środa, 28 października 2015

Rozdział 88 - "To ja..."

ANNIE


 
-Biegłam przez las. Usłyszałam krzyk Bena, a później zobaczyłam go i zawodowców z Dwójki. Oni... oni znowu odcięli mu głowę. Później... zamienili się w Snowa i Berta Growna. Oni... oni trzymali sznury przymocowane do mojego ciała, sterowali mną... ja... byłam zwykłą marionetką... szmacianą lalką. Kazali mi patrzeć na Lorę, której bluzka przesiąkała krwią, a jej oczy wpatrywały się we mnie martwym spojrzeniem. - mój głos zaczyna się łamać - Obok niej leżał Ben... ale leżał z odciętą głową, a obok niego Mags... uduszona. To było straszne, ale... ale kiedy... kiedy zobaczyłam ciebie z trójzębem utkwionym w ciele... ja... to było... ja... nawet nie wiem jak to opisać. Spytałam... spytałam czemu nie zrobią mi tego co wam... wiesz co odpowiedział mi Snow? - pytam, a łzy wylewają się z moich oczu.
-Że to zbyt proste? - pyta mój ukochany, wpatrując się we mnie spojrzeniem przepełnionym współczuciem.
-Tak... i jeszcze, że w Kapitolu nienawidzą prostoty. Błagałam ich, żeby pozwolili mi zapłakać, zakrzyczeć, a oni... wymienili porozumiewawcze spojrzenia, wtedy z moich oczu wypłynęła krew, a ja wydusiłam z siebie krzyk. - kończę opowiadać mój ostatni koszmar.
  Mags już dawno poszła spać, a ja i Finnick dalej siedzimy w salonie i rozmawiamy. Mój ukochany podchodzi do mnie i obejmuje mnie, zamykając mnie tym samym w bezpiecznym schronie z jego ramion.
-Annie... - zaczyna - Kocham cię i bardzo chciałbym powiedzieć ci teraz, że wszystko będzie dobrze, że zapomnisz o okropieństwie Głodowych Igrzysk i o tym co ci zrobiły, że wszystko się ułoży... tylko, że... nie chcę karmić cię fałszywymi, nic nieznaczącym słowami, nie chcę karmić cię kłamstwami, którymi z pewnością byłyby te słowa. Mogę ci jednak obiecać, że... zrobię wszystko co w mojej mocy, żebyśmy mogli być szczęśliwi, zrobię wszystko, żebyśmy byli bezpieczni i zrobię wszystko, żeby kiedyś nasze dzieci wychowywały się w wolnym i bezpiecznym Panem. - mówi, a w jego oczach maluje się determinacja.
-Nie musisz. Ja... chcę tylko, żebyś był przy mnie, bo tylko przy tobie jestem szczęśliwa i czuję się bezpieczna. - szepczę.
   Mój ukochany patrzy na mnie tymi swoimi cudownymi oczami w kolorze morskiej zieleni. Czuję jak tonę w jego oczach, czuję jak moje serce bije coraz mocniej, coraz szybciej. Czuję jak rozpaczliwie próbuję złapać oddech. Im więcej w nich  szczęścia im więcej w nich miłości tym bardziej mnie unieruchamiają, tym bardziej płonę. Finnick nachyla głowę i składa na moich ustach czuły, delikatny pocałunek, kiedy nasze usta się rozłączą on łapie mnie za podbródek i szepcze:
-Obiecuję. Obiecuję, że będziesz szczęśliwa. - kiwam głową i wtulam się w jego ramiona jeszcze bardziej. Po półgodzinie wpatrywania się w ciemność i wsłuchiwania w miarowe bicie serca mojego ukochanego zasypiam.


