słowo: Wierność
              Koniecznie napiszcie mi w komentarzu czym wierność jest dla Was. To była moja definicja, chociaż szczerze przyznam, że miałam problem, żeby ubrać to w słowa, ale jakoś mi to chyba wyszło :)

środa, 23 września 2015

Rozdział 77 - Marlene

FINNICK



-Czy to nie mogło poczekać do rana? Musiałeś budzić mnie o drugiej w nocy? - Pyta zaspana Mags.
-Nie, nie mogło. Musiałem. Wybacz. - Odpowiadam szybko.
-Dobrze, to co chciałeś? - Pyta, przecierając oczy.
-Jutro urodziny Annie. Chcę zrobić jej niespodziankę. Ty musisz odegrać bardzo ważną rolę. - Odpowiadam.
-Jaką? - Pyta.
-Nie wypuszczaj jej z domu do godziny trzeciej. O trzeciej poproś ją, żeby poszła do sklepu. - Oznajmiam.
-To wszystko? - Pyta.
-Tak. - Odpowiadam. - Zgadzasz się?
-Dobrze. Zgadzam się, a teraz daj mi spać. Proszę. - Odpowiada Mags.
-Dobrze, dziękuję. - Mówię i odwracam się, a Mags zamyka okno.

   Wszystko już jest gotowe. Dochodzi trzecia, więc idę szybko pod sklep.
   Siedzę na ławce stojącej niedaleko sklepu i czekam na Annie. Nagle dobiega mnie jakiś głos.
-Finnick? - Odwracam się i widzę wysoką blondynkę stojącą przed wejściem do sklepu. - To ty? - Pyta i podchodzi do mnie.
-Tak. - Mówię trochę speszony. Skąd ona mnie zna? No tak... jestem zwycięzcą. Tylko, że... ona też wygląda znajomo. Kim ona jest?
-Nie poznajesz mnie? - Dziewczyna zauważyła, że niepewnie się jej przyglądam. Powoli zbliża się do mnie. Ja również wstaję, a dziewczyna cały czas idzie w moim kierunku.
-A powinienem? - Pytam.
-Nie... przecież nikt normalny nie pamięta swojej kuzynki, z którą stracił kontakt w wieku dziesięciu lat. - Mówi ironicznie. Już wiem kto to jest. To jest Marlene. Córka siostry ciotecznej, mojej mamy.
-Wybacz Marlene. - Mówię zawstydzony, że jej nie poznałem.
-Czyli znasz moje imię. - Mówi i uśmiecha się. - Tak na serio to... no kurcze... wiesz, że nie umiem przepraszać... no dobra... przepraszam, że od kiedy skończyliśmy dziesięć lat nie odzywałam się do ciebie i nawet nie przyszłam się z tobą pożegnać, kiedy cię wylosowali.  - Mówi.
-Nic się nie stało. - Odpowiadam pewnie i szybko, bo nie chcę wracać do tematu naszej kłótni sprzed wielu lat - Dlaczego więc teraz się do mnie odzywasz? - Pytam.
-Bo głupio mi z tego powodu...  no zachowywałam się jak rozwydrzony bachor, ale to nie tylko dlatego się odzywam, bo widzisz... za tydzień wychodzę za mąż... - Mówi.
-A co to ma do tego? - Pytam, przekręcając głowę na bok, zupełnie jak wtedy, gdy byłem dzieckiem i czegoś nie zrozumiałem.
-Chciałam cię zaprosić. Możesz przyjść z osobą towarzyszącą. - Uśmiecha się. - Przyjdziesz?
-Jasne. - Odpowiadam. - W sumie... czemu nie? - Dodaję.
-Nie poznaję cię! Finnick, którego znałam nigdy by się nie zgodził! Kim jesteś i co zrobiłeś z moim przystojnym i wkurzającym kuzynem? - Mówiąc to mierzy mnie wzrokiem i porusza brwiami, a potem uśmiecha się drwiąco, tak jak zawsze. - Może przystojny nadal jesteś, ale nie trzeba siłą wyciągać cię na spotkanie z ludźmi. Serio... to nie ten sam Finnick. - Żartuje Marlene. Mi jednak nie jest do śmiechu.
-Poprzedni Finnick zginął na arenie. - Oznajmiam posępnie. Marlene robi wielkie oczy i przestaje się śmiać. Przez moją uwagę zrobiło się niezręcznie.
-Dobra... nieważne. Nie wygłaszaj takich uwag na ślubie, dobrze? Ja muszę już lecieć. W tygodniu podam ci zaproszenia dla ciebie i dla osoby towarzyszącej. Cześć! - Mówi, staje na palcach i całuje mnie w policzek. Po czym odchodzi. Zaraz jednak czuję na tym policzku uderzenie, więc obracam się i widzę ją... jest wściekła jak osa. Annie. Z jej oczu natarczywie wypływają łzy.
-Zdrajca! - Wykrzykuje.
  Zanim ja zorientuję się co się właśnie stało, ona obraca się i rusza pędem przez Plac Główny.  Ja ruszam za nią. Teraz każdy mieszkaniec Dystryktu Czwartego się nam przygląda, ale ja o to nie dbam. Biegnę za Annie, próbując ją złapać, aż w końcu udaje mi się to na samym środku placu. Wtedy obejmuję ją w talii i podnoszę. Annie próbuje się wyrwać i kopie mnie. Cieszę się, że jest taka lekka i sporo mniejsza ode mnie.
-Zostaw mnie!! Nienawidzę cię! Puść! - Krzyczy na cały głos. Mimo płaczu słychać ją wyraźnie. Widzę oczy ludzi, które są wlepione prosto w nas. Moją twarz oblewa rumieniec. Nie zważam jednak na to i idę dalej, kierując się prosto do naszego miejsca.

-Zostaw mnie! Nie chcę na ciebie patrzeć! - Krzyczy Annie, kiedy wreszcie docieramy na miejsce. Delikatnie wypuszczam ją z rąk. Ona chce iść, ale ja łapię ją za rękę.
-O co ci w ogóle chodzi?! - Pytam zdenerwowany.
-Jak to o co? Od kiedy z nią jesteś? - Pyta, a łzy wypływają jej z oczu. Wreszcie zaczynam rozumieć o co chodzi. Ona myślała, że mnie i Marlene coś łączy. Wybucham głośnym, niepohamowanym śmiechem. - Co cię tak śmieszy?
-Ty myślałaś, że mnie i Marlene coś łączy? - Pytam przez śmiech. - To moja kuzynka.
-Co? Jak? Czemu nic nie wiedziałam? Wyszłam na kretynkę! - Denerwuje się Annie. - Powinieneś mi powiedzieć!
-Kiedy? Jak uderzałaś mnie w twarz? Czy wyzywałaś jak cię tu niosłem? - Pytam z ironią. Annie robi się czerwona.
-Przepraszam. Jestem idiotką. Teraz pewnie nie chcesz mnie znać. - Mówi ze spuszczoną głową.
-Gdyby to nie były twoje osiemnaste urodziny, to nie wybaczyłbym ci tego tak szybko. - Mówię, a Annie podnosi głowę. W tym momencie odsłaniam schowany za krzakiem kosz z jedzeniem.
-Co? - Zdumiewa się Annie.
-Dziś są  twoje urodziny. Dlatego wszystko przygotowałem i wybaczam ci... bo szkoda, żeby jedzenie się zmarnowało. - Śmieję się
-Aha. Dzięki. Miło mi. Wybaczasz mi, bo jedzenie nie może się zmarnować. Taki narzeczony to skarb. - Mówi z wyraźną ironią w głosie.
-A jakim skarbem jest narzeczona, która uderza cię w policzek, kiedy czekasz na nią, żeby podarować jej prezent urodzinowy, tylko dlatego, że myślała, że coś łączy cię z twoją kuzynką, o której istnieniu nie wiedziała. Później jeszcze ucieka, a kiedy ją złapiesz to zacznie cię kopać i wyzywać. - Mówię... trochę się z nią drocząc. Nawet nie trochę.
-Bardzo śmieszne. - Odpowiada z obrażoną miną.
-Moja kochana... może i ci wybaczyłem, ale akurat ten wybryk będę wypominał ci bardzo długo. Nawet przy naszych wnukach, żeby wiedzieli jaką wybuchową mają babcię. - Żartuję.
-Tak? A ja powiem im, że jak ich dziadek zobaczył mnie na balu w Kapitolu i zapytałam go gdzie był, to on tylko się na mnie patrzył i odpowiedział, że "był... tam... no... gdzieś... w tym... no". - Oznajmia i uśmiecha się ironicznie.
-To był cios poniżej pasa. - Oznajmiam dalej się śmiejąc.
-Tak... docinek i ciosów poniżej pasa uczę się od najlepszych. - Odpowiada z ironicznym uśmiechem.
-Ode mnie? - Pytam, poruszając zalotnie brwiami.
-Od Evelyn. Wybacz, ale jej nikt nie dorówna. - Śmieje się.
-Tak... współczuję biedakowi, który będzie musiał spędzić z nią resztę życia... chociaż... wątpię, żeby kogoś znalazła.
-Daj spokój... Evelyn jest piękna i mądra, a jak kogoś lubi, to nie dogryza mu aż tak. - Annie broni przyjaciółki. Ja wybucham śmiechem.
-Serio w to wierzysz? - Pytam przez śmiech.
-Ja to wiem. Finnick... możesz jej nie lubić, ale musisz przyznać, że jest ładna. - Evelyn jest wysoką, czarnowłosą dziewczyną o zielonych oczach i bladej cerze... tak, jest ładna, ale nie tak jak moja kochana Annie
-Nie tak jak ty. - Odpowiadam.
-Finnick... ja nie jestem ładna. - Kręcę głową i podchodzę do niej. Obejmuję dłońmi jej twarz i mówię:
-Dla mnie jesteś najpiękniejsza na całym świecie. - Całuję ją w czubek nosa i kontynuuję. - Do tego najbardziej wybuchowa. - Annie zaczyna się śmiać. Kocham jej śmiech. Kocham te chwile, kiedy się śmieje i jest szczęśliwa.
-Dobra. Siadaj, zjemy coś i dostaniesz ode mnie prezent. - Mówię.
-Jak chcesz. - Odpowiada z szerokim uśmiechem na ustach.