-Annie? - głos trzynastoletniego chłopca rozlega się dookoła mnie.  
-Ben? - pytam, odwracając się. Przy okazji rozglądam się po otoczeniu. 
   Jestem na plaży. Słona morska woda obmywa moje stopy, a słońce rozświetla kosmyki moich włosów. 
-Tu jestem. - odzywa się chłopiec, a ja odwracam głowę w stronę, z której dobiegł mnie jego delikatny, spokojny głos - Lora też tu jest. - oznajmia, a ja patrzę na niego zaskoczona, wtedy czyjaś dłoń dotyka mojego ramienia. 
  Momentalnie odwracam się, a moim oczom ukazuje się piękna, młoda kobieta o blond włosach i zielonych oczach, tych samych, które wczorajszej nocy wpatrywały się we mnie martwym spojrzeniem. 
-Stęskniłam się za tobą, Annie. - jej głos już nie jest głosem dziecka, nie jest tym głosem, który zapamiętałam, jest dojrzalszy, ponadto słychać w nim doświadczenie, które mała, dwunastoletnia dziewczynka zdobyła podczas swoich Głodowych Igrzysk. Słychać w nim cierpienie, które ukrywa się pod uśmiechem na twarzy i pozornie wesołym tonem, jakim mówi dziewczyna. 
-Ja... ja też tęskniłam. - wyduszam z siebie, a łzy radości powoli cisną mi się do oczu. Pozwalam się przytulić mojej siostrze, mam wrażenie jakbym znów miała zaledwie dziesięć lat. 
-Umiesz już pływać, mam rację? - pyta Lora. W odpowiedzi kiwam głową. 
-Finnick ją nauczył. - wtrąca się Ben, na moje policzki wpływa kolor, a moja siostra zaczyna się śmiać. 
-Ben cały czas opowiada mi o tym jak wspaniały jest Finnick. - śmieje się. 
-Bo jest wspaniały. - wypowiadamy razem z Benem w tej samej chwili. Lora wybucha śmiechem. 
-Wiem... cieszę się, że go masz. - uśmiecha się - dobra... na nas już czas Ben. - zwraca się do chłopca - Jeszcze się zobaczymy siostrzyczko... może w następnym śnie... tylko... nie obiecuję, że będzie to dobry sen. Na razie. - przytula mnie i razem z Ben wchodzi do wody. Obydwoje znikają pod jej powierzchnią, a ja zostaję sama. 


   Promienie słońca przez zasłonki wpadają do mojej sypialni, otwieram wciąż klejące się oczy i przecieram je dłońmi.
-Wyglądasz pięknie kiedy śpisz. - odzywa się Finnick.
-Zastanawiam się kiedy ty mi pozwolisz popatrzeć jak ty śpisz. - odpowiadam.
-Nie miałabyś na co patrzeć... wyglądam tak samo, tylko mam zamknięte oczy i się ślinię... ups... chyba nie powinienem ci tego mówić... wciąż masz moją ślinę we włosach. - żartuje.
-Wiem, że żartujesz... zdążyłam cię już trochę poznać. - odpowiadam przez śmiech, mój ukochany, też wybucha śmiechem.
-A tak na poważnie... nie krzyczałaś dziś... nie miałaś koszmaru? - pyta, uśmiecham się i przecząco kręcę głową.
-Nie... tym razem śnili mi się Ben i Lora... ale żyli... Ben był tym samym uśmiechniętym chłopcem, dla którego byłeś idolem, a Lora była dorosła. Nawet trochę o tobie plotkowaliśmy. - odzywam się i jeszcze bardziej wtulam się w jego ciepłe ramiona.
-No ładnie... myślisz o mnie nawet w snach. - śmieje się.
-No, a co ty myślałeś? Jesteś tak wspaniały, że nawet gdybym chciała to nie potrafiłabym przestać o tobie myśleć. - mówię, używając tonu, którym zwykle się z nim przekomarzam.
-No niestety... ty też mi się śnisz... i co ty ze mną robisz dziewczyno? Przez ciebie zaczynam wariować. - mówi, a na jego twarzy maluje się wielki uśmiech. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, że od roku nie pytałam go o jego koszmary.
-Finnick? - zaczynam nieśmiało.
-Słucham? - pyta, uśmiechając się.
-Bo... od roku... czy ty nie masz już koszmarów? - pytam.
-Mam. Mam koszmary... raczej się ich nie pozbędę... od kiedy trafiłem na arenę... koszmary stały się częścią mnie... wypierając tym samym inne... bardziej ludzkie cechy. - odpowiada, widać, że nie łatwo mu o tym mówić.
   Nie myślę długo i wtulam się w niego. On zawsze jest przy mnie, kiedy tylko coś się ze mną dzieję, a ja... zachowywałam się jak egoistka, nigdy nie pytając go co on czuje. Nawet nie wiem jak mam mu to wynagrodzić, więc wtulam się w niego, żeby poczuł w jakiś sposób, że jestem przy nim.
-Czemu nie mówiłeś? - pytam.
-Ja... nie lubię o tym mówić. - odpowiada, po chwilowym zawieszeniu się. Przez to, wiem, że nie o to chodzi.
-Wcale nie... - zaczynam i odchylam głowę tak, aby spojrzeć w jego oczy.
   To właśnie z nich wyczytuję co jest powodem tego, że nic mi nie mówił. Łzy zaczynają wypływać  z moich oczu, równie szybko jak do nich napłynęły.
-To ja... - odpowiadam przez łzy.