_________________________________________________________________________________


   Dziś rozdział składa się prawie z samych dialogów... nie jest jakiś idealny, ale chyba ujdzie. Mam nadzieję, że postanowicie poprawić mi humor (który psuje mi szkoła) i go skomentujecie. Przepraszam jeśli pojawiły się tu jakieś błędy, ale jestem już wykończona i nie mam siły ich teraz poprawiać... poprawię w weekend. Nowy rozdział będzie w sobotę, albo już w piątek wieczorem.
   Stworzyłam kilka szablonów na tego bloga i w sobotę (albo piątek) poproszę Was o pomoc w wyborze, który szablon  jest najlepszy (a może raczej... wygląda chociaż odrobinę lepiej niż pozostałe), ale to dopiero w sobotę (albo piątek).
   Muszę też napisać coś związanego z "akcją ze słowami". Chyba będzie trzeba zmienić odrobinę zasady... nie jakoś bardzo, ale chodzi mi o to, że ja nie dam napisać w każdym rozdziale po kolei mojej definicji tego słowa, więc słowa nie będą po kolei i nie w każdym rozdziale. Mam nadzieję, że Wam to nie przeszkadza i mi wybaczycie. Liczę też na to, że wybaczycie mi, że zapomniałam o napisaniu w tym rozdziale mojej definicji słowa "wierność".
   Wybaczcie, że dziś tak nieogarnięcie piszę, ale nie mam już na nic siły.
   Na blogu Życie to nie bajka pojawił się pierwszy rozdział. Zachęcam do przeczytania i skomentowania.

sobota, 19 września 2015

Rozdział 76 - "Już wiem o czym zapomniałem"

FINNICK



Dzień 54
  
   Dziś są urodziny Penny. Kończy 18 lat. Postanowiłem, że dziś pokażę jej domek, który budowałem sam, przez poprzedni miesiąc. Postanowiłem, że jej go podaruję. Zasługuje na miejsce, gdzie zawsze będzie mogła się schować, gdzie będzie mogła być sobą, tak jak jest przy mnie. Chciałbym powiedzieć jej dziś, że ją kocham. Tylko nie wiem jak. Mam jej powiedzieć "Słuchaj Penny... kocham cię. Nieważne, że nikt nie zaakceptuje naszego związku. Nieważne, że za dwa lata, kiedy skończę 22 lata będę musiał poślubić jakąś dziewczynę, do której nie poczuję tego co poczułem do ciebie. Nieważne, że za dwa lata, kiedy ty skończysz 20 lat będziesz musiała wyjść za jakiegoś innego chłopaka.  Nieważne, że nasz związek nie ma przyszłości. Bo ja cię kocham." TO mam jej powiedzieć? Nawet jak powiem zwykłe "Kocham cię" to i tak ona wie, że nigdy nie będziemy mogli być razem. Chociaż ostatnio ludzie zaczynają się buntować. Przeczuwam najgorsze.
W Y B U C H N I E      R E B E L I A                                               
   Jestem pewien. Ludzie mają dość tego, że za bogatych decyduje Kapitol, a za biednych rodzice. To oni wybierają nam z kim mam spędzić resztę życia. To dlatego tak wiele osób chodzi ze spuszczonymi głowami, przez całe życie. To dlatego tak wiele osób przykleja sobie sztuczny uśmiech, a nie nosi z dumą prawdziwego. Ja też będę walczył. Zrobię wszystko, aby być z Penny. 


   Urodziny. Już wiem o czym zapomniałem. Musiałem przeczytać jak mijały pięćdziesiąt cztery dni z życia mojego przodka Seannera Odaira i dopiero jak napisał o urodzinach Penny zrozumiałem o czym zapomniałem. Jutro urodziny Annie. Ja nie mam prezentu, ani nawet pomysłu. 
   Mój wzrok pada na małe pudełeczko. Miałem je otworzyć dopiero jak dojdę do tego momentu w jednym z dziesięciu dzienników, ale otworzę je teraz. 
   Moja dłoń powoli wyciąga się w kierunku pudełeczka. Dosięga je i delikatnie ujmuje, przenosząc je przed moją twarz. Wtedy rozsuwam je, a moim oczom ukazuje się naszyjnik. Naszyjnik z kamieniem o kolorze oczu Annie. Nie rozumiem tego, a pragnę zrozumieć, toteż wertuję strony innych dzienników w poszukiwaniu jakiejkolwiek informacji i otrzymuję ją. Otrzymuję ją pod ostatnim wpisem w ostatnim dzienniku.


Dzień 1515 - Drugi miesiąc rebelii - Przegrywamy

   Dziś urodziny Penny. Kończy dziś 22 lata. To smutne, a jednak prawdziwe. Ona i ja mamy małżonków już od dwóch lat, mój syn ma urodzić się w przyszłym miesiącu, a Penny już urodziła córkę. To boli. Tak bardzo boli. Zaledwie cztery lata temu obchodziła osiemnaste urodziny, a ja pokazałem jej mój, a teraz nasz domek. Nienawidzę Kapitolu. Nienawidzę Panem. Nienawidzę Czwartego Dystryktu. Nigdy nie daruję sobie, że kiedyś - jeszcze cztery lata temu - myślałem, że mam szczęście. Nie mam szczęścia. Niestety. 
   Umówiliśmy się dziś z Penny o czternastej w naszym domku. Wtedy dam jej naszyjnik. W środku jest kamień, który jest w kolorze jej oczu. Pomyślałem, że może się ucieszyć. Zawsze cieszyła się z każdego prezentu jaki ode mnie dostała, bo dostała go ode mnie. Tak zawsze mówiła. Ten będzie wyjątkowy, bo napisałem jej w liście coś czego może nigdy się nie dowiedzieć, bo ja nie mam odwagi jej tego powiedzieć.
   Wcześniej jednak mam wziąć udział w jeszcze jednej, ostatniej akcji, która jeśli uda to może zwyciężmy, a jeśli się nie uda... zginę. Ja jednak staram się myśleć pozytywnie. Co może się nie udać? Wszystko się uda. Wszystko jest zaplanowane. Wszystko się uda. Uda się. Uda się. Uda się. Będę to powtarzać dopóki w to nie uwierzę. 


   Naszyjnik z kamieniem w kolorze oczu Penny. W kolorze oczu Annie. Materiał. Sukienka opisana w dzienniku mieszczącym się w domku poza dystryktem. Domek, o którym pisał Senner. Moje oczy. Oczy Sennera. Annie rozpoznała materiał. Na dożynkach, podczas których mnie wylosowali Annie miała sukienkę wykonaną z tego materiału. W poprzednim dzienniku dziewczyna opisywała śmierć ukochanego, który miał oczy w kolorze morskiej zieleni. To jest ostatni wpis, co oznacza, że Senner zginął podczas tej akcji. Był moim przodkiem i miał oczy w kolorze morskiej zieleni.
   Wszystko układa się w logiczną całość. Senner wybudował domek dla Penny. Domek ten znajduje się poza dystryktem i dziś go odkryłem. Wszystko było tak zniszczone, bo Penny była zrozpaczona po śmierci Sennera. Miesiąc po śmierci Sennera urodził się mój dziadek, a Penny jakiś czas wcześniej, albo później urodziła babcię Annie.
   Skoro Penny miała dostać ten naszyjnik, a go nie dostała - bo Senner zginął - to ja mogę go podarować Annie i będzie tak jakby naszyjnik wreszcie dotarł do Penny. Więc... czemu nie? Mam już prezent dla Annie. Teraz jeszcze muszę wymyślić jak i kiedy go jej podaruję.
   Nad ranem złowię kilka ryb i może uda mi się też złowić owoce morza. Pójdę do sklepu i kupię potrzebne składniki. Przygotuję ryby i - być może - owoce morza, a później spróbuję upiec jakieś ciasto - z tego co wiem, to mama miała zeszyt z przepisami, więc znajdę jakiś przepis na ciasto - jeszcze tej nocy, pójdę do Mags i wtajemniczę ją w mój plan i poproszę o to, żeby poprosiła Annie, żeby poszła do sklepu, ale dopiero około godziny trzeciej, a wcześniej, żeby nie wypuszczała jej z domu. Przed trzecią pójdę pod sklep i poczekam na Annie, a jak się zjawi zaprowadzę ją w nasze miejsce, gdzie przygotuję obiad. Oby to się udało. Oby Mags się zgodziła.


_________________________________________________________________________________


   Jestem nawet dumna z tego rozdziału... nawet. Mam nadzieję, że Wam się spodobał i skomentujecie go, wyrażając tym samym opinię o nim. Kolejny rozdział pojawi się pewnie w środę (może trochę wcześniej), bo przez nawał nauki mam mało czasu na pisanie. Liceum to nie przelewki i muszę się postarać i zdobyć dobre oceny na koniec (zwłaszcza z przedmiotów, które na szczęście odejdą w drugiej klasie), dlatego rozdziały nie będą tak często jak w wakacje, albo nawet jak były przed wakacjami. Poza tym... staram się pisać jak najlepiej i trochę dłużej mi to zajmuje, bo... chyba można zauważyć różnicę pomiędzy starym rozdziałem 19, który pisałam dawno przez dziesięć minut, a rozdziałem 70, który napisałam niedawno, a zajęło mi to jakąś godzinę, a może nawet trochę dłużej.
   Mam w planach poprawienie starych rozdziałów. W każdym popoprawiam błędy, a kilka... uatrakcyjnię. Nie będę pisać ich od nowa, ani jakoś bardzo zmieniać, tylko dodam trochę więcej opisów, albo trochę zmienię dialogi, ale senes zachowam.
   Rozdziały, które na pewno uatrakcyjnię to: 10, 11, 12, 13, 14, 15, 17, 18, 19. Dam Wam znać kiedy będą poprawione.
   To chyba wszystko co chciałam napisać. 

środa, 16 września 2015

Rozdział 75 - Dzienniki

FINNICK


-Będę chciał tu nocować. - Oznajmiam. Annie patrzy na mnie zdziwiona. Rozmawialiśmy o czymś zupełnie innym, a ja nagle wypaliłem z nocowaniem w starym domu.
-Dlaczego? Myślałam, że nie jesteś na mnie zły za tamtą kłótnię i za zatajenie przed tobą tamtej informacji. - Mówi, a jej głos niebezpiecznie drży.
-To niema nic wspólnego z kłótnią. - Mówię szybko. - Ja chcę powspominać dawne lata. Chcę, żeby chociaż raz w roku ten dom nie stał pusty. - Tłumaczę się głupio. Annie chyba mi nie wierzy poznaję to po jej minie. - No i muszę coś przemyśleć.
-Nie wierzę ci. Powiedz prawdę. - Odzywa się chłodno.
-Jutro. Jutro wszystko ci wytłumaczę. Odpowiem na każde pytanie. Teraz nie chcę. Zwyczajnie nie chcę. - Mówię, a mój głos robi się coraz bardziej szorstki. Jeśli Annie dalej będzie się głupio upierać to znów się pokłócimy.
-Dobra. Odprowadzisz mnie? - Ton jej głosu zmienił się i znów mówi spokojnie.
-Jasne. - Odpowiadam  o wiele spokojniej niż wcześniej.

   Kolejne drzwi otwierają przede mną swoją tajemnicę. Tym razem to drzwi, które wprowadzają mnie do małego pokoiku. Moim oczom ukazuje się stara rybacka sieć, po której trzeba się wspiąć, aby dostać się na strych. Wspinam się powoli, a już po chwili jestem na miejscu. Moje nozdrza wypełnia zapach tajemnicy no i nie ukrywam, że starości też. Latarka, trzymana przeze mnie omiata snopem światła wszystko dookoła, aż natrafia na starą, zamkniętą, zakurzoną skrzynię. Ta skrzynia jakby mnie przyciąga samą swoją obecnością. Podchodzę do niej, a drewniane deski, robiące za podłogę na strychu, uginają się pod moim ciężarem. Z każdym krokiem denerwuję się coraz bardziej - i wcale nie tym, że mam wrażenie, że zaraz spadnę. - Czy ja znajdę cokolwiek w tej skrzyni? To cały czas zaprząta moje myśli. - No może jeszcze to, że mam wrażenie, że o czymś zapomniałem. Tylko nie mogę sobie przypomnieć o czym. - Do pokonania zostały mi zaledwie dwa kroki.
   Jeden. Dwa. Powoli docieram do skrzyni. Kucam i rękawem ścieram kurz, który osiadał na niej przez wszystkie te lata, czym wzbijam go w górę. Zobaczyć go mogę tylko kiedy świecę na niego latarką, ale mam wrażenie, że czuję, że słyszę jak z powrotem opada na ziemię. Oczywiście nie jest to możliwe, ale fajnie tak czasem mieć wrażenie, że można więcej niż jest to możliwe.
   Skrzynia na szczęście nie jest zamknięta na klucz. Dlatego nie mam problemu z otworzeniem jej. Raz, dwa, trzy. Daję sobie chwilę na uspokojenie się. Zaraz odkryję tajemnicę mojej rodziny. Już zaraz. Raz. Dwa. Trzy. Biorę głębszy wdech, zamykam oczy i otwieram skrzynię. Kiedy skrzypnie otwieram oczy i widzę różne zeszyty. Wyjmuję kilka, znajdujących się po prawej stronie, a gdy odłożę je na ziemi i znów spoglądam w skrzynię moim oczom ukazuje się małe pudełeczko. Biorę je do ręki i wyciągam ze skrzyni. Następnie moja dłoń nurkuje w skrzyni i zabiera ze środka resztę zeszytów. Tym razem nie znajduję już nic więcej.
 
   Zawsze lubiłem nasz salon. Przesiadywałem tu częściej niż we własnym pokoju. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że postanowiłem przejrzeć zawartość tamtej skrzyni, właśnie w salonie.
   Rozsiadam się wygodnie na kanapie, z której wcześniej musiałem zdjąć jakieś prześcieradło, nałożone, żeby meble się nie niszczyły. Biorę do ręki zeszyt, który był na samym spodzie z lewej strony, wygląda na najbardziej zniszczony, dlatego uważam, że to on jest wstępem do historii mojej rodziny. Otwieram go na pierwszej stronie i moje oczy już wyszukują informacji znajdujących się na tej stronie dziennika.


   Dzień 1 

   To dziś postanowiłem zacząć dokumentować swoje życie, życie marnego mieszkańca Dystryktu Czwartego, który nie panuje nad własnym losem. A jeśli ktoś - tak jak ja - należy do bogatej rodziny - jak nas nazywają? Elita Dystryktu - w Kapitolu wybierają dla nas drugą połówkę, a jeśli ktoś jest biedniejszy.... wybór należy do rodziców. Najgorsze jest to, że przez wszystkie lata chodzisz normalnie do szkoły, zaprzyjaźniasz się, a jeśli twoje serce zabije mocniej do kogoś, okazuje się, że nie możecie być razem. Dlaczego? Dlatego, że ta osoba pochodzi z biednej rodziny, której istnienie nie jest ważne, nie dla Kapitolu, gdzie wybierają dla mnie żonę. 
   Parę dni temu byłem na plaży. Postanowiłem połowić trochę ryb i zanieść je ubogim kalekom z naszego dystryktu. Ci ludzie nie mieli szczęścia w życiu i często nie mają ochoty dłużej ciągnąć tego pasma niepowodzeń zwanego życiem, a ja chcę im pokazać w jakiś sposób, że jednak warto żyć, bo życie to dar, który otrzymaliśmy i musimy dobrze go wykorzystać, a nie umierać bo kiedyś mieliśmy pecha. No cóż... wracając do mojej opowieści. Byłem na plaży i już wchodziłem z siatką i trójzębem do wody, kiedy usłyszałem przeraźliwy wrzask jakiejś dziewczyny. Nie zastanawiałem się i od razu pobiegłem w stronę, z której doszedł mnie jej krzyk. Kiedy zobaczyłem ją młócącą rękami wodę bez wahania skoczyłem tam i zacząłem ją ratować. Wyciągnięcie jej na ląd nie sprawiło mi trudności i już po chwili obydwoje leżeliśmy na piasku. 
-Dzie... dziękuję. - Wyjąkała dziewczyna. 
-Nie ma za co. - Odparłem i wtedy popełniłem największy błąd w moim życiu, który z chęcią powtarzałbym ciągle i ciągle - spojrzałem na nią. 
  Była cała mokra i łapczywie łapała oddech, a mimo to moje serce prawie wyskoczyło mi z piersi. Wtedy dziewczyna również spojrzała na mnie. Jej cudowne, głęboko zielone oczy zamroziły mnie, nie mogłem wykonać żadnego najmniejszego ruchu, nie mogłem nic wypowiedzieć. Siedzieliśmy tak i wpatrywaliśmy się w siebie nawzajem. Nie wiem ile to trwało. Minutę, godzinę, a może tylko sekundę. Wiem, że nie mogłem oderwać od niej wzroku, a moje serce błagało o wypuszczenie na zewnątrz. 
   To piękna zielonooka dziewczyna pierwsza przerwała ciszę. 
-Więc jak się nazywasz? - Spytała. - Wiesz... fajnie byłoby znać imię osoby, która uratowała ci życie. Sam rozumiesz. - Uśmiechnęła się i czekała na moją odpowiedź. Ja jednak nie potrafiłem wydusić z siebie żadnego słowa, a nawet jakbym mógł... zapomniałem jak się nazywam. Po chwili jednak zmrużyła oczy. - Czekaj... ja cię znam. Chodzimy razem do szkoły. Jesteś Seanner Odair, prawda? - Kiwnąłem głową. Już wtedy wiedziałem jak się nazywam. - Ja jestem Penny Blue. - Wyciągnęła do mnie ręką, a ja - jako, że pamiętałem o dobrych manierach, które natarczywie wpajała mi matka. - pocałowałem ją w tę dłoń. Penny zarumieniła się. Chyba jednak nie tego się spodziewała. 
   Cudowna dziewczyna i ja długo jeszcze rozmawialiśmy, później zaczęło się ściemniać, więc odprowadziłem ją do domu, a potem poszedłem do siebie i... nie mogłem o niej zapomnieć. Dalej nie mogę i myślę o niej cały czas. Raz niestety wygadałem się siostrze, a ta poleciała do rodziców, żeby powiedzieć, że zakochałem się w biednej dziewczynie. Rodzice zaczęli mi mówić, że i tak nie mogę z nią być i powinienem o niej zapomnieć. Tylko ja nie wiem jak. Ciągle o niej myślę. Nie mogę przestać i nie chcę przestać. Jedyne co zrozumiałem po rozmowie z rodzicami to to, że nie mogę ufać siostrze. 


   Wpis z dnia pierwszego zakończył się na tych słowach, a ja już wiem, że nie będę spał tej nocy. Cały czas będę czytał te dzienniki i zastanawiał się kim był Seanner Odair.


_________________________________________________________________________________


   Dziś tak na szybko (nie sprawdzałam błędów, więc przepraszam jak jakiś się wkradł). Jak obiecałam pojawiło się tu imię tej kobiety, której pamiętnik znaleziono w rozdziale 71 :)
   Jestem dumna z tego rozdziału i mam nadzieję, że Wam również się spodobał i wyrazicie swoją opinię w komentarzu :)
    Chcę jeszcze podziękować wszystkim za komentarze :) To bardzo miłe co piszecie i kiedy to czytam to od razu się uśmiecham :) Dziękuję :)
   Kolejny rozdział w sobotę, bo wcześniej się nie wyrobię :)
   No i o mało co nie zapomniałam... co myślicie o zrobieniu bloga z pamiętnikiem Seannera?