_________________________________________________________________________________


   Wydaje mi się, że lepiej opisuję koszmary, niż jakieś pozytywne sny... no cóż... będzie więcej koszmarów :D
    Jak podoba Wam się ten rozdział? Według mnie jest... średni, po prostu średni... na pewno lepszy od rozdziału 19 (ten rozdział to jakiś koszmar w ogóle był... nie wiem co mnie podkusiło, żeby wstawiać rozdział, który składa się dosłownie z samego dialogu i nawet nie opisałam tonu, jakim mówią czy co... no nieważne... kiedyś go poprawię :D), ale jakiś najlepszy też nie jest... mógłby być lepszy. No nic... liczę na to, że choć trochę się Wam spodobał i napiszecie co o nim myślicie w komentarzu :)
   CHCĘ WAM BAAAAARDZO PODZIĘKOWAĆ ZA 10 000 WYŚWIETLEŃ!!!! 
   To dla mnie naprawdę wiele znaczy, bardzo cieszę się, że ta strona wyświetlona była już tyle razy... to dla mnie szok - ale w pozytywnym sensie :) Po prostu... no BAAAARDZO Wam za to dziękuję!!
Jesteście kochani ♥
Stworzyłam nową zakładkę (i opracowuję jeszcze jedną), gdzie opisuję akcje organizowane na tym blogu, nazywa się : Blogowe Akcje
   Zachęcam do zaglądania na nią :) Co do akcji... myślę, że można to zaliczyć, więc:
Uwaga! Akcja ze słowami! 
   Słowo: Kłamstwo 
Mam nadzieję, że znaleźliście tu tą definicję i napiszecie swoją w komentarzu.
Kolejny rozdział: 01.11.2015 r

niedziela, 25 października 2015

Rozdział 87 - Dystryktowa Wypożyczalnia

FINNICK


  Annie zbladła, a jej oczy zaszły mgłą. Momentalnie wstaję od stołu i podchodzę do niej, obejmuję ją ramieniem, chwytam jej dłoń i szepczę prosto do jej ucha.
-Annie, kochanie... co się dzieje? Wróć do mnie. - proszę ją. Z jej ust wydobywa się ciche pytanie:
-Finnick? Gdzie jesteś? - rozgląda się po pomieszczeniu.
-Tutaj. Trzymam cię za rękę. Obudź się. Wróć do mnie, proszę. - mówię, ledwo powstrzymując łzy, cisnące się do moich oczu.
   Annie zamyka oczy, a kiedy je otwiera mgła znika. Wtedy całuję ją. Nie przejmuję się niczym, nawet tym, że jej matka jest w tej kuchni i wszystko widzi. Jestem taki szczęśliwy, że już jej lepiej. Kiedy nasz pocałunek się kończy obejmuję ją i spoglądam na nią, a kiedy odwracam od niej wzrok widzę Mags, na której twarzy gości uśmiech i matkę mojej ukochanej, której wzrok mógłby zabić.