PS Widzieliście nowy trailer??? Płakałam...
   A nowy poster? Jak nie to wejdźcie do nowej zakładki: Promocja-Kosogłos cz.2

niedziela, 13 września 2015

Rozdział 74 - List

FINNICK


   Zamek zgrzyta, kiedy tylko przekręcam klucz. Udało się. To ten klucz. To był ten znajomy zgrzyt. Naciskam klamkę i czuję się jak rano. Zupełnie jakbym odkrywał kolejną tajemnicę. Jakbym odnajdywał kolejne nieznane mi miejsce. To niesamowite uczucie pomaga oderwać mi się od świata, pomaga zapomnieć o głupiej kłótni z Annie. Drzwi otwierają się, a ja powoli wkraczam do świata wspomnień. Wspomnienia w mojej głowie wirują.
   Ja z rodzicami. Oglądamy Igrzyska. Moi rodzice. Całują się przed rejsem taty. Ja krzywię się kiedy to widzę. Tata. Śmieje się. Wychodzi z domu. Zamyka drzwi. Mama. Powstrzymuje łzy. Szykuję się do pierwszego dnia szkoły. Mama. Przytula mnie i całuje w policzek. Rodzice. Idą odprowadzić mnie na pierwszy trening do igrzysk. Dzień przed igrzyskami, do których mnie wylosowali.
   Zawsze ktoś był w środku. W tym domu nigdy nie byłem sam. Teraz jest ten pierwszy raz. Jestem sam. Zupełnie sam. Nikt nie zobaczy moich łez. Tylko, że one nie płyną. Nie pozwalam im na to. Nie jestem tu po to, aby wspominać i płakać nad tym co już nie wróci. Jestem tu po to, aby dowiedzieć się czegoś więcej o mojej rodzinie. O moich przodkach.
   Udaję się na górę. Następuję na pierwszy schodek, który pod moim ciężarem wydaje odgłos skrzypnięcia. Pokonuję czternaście kolejnych schodków i jestem na górze. Mam ochotę zajrzeć do mojego pokoju. Jeśli spędzę tu chwilę dłużej, to nic się nie stanie. Otwieram drzwi i znów zalewa mnie fala wspomnień. Dostrzegam pod łóżkiem jakąś kopertę, której musiałem nie zauważyć kiedy pakowałem ubrania, żeby przenieść je do Mags. Biorę kopertę w dłoń i siadam na łóżku, które wydaje serię znajomych skrzypnięć. Otwieram białą kopertę i wyjmuję zamknięty w niej list.

Drogi Finnicku, 
   
   Jeśli czytasz ten list oznacza to tylko jedno. Wypłynęliśmy i nie wróciliśmy. Nie wiemy kiedy znalazłeś ten list. Może masz już osiemnaście lat, dziewiętnaście, dwadzieścia, albo jeszcze więcej. Może masz już swoje dzieci. Chcieliśmy przekazać Ci, że Cię kochamy i nie poddamy się bez walki. Spróbujemy uciec ze statku i wrócić do ciebie. Może się uda. Może się nie uda. My się nie poddamy, tak jak Ty nie poddałeś się na arenie. 
   Zorientowaliśmy się, że to nie przypadek, że musieliśmy wypłynąć, akurat tego dnia, kiedy ty wróciłeś. Wiedzieliśmy, że coś tu nie pasuje jeszcze zanim Mags nas ostrzegła. Dlatego będziemy starać się uciec.
   Jeśli jednak nie uda nam się wrócić, to nigdy o nas nie zapominaj. Prosimy. Poświęć chociaż jedną godzinę w roku, aby sobie o nas przypomnieć. My myślimy o Tobie cały czas. 
   Mamy nadzieję, że Mags dobrze się Tobą opiekuje i nie kłócicie się. Liczymy też, że wszystko w porządku i z Tobą i z Annie. Polubiliśmy tą dziewczynkę. No dobrze. To już chyba koniec naszego krótkiego listu. Pamiętaj, że Cię kochamy. 
                                   
Twoi rodzice         
PS Pod Twoim łóżkiem schowaliśmy linkę do robienia węzłów, kiedy będziesz miał ochotę odciąć się od świata. 


   Kończę czytać i szybko zaglądam pod łóżko. Faktycznie leży tam linka. To ta sama, którą dawała mi mama podczas sztormu. Biorę ją do ręki i obracam we wszystkie strony. Ponownie siadam na łóżku i zaczynam wiązać węzły. Odtwarzam wszystkie węzły, które wiązaliśmy z mamą. 
   Znów jestem dzieckiem. Znów przypatruję się jak zręczne ręce mamy pracują i próbuję naśladować jej ruchy. Nie wychodzi mi, więc obrażam się, a mama zaczyna się śmiać. Pokazuje mi powoli jak mam je wiązać i znów zaczynam ją naśladować. Wreszcie zaczyna mi wychodzić, więc śmieję się i mówię, że niedługo będę lepiej wiązał węzły niż mama, czym rozbawiam ją do łez.
   Po chwili opamiętuję się i wstaję. Jestem tu po to, żeby coś znaleźć. Wychodzę z pokoju. Nagle słyszę skrzypnięcie, którego nie wywołałem ja, ale ktoś znajdujący się na dole.
-Kto tu jest? - Krzyczę, zupełnie jakbym oczekiwał, że ktoś kto się tu schował odkrzyknie. Oczywiście odpowiada mi cisza. Dlatego postanawiam sprowokować osobę, która wcale nie powinna się tu znaleźć. - Wiem, że tam jesteś! Nie ukrywaj się ty tchórzu! - Krzyczę, powiedziałem dokładnie to samo co sześć lat temu, kiedy poznałem Annie.
   Podchodzę do barierki, a z cienia na dole wyłania się postać.
-Wypraszam sobie! - Annie. Krzyczy z uśmiechem na ustach. Wiem, że też przypomniała sobie tamtą sytuację. - Nie jestem żadnym tchórzem! Czego nie da się powiedzieć o tobie! - Krzyczy i zmierza w kierunku schodów.
-Co?? - Dalej odtwarzam tamtą sytuację.
-A kto darł się chyba na cały dystrykt? Ja? - Pyta. Uśmiech cały czas maluje się na jej twarzy.
   Z każdym jej krokiem schody wydają skrzypnięcia.
-Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. - Mówi z nadzieją w głosie. Już jest na górze. Patrzy mi prosto w oczy.
-Ty nigdy nie przeszkadzasz. - Odpowiadam i uśmiecham się.


_________________________________________________________________________________


   Kolejny rozdział za nami i tym razem jestem z niego dumna. Kolejny rozdział będzie albo w środę, albo w czwartek. We wtorek nie dam rady.
   Mój kolejny blog jest już dostępny a znajdziecie go klikając jego nazwę: Życie to nie bajka
  Zapraszam do komentowania tego rozdziału i prologu na tamtym blogu.  Z góry dziękuję za każdy komentarz :)

sobota, 12 września 2015

Rozdział 73 - "Teraz zrobię odwrotnie"

ANNIE


   Po co ja to powiedziałam? Skąd on ma ten materiał? Po co mu te klucze? Tyle pytań. Żadnych odpowiedzi. "Łzy nie są oznaką słabości. One są oznaką bezsilności." W mojej głowie rozbrzmiewa głos Bena. Minęło już tyle czasu, a ja nadal pamiętam jego głos. Zgadzam się z nim w stu procentach, ale w tym przypadku moje łzy są zwykłym mechanizmem obronnym, uaktywniającym się podczas kłótni. Finnick przesadził powinien powiedzieć mi skąd ma ten materiał. Wtedy nie byłoby tej bezsensownej kłótni, a ja nie płakałabym. "Nie obwiniaj Finnicka. To TWOJA wina. Ty nie powiedziałaś mu o wprowadzeniu się do rodziców. Teraz to TY zaczęłaś tą bezsensowną sprzeczkę." Nieprawda. Powiedziałam mu. "Tak. Kiedy już się dowiedział i musiałaś mu powiedzieć." Czemu Lora zawsze musi mieć rację?
   Trzy miesiące temu, kiedy mama wyszła z mojego pokoju w drzwiach pojawiła się ciocia.
-Zamierzasz im wybaczyć? - Zapytała, trochę smutna. Wtedy nie rozumiałam dlaczego. Teraz już wiem, że zawsze chciała mieć dzieci, ale nie mogła. Dlatego mnie traktowała jak córkę, a teraz ktoś miał jej mnie odebrać.
-Chyba tak. - Odpowiedziałam.
-To dobrze. - Oznajmiła, a jej oczy delikatnie się zaszkliły. - Ja już pójdę. A ty odpocznij. - Wypowiedziała łamiącym się głosem, uśmiechnęła się słabo i wyszła, nie zamykając za sobą drzwi. Na jej miejsce przyszedł mój tata i od razu mnie przytulił.
-Dziękuję. - Powiedział. Był taki szczęśliwy.
-Za co? - Nie zrozumiałam.
-Za to, że nam wybaczyłaś. To dla nas wiele znaczy. Dla ciebie wróciliśmy. - Odpowiedział z szerokim uśmiechem. Zawsze tak się uśmiechał, kiedy razem z Lorą zrobiłyśmy bransoletki z muszelek i mu pokazywałyśmy.
-Jak to? - Zapytałam.
-Dopłynęliśmy do małej wysepki, zbudowaliśmy szałas. Żywiliśmy się rybami i znaleźliśmy źródełko z wodą pitną. Zrobiliśmy sobie mały kalendarz i w dniu  kiedy wypadały dożynki uświadomiliśmy sobie, że straciliśmy Lorę, ale ciebie nie chcemy. Dlatego odnowiliśmy łódź, którą tam przypłynęliśmy i wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Zajęło nam to trochę czasu, ale musieliśmy do ciebie wrócić. Zostałaś nam tylko ty. - Oznajmił. Uśmiechnęłam się nieśmiało. - Ale to nieważne. Kiedy indziej opowiemy ci tę historię. Lepiej powiedz mi, jak się czujesz?
-Dobrze. - Mówię.
-To dobrze. Wiesz... nikomu nie mów, ale zaczynam przekonywać się co do Finnicka. - Powiedział ściszonym głosem. - Uratował cię. Drugi raz przy nas i przez naszą głupotę.
-Tak wiem. On mnie kocha, a ja kocham jego. Strasznie cieszę się, że go mam. - Odparłam.
-Ja też cieszę się, że go masz. Już późno, więc chyba pójdę. Przyjdziesz jutro? - Spytał, a kiedy przytaknęłam uśmiechnął się i wyszedł. Moment później Finnick wszedł do pokoju, a jak powiedziałam mu, że postanowiłam wybaczyć rodzicom, on bardzo się ucieszył. Tak mi się wydawało.
   Dwa miesiące po tym zdarzeniu i po spędzaniu kilku godzin dziennie z rodzicami postanowiłam, że zamieszkam z nimi, kiedy będą igrzyska. Nie wiem czemu, ale bałam się powiedzieć o tym Finnickowi. Myślałam, że się załamie, bo on nie ma takiej możliwości. Wczoraj dowiedział się o tym przypadkiem od mojej ciotki. Wieczorem zapytał mnie czy to prawda, ja odpowiedziałam, że tak. Kiedy mu odpowiedziałam on kiwną głową i poszedł do swojego pokoju. Chciałam wejść do niego i porozmawiać z nim, ale zamknął drzwi na klucz, więc musiałam zapukać, a kiedy już unosiłam dłoń, aby zapukać dotarło do mnie, że powinnam dać mu odpocząć, pozwolić mu wszystko przemyśleć. W nocy nie mogłam spać. Około drugiej w nocy obudziłam się i usłyszałam, że wychodzi z pokoju, ale myślałam, że idzie do kuchni, albo do łazienki. Dlatego nie poszłam za nim. Teraz zrobię odwrotnie. Pójdę za nim. Porozmawiam z nim i przeproszę. Mam nadzieję, że mi wybaczy.


_________________________________________________________________________________


   Nie jestem zadowolona z tego rozdziału. Następne będą lepsze. Obiecuję.  Mam nadzieję, że mimo to skomentujecie go i dowiem się co Wy o nim myślicie.
   Muszę się Wam wytłumaczyć i o czymś Was poinformować.
Miałam dodać rozdział wczoraj, ale mi się nie udało, a dziś rozdział jest o tak późnej porze, ponieważ: w najbliższym czasie mam w planach założyć dwa kolejne blogi z opowiadaniami. Jeden jest już prawie gotowy i niedługo zacznę na nim publikować, a nad drugim się zastanawiam i zapytam Was co o tym myślicie, ale jeszcze nie teraz, ponieważ ten drugi będzie bardzo ściśle związany z moim aktualnym blogiem (czyli tym, którego właśnie czytacie). Ten pierwszy blog jest blogiem, gdzie ja sama tworzę wszystko od podstaw.
   Blog o Finnicku i Annie (czyli ten, który teraz czytacie) nie będzie zawieszony i ciągle będę na nim publikować, ale trochę rzadziej, a w tym przypadku oznacza to raz na tydzień.
   Następny rozdział dodam tego samego dnia, co prolog na kolejnym blogu i zostawię Wam linka do ów prologu. Nie jestem w stanie stwierdzić kiedy to dokładnie będzie. Prawdopodobnie jutro.

czwartek, 10 września 2015

Rozdział 72 - "Kim ja właściwie jestem?"

FINNICK


 
-Mags?! Masz klucze do mojego starego domu?! - Pytam, kiedy tylko przekraczam próg mieszkania w Wiosce Zwycięzców. Mam nadzieję, że nie zapyta po co mi klucze. Nie mam ochoty niczego nikomu tłumaczyć. Wszyscy mogą mieć przede mną tajemnice, a ja mam zawsze wszystkim wszystko mówić? Ja też mam prawo do tajemnic.
-Gdzieś ty był? Martwiłyśmy się o ciebie. Nikomu nie mówiłeś, że gdzieś idziesz. - Atakuje mnie Mags, kiedy tylko niczym zjawa wyłoni się zza drzwi od kuchni.
-Tak, tak, wiem. Przepraszam. Masz te klucze? - Odzywam się i zmierzam w jej kierunku.
-Mam. Tylko po co ci one? - Pyta Mags, a jej ciemne oczy zmieniają się w małe szparki, kiedy patrzy na mnie podejrzliwie. Musi to komicznie wyglądać biorąc pod uwagę, że Mags mierzy mnie tym swoim wzrokiem, a ja jestem od niej wyższy o jakieś trzydzieści centymetrów, a może nawet więcej.
-Bo chcę coś zobaczyć. - Odpowiadam, - Dasz mi te klucze?
-Najpierw idź do kuchni, zjedz śniadanie i wytłumacz się Annie. Bałam się, że zaraz dostanie ataku. Rozumiem, że jesteś na nas zły, ale powinieneś nas uprzedzić! - Warczy na mnie Mags. Jest bardzo zdenerwowana. Nawet ją rozumiem, ale... no cóż... ja naprawdę mam powód aby być na nie zły, ale nie zmienia to faktu, że mogłem zostawić jakąś karteczkę, że idę pobiegać, albo coś. A tak... gdyby Annie miała atak,,, nigdy bym sobie nie wybaczył. Chociaż ona zataiła przede mną jeszcze ważniejszą informację. "Przestań! Nie obwiniaj jej."Upominam się w myślach.
   Wchodzę do kuchni ze spuszczoną głową, bojąc się spojrzeć ukochanej w oczy. Teraz ona też ma prawo być na mnie zła. Przecież przez moją głupotę mogła mieć atak.
-Finnick! - Woła Annie. Podnoszę głowę i widzę ją biegnącą w moim kierunku. Wpada na mnie, a ja ją obejmuję.
-Przepraszam. - Szepczę jej do ucha. Annie spogląda w górę. Patrzy prosto w moje oczy.
-To ja przepraszam. Tylko proszę cię... nigdy więcej mnie tak nie strasz. - Szepcze i łapie mnie za rękę, w której jak się okazuje cały czas trzymam skrawek materiału z tego domku.
-Co to jest? - Annie odsuwa się ode mnie, podnosi moją dłoń i patrzy mi prosto w oczy. Pierwszy raz nie potrafię odczytać emocji, które nią targają.
   Już chcę odpowiedzieć, nawet otwieram usta, kiedy ona wyrywa mi materiał z dłoni i osuwa się na krzesło.
-Moja sukienka... - Szepcze, bardziej do siebie niż do mnie. - To ten sam materiał, ten sam kolor, ten sam... - Podnosi wzrok z nad skrawka materiału i patrzy mi w oczy, ciągle z nieznanymi przeze mnie emocjami. - Skąd to masz? - Nie potrafię nawet odczytać jej tonu. Co się ze mną dzieje? Może powinienem zapytać, czy to jest w ogóle moja wina? Może ja jej po prostu nie znam tak dobrze jak bym chciał i jak powinienem?
-Znalazłem. - Odpowiadam chłodno. Chyba zbyt chłodno. Dlaczego odpowiedziałem takim tonem? Czy właśnie okazało się, że nie znam samego siebie? Annie patrzy na mnie jakby była obrażona.
-Gdzie? - Pyta wściekła niczym osa. Podziwiam ją. Ja nie potrafię co chwila zachowywać się zupełnie inaczej niż zaledwie parę sekund temu. Chociaż może potrafię... nie wiem.
-Czy muszę ci się ze wszystkiego tłumaczyć? Ty jakoś mi nie mówiłaś, że kiedy będą Igrzyska to będziesz mieszkać u rodziców! - Wyrzucam jej.
-Więc w tym leży problem! Masz do mnie pretensje, że mam zamiar podczas kiedy ciebie i Mags nie będzie mieszkać u rodziców! - Wykrzykuje.
-Nie! Nie dlatego! Mam do ciebie pretensje, że nic mi nie powiedziałaś! - Nie pozostaję jej dłużny i odkrzykuję.
-Po prostu masz mi za złe, że próbuję odbudować relacje z rodzicami! - Krzyczy i oskarżycielsko wskazuje na mnie palcem.
-Czy ty oszalałaś?! Myślisz, że miałbym do ciebie o to pretensje?! - Krzyczę i krzyczałbym bym dalej, gdyby do kuchni nie weszła Mags i nie postanowiła zwrócić na siebie uwagę poprzez stłuczenie talerza.
-Cisza! Waszą kłótnię pewnie słychać na drugim końcu dystryktu! - Mags piorunuje mnie wzrokiem. Jestem jednak zbyt wściekły, żeby pokornie spuścić głowę, co to, to nie. Dlatego wpatruję się na nią wręcz wyzywająco, okazując w ten sposób, że mogę się kłócić.
-Daj mi te klucze i pozwól wyjść. - Cedzę przez zęby. Mags rzuca do mnie pęczek kluczy.
-I nie wracaj do póki nie ochłoniesz. - Warczy.
   W szybkim tempie opuszczam dom. Nie obchodzi mnie nawet płacz Annie. Chociaż część mnie chcę pobiec i ją przytulić to druga część jest na nią wściekła. Nie dość, że od miesiąca ukrywa przede mną, że chce mieszkać z rodzicami, kiedy ja będę mentorem, to jeszcze myśli, że mam pretensje o to, że odbudowuje z nimi relacje. Nie rozumiem jej. Czy ona myśli, że jestem takim egoistą? Chociaż momentami nie rozumiem sam siebie i zachowuję się jak egoista. Przecież gdybym nim nie był to wróciłbym i otarł jej łzy, a nie biegł dalej przed siebie do starego domu, nie zważając na nic. Nawet na tłumy gapiów, którzy zatrzymują się kiedy mnie zauważają, albo wyglądają zza drzwi. Może jednak jestem egoistą? A może nie jestem egoistą? Kim ja właściwie jestem?


_________________________________________________________________________________


   Kolejny rozdział z perspektywy Finnicka... na razie najlepiej mi się pisze właśnie z jego perspektywy.
   W poprzednim rozdziale napisałam, że uważniejsi czytelnicy coś zauważą i zauważyliście... tak myślę, bo skomentowała tylko kkamilla (za co baaaardzo dziękuję). Z grubsza chodziło mi wtedy właśnie o to wszystko. Przygotowałam (jakiś czas temu... chyba jeszcze w wakacje) rozdziały do rozdziału 77 (o ile mnie pamięć nie myli) i kiedy je opublikuję to będzie wiadomo o co dokładnie mi chodziło i co się wydarzy i wydarzyło (a będzie tego całkiem sporo).
   Dobra... muszę się ogarnąć, bo piszę baaardzo chaotycznie.
   Kolejny rozdział pojawi się jutro, albo w sobotę. Mam nadzieję, że do tego czasu skomentujecie ten rozdział (tak na marginesie to nie jestem nim jakoś zachwycona, ani szczególnie z niego dumna), wyrażając tym samym opinię o nim i... no cóż... sprawiając mi tym wielką radość (bo każdy komentarz sprawia mi wielką radość).
   Napiszę jeszcze, że chwilowo nie mam weny i nie mogę się wziąć za pisanie, więc jeśli to potrwa trochę dłużej i po opublikowaniu rozdziały 77 nadal nie będę miała weny to rozdziały będą rzadziej, ale spokojnie... BĘDĄ. Wena jak na razie mnie opuściła, ale wiem, że wkrótce powróci i to ze zdwojoną siłą.
   No to chyba wszystko... do kolejnego rozdziału lub do komentarzy, bo pamiętajcie, że staram się odpisywać na każdy komentarz :)