-Finnick? Wychodzisz gdzieś? - pyta Annie, kiedy otwieram drzwi. Moja strasznie uparta ukochana, która stwierdziła, że rana na udzie jej nie boli i nic jej się nie stanie jeśli sama będzie chodzić, właśnie niosła herbatę do salonu, gdzie siedzi jej matka, ciotka i Mags.
-Tak, nie chcę wam przeszkadzać, na pewno chcecie porozmawiać, a poza tym miałem pomóc Marlene w przygotowaniach do ślubu. - odpowiadam i uśmiecham się.
-Kiedy wrócisz? - pyta.
-Nie wiem, a czemu pytasz? Czekaj... a może jesteś o mnie zazdrosna, co? - żartuję. Moja ukochana uśmiecha się.
-No, a czy ty nie byłbyś zazdrosny na moim miejscu? No wybacz... jesteś tak przystojny, że każda dziewczyna się za tobą ogląda. - mówi, ale uśmiech nie schodzi z jej twarzy.
-Ale ja się za nimi nie oglądam, bo mam najwspanialszą narzeczoną, o jakiej inni mogą tylko pomarzyć. - mówię i podchodzę do niej - Wrócę jak najszybciej. - uśmiecham się i całuję ją w nos, a następnie zabieram tacę z herbatą i sam zanoszę do salonu, wracam, całuję zdziwioną Annie w czoło i wychodzę.

-No wreszcie! Ile można na ciebie czekać? - krzyczy Marlene, kiedy tylko mnie zauważa.
-No tak... musiałaś dwie minuty poczekać! Jak ty to zniosłaś? - mówię z wyczuwalną ironią w głosie.    Marlene wstaje z ławki,  teatralnie przewraca oczami, uśmiecha się i mnie przytula. Mam ochotę zapytać, czy to aby na pewno moja kuzynka.
-No wiesz... było ciężko, tak jak tobie z twoim wzrostem w dzieciństwie. - mówi i przestaje mnie przytulać. Z jej twarzy zniknął normalny, prawdziwy uśmiech i wpłynął ironiczny uśmieszek, który mówi wygrałam. To jednak moja kuzynka.
-Ojej... no niestety... byliśmy równi kiedy miałem siedem lat i trochę urosłem od tamtego czasu... ale jak widzę ty niekoniecznie. - oznajmiam z udawanym współczuciem w głosie.
   Żałuję, że nie mogę uwiecznić miny Marlene, która zacisnęła usta tak bardzo, że przestały być widoczne, za to jej nos rośnie w oczach, kiedy ona wdycha i wydycha powietrze ze złością, ściągnięte brwi natomiast zasłaniają jej oczy. Z trudem powstrzymuję śmiech.
-Nie rób takiej miny, bo ktoś jeszcze doniesie twojemu narzeczonemu, że tak wyglądasz i biedaczek odwoła ślub. - mówię. Marlene przestaje robić tą minę i znów teatralnie przewraca oczami.
-Nieważne. - burczy - Pamiętasz co mi obiecałeś, kiedy byliśmy dziećmi? - pyta, cały czas naburmuszona.
-Nie, więc dobrze by było gdyś mi łaskawie przypomniała. - odpowiadam.
-Obiecałeś mi, że kiedy będę wychodzić za mąż, to właśnie ty upleciesz sieć z źdźbeł trawy, a oprócz tego pomożesz mi wybrać suknię ślubną, którą mam wypożyczyć i kielich, w którym podczas ceremonii będzie morska, słona woda. - odpowiada.
-Tak... możliwe, że ci to obiecałem... tylko, że jestem pewny, że nie mówiłem kiedy będziesz wychodzić za mąż, a jeśli będziesz wychodzić za mąż. - mówię z ironicznym uśmiechem.
-Nieważne. Chodź już lepiej do wypożyczalni. - burczy pod nosem.