wtorek, 8 września 2015

Rozdział 71 - Domek poza Dystryktem

 FINNICK


   Wychodzę z wody, jestem już poza Dystryktem Czwartym. Strażnik Dystryktu jest około 100 metrów za mną. Idę dziką plażą, rozkoszując się spokojem, który mnie ogarnął, kiedy tylko zanurzyłem twarz w wodzie i pierwszy raz od pięciu lat nie zniknął kiedy się z niej wynurzyłem. Słońce, które zdążyło już przegonić noc i na dobre zagościć na niebie, oświetla las, do którego - nie wiem czemu - się kieruję.
   Po dziesięciu minutach marszu zauważam wydeptaną dróżkę, prowadzącą do małego domku. Pewnie ktoś postawiło go jeszcze przed nastaniem Mrocznych Dni. Na pewno, bo w brudnych oknach dostrzegam ledwo wiszące, zżółknięte firanki, na których wyszyty jest stary symbol Dystryktu Czwartego. Czyli dwie ryby przebite trójzębem. Za tło - na symbolu -  robi statek, który każdy z nas zna bardzo dobrze, ale nikt nigdy go nie widział. Podobno zatonął w przeddzień wybuchu rebelii. Nazywał się Dar Panem i był trzy razy większy od Strażnika Dystryktu. Słyszałem o nim wiele legend i wiele przepowiedni z nim związanych, jedna mówiła, że jego wrak odnajdzie się dzień przed wybuchem kolejnej - tym razem zwycięskiej - rebelii. Oczywiście wszystko to bzdury, w które nie wierzę.
   Powoli zbliżam się do drzwi, za którymi zamknięto świat sprzed Mrocznych Dni. Nie wiem po co tam idę, chyba chcę po prostu zaspokoić swoją ciekawość. Naciskam klamkę i delikatnie popycham drzwi, które otwierają się ze skrzypnięciem. Przekraczam próg, a podłoga z każdym moim kolejnym krokiem wydaje skrzypnięcia, czasem ciche, czasem głośne. Zapach morza, starości i zasuszonych kwiatów wypełnia moje nozdrza. Rozglądam się dookoła. Ktoś, kto zostawił ten domek, albo czegoś szukał i bardzo się śpieszył, albo był na coś wściekły i wyżył się na meblach oraz wszystkim co znajduje się w środku. Wszędzie panuje nieład.
   Domek nie jest duży, ale mimo to znajdują się tu trzy pomieszczenia.
   Jeden to z pewnością kuchnia, poznałem to po meblach - które może są zniszczone, ale można jeszcze poznać co jest czym - raczej co czym było - i po stłuczonych naczyniach, a także nożach i widelcach powbijanych w mały stolik.
   Kolejny to łazienka. Tutaj tylko lustro zostało stłuczone, na kawałkach ciągle znajduje się zaschnięta krew.
   Trzeci pokój, jako jedyny został zamknięty.
   Powoli zbliżam się do drzwi, rozum podpowiada mi, abym uciekał, ale serce chce zobaczyć co się tam znajduje. Naciskam klamkę i delikatnie popycham drzwi, a te otwierają przede mną swoją tajemnicę, ukazując co ukrywały za sobą przez te wszystkie lata.
   Ten pokój najbardziej uległ zniszczeniu. Stojąca na środku kanapa jest poszarpana, tapeta nałożona na ściany pozrywana, a w miejscu gdzie jest cała znajduje się zaschnięta krew - zapewne tej samej osoby, której krew znalazłem na stłuczonym lustrze w łazience- jedyne co jest nietknięte to maszyna do szycia stojąca na stoliku w rogu pokoju, niektóre materiały też nie są zniszczone, przynajmniej te leżące na stoliku.
   Po podłodze walają się również pogniecione papiery, a na poszarpanej - niegdyś zapewne niebieskiej - kanapie dostrzegam otwarty zeszyt. Podnoszę go i czytam.


   Widziałam wszystko. Oni chcieli, żebym to widziała. Chcieli, żebym widziała jak jego oczy gasną, jak z ust wycieka krew, plamiąc wszystko co było obok niego. Podbiegłam tam. Trzymałam go za rękę w ostatnich chwilach jego życia. Płakałam, a moje słone łzy skapywały na jego twarz. Uśmiechnął się do mnie po raz ostatni, poruszył ustami, mówiąc bezgłośne "kocham cię" i blask jego oczu zniknął raz na zawsze. Pozostał tylko ból w moim sercu, którego nijak nie da się zagłuszyć. Cierpienie pozostanie we mnie do końca mojego życia. 
   Kiedyś powtarzali mi, że Kapitol jest dobry, że ludzie tam martwią się o nas. Na początku im wierzyłam. Teraz nie uwierzę. Nie uwierzę w nic co mają mi do powiedzenia. Mogłabym wykrzyczeć wszystkim, że skoro Kapitol tak się o mnie troszczy, to dlaczego zmusili miłość mojego życia do poślubienia innej kobiety i pozwolili na to, aby wybrano mi na męża, kogoś kogo nigdy nie pokocham? Dlaczego zabili kogoś kogo kochałam? Kogoś kogo naprawdę kochałam? Dlaczego zniszczyli mój świat? 
   Teraz będą zmuszać nasze dzieci do bratobójczej walki na arenie. Walka ta określona została mianem Głodowych Igrzysk, a dzień, kiedy ofiary - dzieci w wieku od dwunastu do osiemnastu lat, nazywani również trybutami - mają być losowane do udziału w tej walce nazywany ma być dożynkami. Moja córka weźmie w tym udział dopiero za parę lat, a ja już się boję i już wiem w co ją ubiorę. 
  Kiedyś uszyłam sukienkę w kolorze morskiej zieleni, uszyłam ją tylko po to, aby nigdy nie zapomnieć jego oczu, bo miały ten sam odcień. Niestety nie starczyło mi materiału na uszycie sukienki, w której będę mogła chodzić ja, więc uszyłam ją z myślą o moich dzieciach, które na pewno kiedyś do niej dorosną. Teraz wiem kiedy będą mogły ją zakładać. Teraz będzie to mój mały bunt. Chociaż tylko ja będę o nim wiedzieć. Dla mnie to jednak wystarczy. 


    Pod moimi stopami zauważam mały kawałek materiału. Materiału w kolorze moich oczu. Morska zieleń. Materiał. Sukienka. To może oznaczać tylko jedno... ukochanym tej kobiety był ktoś z mojej rodziny.  
   Tata opowiadał mi kiedyś, że kolor oczu mam po nim, a on po swoim tacie, który miał to po swoim tacie i tak dalej. Mówił mi, że zawsze najstarsze dziecko w naszej rodzinie dziedziczyło kolor oczu po ojcu i tylko jego najstarsze dziecko znów dziedziczyło kolor oczu po nim. Powiedział mi kiedyś, że gdybym miał starszego brata, to on miałby taki kolor oczu jak on i to jego dziecko by go odziedziczyło, moje nie. Czasami kolor odrobinę się zmieniał, ale niewiele. Mojego ojca był ciemniejszy, a mój jest jaśniejszy. Podobno tylko my mamy takie oczy.
   Ukochany tej kobiety to na pewno był mój przodek. Tylko dlaczego nigdy o tym nie słyszałem? Wiem, że odpowiedź na to pytanie mogę znaleźć tylko jeśli mój przodek również spisywał swoje myśli i są one ukryte na strychu w miejscu, które niegdyś było dla mnie domem.


_________________________________________________________________________________


   Tamten rozdział chyba był lepszy, ale nie zmienia to faktu, że z tego też jestem dumna. Mam nadzieję, że Wam również się spodobał i wyrazicie swoją opinię w komentarzu.
   Uważni czytelnicy na pewno zauważyli, że... no właśnie... że co? Zauważyliście coś? Jeśli tak to napiszcie mi to w komentarzu, a ja pod kolejnym rozdziałem, lub pod Waszymi komentarzami napiszę o co mi chodziło.
  Nie przedłużając... do następnego rozdziału (lub komentarzy, bo pamiętajcie, że zawsze staram się na każdy z komentarzy odpowiedzieć), który będzie już w ten czwartek :)

sobota, 5 września 2015

Rozdział 70 - "Czasami chciałbym być jak fala"

FINNICK


   Słońce powoli powraca z daleka i znów wpływa na niebo, rozjaśniając mrok nocy. Wokół słychać szum fal, które zderzają się z moimi bosymi stopami, po to aby wkrótce znów powrócić do morza. Czasami chciałbym być jak fala. Chciałbym móc wrócić do tego co było kiedyś.
   Chciałbym znów mieć pięć lat i spędzać całe dnie razem z ojcem na plaży, a raczej w wodzie, bo wtedy uczył mnie posługiwania się trójzębem i łowienia ryb, później wracaliśmy do domu i mama uczyła mnie wiązania węzłów i wyplatania sieci. Jeszcze wtedy kapitanem statku był mój dziadek, a tata tylko czasami z nim pływał, dlatego dużo czasu spędzał ze mną, później sam został kapitanem i już nie było tak samo. Mama cały czas wyplatała sieci, ale nie dla zarobku, bo pieniędzy nam nie brakowało, robiła to, żeby coś robić i - choć nie chciała się przyznać - aby nie czuć się samotna. Nigdy nie lubiła bezczynnie siedzieć, a samotność jej tego nie ułatwiała. Pamiętam, że czasami jak był sztorm, a tata był na morzu, to razem z mamą wyplataliśmy sieci lub wiązaliśmy węzły, aby zapomnieć o wszystkim i nie martwić się, że już nigdy możemy go nie zobaczyć. Nie były to zwykłe węzły, ale bardzo skomplikowane i trudne do opanowania, przynajmniej dla osób spoza naszego dystryktu. Cały czas pamiętam jak je wiązać, chociaż dawno tego nie robiłem.
   Docieram na skraj Dystryktu. Nie poznaję tego po siatce, która znajduje się na granicy dwóch światów w mieście, bo najzwyczajniej jej tu niema. Przecież jest pod napięciem, a woda jest przewodnikiem prądu, więc byłoby to niebezpieczne. Poznaję to po tym, że jestem w miejscu zwanym Przystań Wraków, jest to miejsce w Czwórce, o którym wiedzą tylko jego mieszkańcy i władze w Kapitolu. To właśnie tu znajdują się wszystkie wraki łodzi i statków, które zatonęły, ciągnąc w wodę wielu ludzi z naszego dystryktu i tylko nielicznym udało się nie pójść na dno wraz z nimi, później wyciągniętymi przez ludzi i sprowadzonymi tu, aby leżały na piasku i skutecznie blokowały drogę poza dystrykt. Na samym końcu Przystani Wraków - a co za tym idzie na końcu Czwórki - znajduje się potężny okręt, powstały jeszcze przed nastaniem Mrocznych Dni - jakby nie patrzeć, to wszystkie statki, które się tu znajdują są jeszcze sprzed tej tragicznie stłamszonej rebelii, a zaraz po niej każdy, oprócz jednego, został przestrzelony i trafił tu - Strażnik Dystryktu - bo tak nazwaliśmy ten okręt, chociaż pierwotnie nazwany był Perła Światów, uznaliśmy jednak, że Strażnik Dystryktu teraz lepiej pasuje - stoi przede mną w całej swej okazałości i zasłania wszystko co jest poza dystryktem. Podobno kiedyś wiele osób próbowało wspiąć się na niego i w jakiś sposób przedostać się poza granicę naszego świata, nikomu jednak się to nie udało.
-Finnick, pamiętaj, że jeśli kiedykolwiek sytuacja w Panem stanie się nie do zniesienia i zapragniesz uciec, to nigdy, pod żadnym pozorem nie przechodź przez Strażnika Dystryktu. Jest on pełen pułapek. Możesz go jednak opłynąć. Nikt nie pomyślał o pułapkach w wodzie, wiem coś o tym. - Mój ojciec zawsze tak mawiał kiedy pływaliśmy i łowiliśmy, po czym zawsze puszczał do mnie oczko.
   Przypominam sobie jego roześmianą twarz, która zawsze była uśmiechnięta. Przypominam sobie jego oczy, bardzo podobne do moich, ale trochę ciemniejsze. Przypominam sobie jego usta, które tak ochoczo rozciągał w uśmiechu, odsłaniając rządek biały, równych zębów. Przypominam sobie jego jasnobrązowe włosy, które zawsze widziałem z góry, kiedy tata nosił mnie na swoich plecach. Tak za tym tęsknię. Tak za nimi tęsknię.
   Nim się spostrzegę wskakuję do wody i płynę dookoła Strażnika Dystryktu. Moje słone łzy mieszają się ze słoną, morską wodą. Płynę dalej, nie zważając na nic. Po prostu płynę. Pozwalam wodzie ocierać łzy, które wypływają z moich oczu na wspomnienie rodziców.
   Gdy był sztorm, a tata był na morzu, jeszcze zanim z mamą zaczęliśmy wiązać węzły lub pleść sieci, ja zawsze płakałem, bo bałem się, że nigdy go już więcej nie zobaczę. Mama ocierała łzy wypływające z moich oczu, swoimi ciepłymi, delikatnymi dłońmi, na których malowało się wiele blizn od wyplatania sieci. Później przytulała mnie,  alby ukryć swoje łzy, a jej jasnobrązowe długie włosy opadały na moją twarz, pachniały tak pięknie. Pachniały morzem i jakimiś kwiatami, uwielbiałem ten zapach, kojarzył mi się z domem i bezpieczeństwem, tak bardzo teraz tego potrzebuję. Kiedy już udało jej się opanować płacz i przestała mnie przytulać to spoglądała na mnie swoimi ciemnoniebieskimi oczami, które błyszczały po powodzi łez, jaką wylała i uśmiechała się pytająco, spoglądając na sznury. Ja zawsze uśmiechałem się i kiwałem głową. Wtedy braliśmy się za węzły i nie przerywaliśmy pracy nawet jeśli nie było światła.
   Pewnego razu statek taty się spóźniał, a niedługo przed planowanym powrotem był sztorm, mama cały czas siedziała na plaży i płakała wpatrując się w pustą przestrzeń malującą się przed nią. Dziesięcioletni wówczas ja łowiłem ryby i przygotowywałem je do jedzenia, a potem zanosiłem jej, martwiłem się o nią i starałem się nie płakać. Wiedziałem, że muszę być silny dla niej, ale strasznie się bałem. Nie chciałem go stracić. Nie tak. Nie chciałem, żeby wypłynął i nigdy nie wrócił. W ten sposób pięć lat temu straciłem ich obojga. Wypłynęli statkiem i nie wrócili. Musieli. Po miesiącu Kapitol uznał ich za martwych i zbudowano kolejny statek. Nowym kapitanem został pan Molin, ojciec Evelyn. Ja jednak ciągle mam nadzieję, że moi rodzice żyją i wrócą, kiedy tylko rządy Snowa dobiegną końca.
   Czasami zastanawiam się czy jestem do nich podobny. Czy jestem podobny do moich rodziców? Może trochę z wyglądu. Oczy i włosy taty, uśmiech mamy. Marzę jednak, żeby mieć ich charakter, marzę, aby być człowiekiem, tak jak byli oni. Rodzice trybutów powinni płakać nie dlatego, że ich dzieci idą na rzeź, ale dlatego, że jeśli wrócą to wrócą jako potwory. Jestem potworem. Kiedy miałem czternaście lat stałem się potworem. Stałem się kapitolińską maszyną do zabijania, później "idealnym" kapitolińskim zmiechem.


_________________________________________________________________________________


   No i jak się podobało??? Bo ja jestem bardzooooo dumna z tego rozdziału. Tak... to jeden z tych rozdziałów, z których jestem dumna i jeden z tych rozdziałów, o których pisałam w poście z ogłoszeniami i "akcją ze słowami". Może nie dzieje się tu nic takiego, ale ja jestem bardzo dumna z tego rozdziału.
   No dobrze... kolejny rozdział będzie we wtorek.
   Mam nadzieję, że spodobał Wam się ten rozdział i go skomentujecie. Wtedy będę wiedziała czy naprawdę jest dobry, czy jest zupełnie odwrotnie.

czwartek, 3 września 2015

Rozdział 69 - "Wybaczam"

ANNIE



-Co wy robicie? - Pyta Mags i patrzy po kolei na każdego z nas. Wszyscy zaczynamy się rumienić i spuszczamy głowy. Czuję się jak mała dziewczynka przyłapana na jedzeniu słodyczy przed obiadem. - Jak wy się zachowujecie? Na dole cały czas siedzą Lindsey, Tom i Elen. Wszyscy chcą się z tobą zobaczyć. - Oznajmia i patrzy na mnie.
-To niech tu przyjdą. - Mówię.
-Oni chcą porozmawiać z tobą na osobności. - "Ale ja nie chcę" Myślę, jednak nie powiem tego. Moja mentorka patrzy na Evelyn i Finnicka. To znaczy, że chce, żeby poszli. - Każdy osobno. - Mówi i wychodzi, a Finnick z Evelyn idą za nią.

-Annie... przepraszam. - To pierwsze słowa mojej matki, które wypowiedziała zaraz po wejściu do tego pokoju.
-Za co? - Pytam. - Za co przepraszasz?
-Dobrze wiesz. - Patrzy na mnie. - Za wszystko. Za to, że cię zostawiliśmy. Za to, że wróciliśmy. Za to, że przez nas leżałaś w szpitalu. Za to, że musiałaś uciszać naszą kłótnię. Za to, że zasłabłaś. - Mówi. Głos się jej łamie, a oczy zaczynają błyszczeć. - Przepraszam.
-Wybaczam. - Chyba postradałam zmysły, ale w sumie to nadal jest moja matka. Mogła mnie skrzywdzić, mogła mnie zostawić, ale to nadal moja matka i jakaś część mnie dalej ją kocha.
-Naprawdę? - Pyta z nadzieją, a jedna łza spływa po jej policzku. Nie chcę, żeby płakała. Nie chcę, żeby cierpiała. Dlatego uśmiecham się i kiwam głową na potwierdzenie tych słów, a raczej jednego słowa.
-W końcu jesteście moimi rodzicami. Może nie byliście idealni, a przez waszą lekkomyślność... - "Lekkomyślność"... musiałam się powstrzymać, żeby nie powiedzieć "głupotę" - wszystko wygląda jak wygląda, ale przynajmniej się staracie. - Nie wierzę, że to mówię. - Ja też mogę się postarać i... - Nie wierzę, że to mówię. - i... będę was odwiedzać, żebyśmy mogli spędzić razem więcej czasu. - Dalej nie wierzę, że to mówię. Moja mama chyba też. Widzę zdumienie na jej twarzy. Zaraz jednak jej twarz się rozpogadza i jest znów szczęśliwa. Zupełnie jak wtedy kiedy byłyśmy na plaży i uczyła mnie i Lorę wyplatać sieci i robić bransoletki z muszelek, kiedy zobaczyła, że zaczęło nam wychodzić była dumna i szczęśliwa. Wyglądała tak jak teraz. Była wtedy trochę młodsza, ale nie zmienia to faktu, że teraz też jest ze mnie dumna, bo postanowiłam im wybaczyć.
-Będzie nam bardzo miło. Kocham cię córeczko. - Mówi i przytula mnie.
-Ja... ciebie... też. - Odpowiadam z trudem. Cząstka, która nadal ich kocha ma silną konkurencję, ponieważ dalej jestem na nich zła i ta jedna cząstka mnie nigdy im tego nie zapomni, ale chyba warto spróbować nawiązać z nim kontakty. "Tak będzie lepiej. Dla ciebie i dla nich. Wiesz, że oni nadal cię kochają, a ty kochasz ich." Rozbrzmiewa jakiś głos w mojej głowie. Czyj to głos? Brzmi inaczej niż mój, ale nie różni się aż tak bardzo. Jest dość podobny do głosu mamy. Jest taki delikatny, ale potrafi też ciąć jak brzytwa, chociażby jak wtedy kiedy zganił mnie za nawrzeszczenie na Finnicka. Chociażby jak wtedy kiedy miałam siedem lat i nakrzyczała na mnie za podsłuchiwanie jej rozmów z koleżankami, tylko wtedy ten głos był bardziej dziecięcy. Lora. To Lora jest głosem rozsądku w mojej głowie. Moja kochana siostrzyczka zamiast zostać w moim sercu, została w moim sercu i w mojej głowie. Mam ochotę się rozpłakać, ale ze szczęścia. Moja siostra nigdy do końca mnie nie opuściła. Dalej jest przy mnie. To pozostanie moją tajemnicą. Nikomu tego nie zdradzę.
-Annie? W porządku? - Pyta mama.
-Tak, a czemu miałoby nie być w porządku? - Pytam.
-Bo zadałam ci to pytanie po raz dziesiąty, a ty cały czas patrzyłaś się w ścianę. - Oznajmia.


_________________________________________________________________________________


   Tak jak obiecałam wstawiłam dziś kolejny rozdział. Jest średni, a ja nie mam siły go poprawić.
   Następny rozdział będzie w sobotę, albo niedzielę.
   Mam nadzieję, że wyrazicie swoją opinię dotyczącą tego rozdziału w komentarzach.
   Tak w ogóle to baaardzo dziękuję za te 5000 wyświetleń!!! To dla mnie baardzo ważne! Dziękuję!

wtorek, 1 września 2015

Ogłoszenia i "akcja ze słowami"

   Zaczniemy od "akcji ze słowami". 
   Bardzo, ale to BARDZO chciałbym podziękować wszystkim, którzy wzięli udział w tej akcji. Są to trzy osoby:
  •   kkamill 
  •   Mari
  •   zhal986
   Jeszcze raz bardzo za to dziękuję.
Teraz czas na wypisanie tych słów i rozdziałów, w których będziecie mogli przeczytać co one oznaczają dla mnie i w komentarzach pod tymi rozdziałami napisać mi co one oznaczają dla Was :)
  • Wierność - Rozdział 77
  • Miłość - Rozdział 78
  • Uczciwość - Rozdział 79
  • Zakochanie - Rozdział 80
  • Zauroczenie - Rozdział 81
  • Powaga - Rozdział 82
  • Zdrada - Rozdział 83
  • Wybaczenie - Rozdział 84
  • Zaufanie - Rozdział 85
  • Kłamstwo - Rozdział 86 
  • Rozczarowanie - Rozdział 87
  • Nieufność - Rozdział 88
  • Pomoc - Rozdział 89
  • Wsparcie - Rozdział 90
  • Zrozumienie - Rozdział 91
  • Troska - Rozdział 92
  • Bezpieczeństwo - Rozdział 93
  • Szczęście - Rozdział 94
  • Radość - Rozdział 95
  • Przyjaźń - Rozdział 96
  • Szczerość - Rozdział 97
  • Strach - Rozdział 98
  • Złość - Rozdział 99
  • Zazdrość - Rozdział 100
  • Smutek - Rozdział 101
  • Rozgoryczenie - Rozdział 102
  • Żenada - Rozdział 103
  • Wiara - Rozdział 104
  • Nadzieja - Rozdział 105
  • Wolność - Rozdział 106
   Jeśli coś miałoby ulec zmianie to zostaniecie o tym poinformowani :)
   Wypadałoby jeszcze wyjaśnić dlaczego jest to dopiero od rozdziału 77. Odpowiedź jest prosta... mam już opracowane rozdziały do 76 włącznie i wolałabym ich nie zmieniać, zwłaszcza chodzi mi o rozdziały, z których jestem naprawdę dumna, ale nie będę teraz pisać o jakie dokładnie mi chodzi.
  
OGŁOSZENIA


   Może raczej ogłoszenie... jak wiecie rozpoczął się rok szkolny (niestety...), więc rozdziały nie będą mogły być tak często. Przez pierwsze dwa tygodnie (nie licząc tego, który już teraz się rozpoczął)  wstawię po trzy rozdziały, później... pewnie będę wstawiać dwa tygodniowo. Wypadałoby jeszcze ustalić w jakie dni będą się pojawiać. Ja na razie proponuję wtorki, czwartki i soboty. Znaczy przez dwa tygodnie, a później pomyślimy w jakie dni będą się pojawiały nowe rozdziały.  
  Pasują wam wtorki, czwartki i soboty? 
  Wspomnę jeszcze, że rozdział 69 pojawi się w ten czwartek.

Rozdział 68 - "Odpowiesz na moje pytania?"

FINNICK


   Mam pustkę w głowie. Co odpowiedzieć? Nie powiem jej o tym co każe robić mi Snow. Nie powiem jej. Tylko, że trzeba coś powiedzieć, bo Evelyn nie odpuści. Patrzę na Annie. W moich oczach musiała malować się panika, bo kiedy Annie tylko mnie zobaczyła, to od razu zacisnęła usta i powiedziała:
-Finnick... możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Evelyn. Sama. - Jej głos był pewny.
   Na mojej twarzy zagościła ulga. Chociaż nie chciałem zostawiać Annie samej, to wiedziałem, że kiedy ona sama porozmawia z Evelyn będzie znacznie lepiej, niż jakbym miał przy tym był.
   Uśmiechnąłem się i wstałem po czym opuściłem pokój, zamykając za sobą drzwi. Nie odszedłem jednak od drzwi i próbowałem się przysłuchać rozmowie. Musiałem mieć pewność, że Annie sobie poradzi.


ANNIE


 
-Odpowiesz na moje pytania? - Pyta zniecierpliwiona Evelyn.
-Tylko na to dlaczego płakałam. - Oznajmiam stanowczo.
-Czemu tylko na to? - Jest trochę zdenerwowana. Słychać to w jej głosie.
-Bo to drugie to sprawa pomiędzy Finnickem i mną. - " a Snowiem" chcę dodać. Jednak nie zrobię tego. - Chcesz wiedzieć dlaczego płakałam, czy nie? Nie muszę ci tego mówić. - Evelyn myśli, że tylko ona potrafi być zdeterminowana i tu się zdziwi.
-Dobra. Mów. - Odpowiada, niezadowolona.
-Nawrzeszczałam na Finnicka, za to, że jest nadopiekuńczy. Później zdałam sobie sprawę z tego co powiedziałam i go przeprosiłam. Powiedziałam, że jestem potworem i powinnam zostać odizolowana. On odpowiedział, że z naszej dwójki to on jest potworem, a nie ja. Wzruszyłam się. - Odpowiadam. Po twarzy Evelyn przemyka zaskoczenie.
-Nie sądziłam, że... - Zaczyna Evelyn. Nie musi kończyć. Ja wiem co chce powiedzieć i kończę za nią.
-Finnick nie jest egoistą? - Pytam, po moim głosie może wyczuć, że jestem zdenerwowana. Evelyn opuszcza głowę. O to jej chodziło.
-Dlaczego tak go nie lubisz? Przecież kiedyś ci się podobał... - I już rozumiem. On nadal się jej podoba. Tylko, że ciężko jest jej patrzeć na nasz związek. Dlatego mści się na nim. Dlatego stara sobie wmówić, że jest okropny.  - Nadal ci się podoba. Mam rację?
-Nie... to nie tak... on już mi się nie podoba. Tylko, że... ja słyszałam o nim różne rzeczy i... boję się, że ciebie skrzywdzi... jesteś moją przyjaciółką. - Chyba źle ją oceniłam. Mówi zbyt pewnie. Nie kłamie. Evelyn jest wredna, złośliwa, ale nie kłamie. Pewnie dlatego, że nie umie. Zawsze wtedy zaczyna się pocić i robi się czerwona.  - Jak mogłaś pomyśleć, że czuję coś do twojego chłopaka? - Pyta. Ja patrzę na pierścionek. "Już nie chłopaka. Teraz już narzeczonego." Myślę i uśmiecham się. Evelyn mi się przygląda. Spogląda na moją dłoń. Spogląda na pierścionek. - Co to za pierścionek? - Pyta.
-Dostałam go od Finnicka. - Odpowiadam. Ciągle się uśmiecham.
-Zaręczyliście się? - Pyta. Jest wyraźnie zszokowana. Nic dziwnego. Chyba też bym się zdziwiła, gdyby ona się zaręczyła, albo nawet znalazła chłopaka. Nie chodzi o to, że Evelyn jest brzydka, bo nie jest. Ma piękne długie, czarne włosy i zielone oczy, jest strasznie blada, ale to tylko dodaje jej uroku. Chodzi o to, że jest złośliwa i większość osób z naszego dystryktu nie darzy jej sympatią.
-Tak. - Odpowiadam, Mój głos brzmi pewnie. Spodziewam się, że Evelyn na mnie naskoczy i zacznie krzyczeć, że jestem głupia i nieodpowiedzialna. Ona jednak tylko podchodzi do mnie i siada na skraju łóżka.
-Pokaż. - Mówi, a ja podaję jej swoją dłoń, tę na której mam pierścionek. - Jest piękny. - Oznajmia.
-Dziękuję. Finnick kazał wygrawerować w środku "Jeśli zginiesz ja się zabiję." - Mówię. Evelyn patrzy na mnie pytająco.
-Tak pożegnałam go przed jego Igrzyskami... - Evelyn mi przerywa.
-A tak... pamiętam jak Rose wspomniała o tym na wywiadzie. - Mówi.
-Właśnie. On powiedział mi to samo przed moim... wjazdem na arenę. Powiedział mi, że jego życie beze mnie nie miałoby sensu. - Oznajmiam.
-To... to... takie... dziwne i słodkie jednocześnie. On naprawdę cię kocha.- Mówi, a łzy zaczynają spływać jej z oczu. Ciekawe dlaczego. Chyba jednak nigdy się nie dowiem, bo do pokoju zagląda nikt inny tylko Finnick. Spogląda na płaczącą Evelyn i patrzy na mnie pytająco. Niemal słyszę jak wypowiada "czemu ona płacze? Wróć... ona umie płakać?" Wtedy Eevlyn go zauważa i rzuca w niego poduszką. Finnick ją łapie i rzuca w nas. Wtedy ja rzucam w niego kolejną. Evelyn się uśmiecha, wyciera łzy i rzuca poduszką, którą rzucił w nas Finnick.
-Co to ma być? Jakiś atak na mnie? Czy co? - Żartuje i łapie poduszkę, którą rzuciłam w niego ja. Rzuca we mnie, a przez to nie udaje mu się złapać poduszki rzuconej przez Evelyn i dostaje w twarz. Rzucamy się tak jeszcze przez chwilę. Nasza zabawa kończy się, gdy do pokoju wchodzi Mags.


_________________________________________________________________________________


   Bardzooo przepraszam za spóźnienie, niestety nie miałam na to wpływu.
   Jak minęło Wam rozpoczęcie roku szkolnego? Mi koszmarnie długo się zeszło :(
    Ten rozdział jest średni... no ale cóż... mam nadzieję, że poinformujecie mnie w komentarzu co sądzicie o tym rozdziale :)
  Około godziny dwudziestej pojawi się post z ogłoszeniami i dotyczący "akcji ze słowami".