    W Dystryktowej Wypożyczalni ostatni raz byłem jako dziecko, nie ma więc nic dziwnego w tym, że kiedy tylko otwieram drzwi i uderza mnie odór potu, starości i ryby zaczyna zbierać mi się na wymioty. Udaję jednak, że nic nie poczułem i robię krok do przodu, wtedy zapach jest jeszcze mocniejszy, przez co mam skwaszoną minę. Marlene wybucha śmiechem i niewzruszona idzie przed siebie, w kierunku starszej kobiety, która nawet nas nie zauważa.
-Dzień dobry. - krzyczy wesoła Marlene. Starsza kobieta podnosi na nią wzrok i pokazuje nam bezzębny uśmiech - Przyszłam wybrać suknię ślubną, kuzyn obiecał mi pomoc. - mówi, powoli zbliżając się do kobiety.
-Dawno cię nie widziałam chłopcze. Chyba tylko na ekranie telewizora. - zwraca się do mnie, czym wprawia mnie w zakłopotanie, ponieważ nawet nie mogę przypomnieć sobie jej nazwiska. - Pamiętam, jak kiedyś razem z Marlene biegaliście po całej wypożyczalni i szukaliście zabawek, a później się tu nimi bawiliście, a teraz... Marlene wychodzi za mąż, a ty jesteś zwycięzcą Głodowych Igrzysk, pewnie niedługo też sobie kogoś znajdziesz. Jak ten czas szybko leci. - mówi kobieta i wyciera chusteczką łzy spływające po jej pomarszczonych policzkach.
    Marlene podchodzi do niej i ją przytula.
-Oj, niech pani nie płacze, pani Lend. - przemawia słodkim głosem.
   Uśmiecham się do pani Lend - jak dobrze, że Marlene użyła jej nazwiska, bo niezręcznie byłoby o to pytać - kobieta odwzajemnia uśmiech i wyswobadza się z uścisku mojej kuzynki. Bez słowa prowadzi nas do przedziału z rzeczami ślubnymi i idzie do innych ludzi, którzy właśnie weszli.
 
    Męczarnie związane z pomocą w wybraniu rzeczy ślubnych mojej kuzynce wreszcie dobiegły końca i Marlene wybrała suknię - oczywiście wcześniej musiała zadać mi kilka standardowych pytań z serii Nie wyglądam w tym grubo? Pasuje mi ta sukienka? na które ja zawsze odpowiadałem Wyglądasz  jak zawsze. Tak pasuje ci ta sukienka. - a także puchar, w którym będzie znajdować się morska woda - wybór tego pucharu był jeszcze gorszy niż sukienki - później wręczyła mi wór pełen długiej trawy, do uplecenia sieci i pożegnaliśmy się.
    Otwieram teraz drzwi do domu i słyszę rozmowę Mags, cioci i mamy Annie. Wchodzę do salonu, skąd dobiegają mnie ich rozmowy i widzę Annie, która jest widocznie potwornie znudzona. Na mój widok rozpogadza się i wstaje z fotela, po czym biegnie w moim kierunku i składa na moich ustach przelotny pocałunek. Kiedy odrywa swoje usta od moich patrzę na nią trochę zdziwiony, ale po chwili się odzywam.
-Możesz częściej mnie tak witać. - mówię, a Annie się rumieni.
-Nie wiem czy wiesz, ale właśnie mnie uratowałeś od śmierci z nudów. - szepcze, a na jej twarzy gości uśmiech.
-W takim razie powinienem częściej cię ratować. - odpowiadam. Annie zaczyna się śmiać.
-Chyba tak. -  Odpowiada przez śmiech.


_________________________________________________________________________________


   Hejka, wstawiam dziś kolejny rozdział (udało się, go skończyć!!), no i mam kilka ogłoszeń, a także takie tam nic nie znaczące pytanie... Oglądaliście wczoraj na jedynce Piratów z Karaibów: Na nieznanych wodach? No wiecie Sam Claflin tam gra, więc pytam XD
Okej... a teraz ogłoszenia:
Wpadłam na taki pomysł... zrobimy wielkie odliczanie do premiery Kosogłosa cz.2, na czym ono będzie polegać? Na tym samym na czym polegało odliczanie do zwiastuna, czyli: od dnia 13.11.2015 roku codziennie będę wstawiała nowy rozdział, a 20 listopada wyjdzie rozdział 100, który będzie specjalny (ale nie... nie będzie to rozdział 18+, ponieważ takowych nie umiem pisać, więc nawet nie próbuję) i coś jeszcze... jeszcze nie wymyśliłam co, ale coś na pewno... może jakiś One Shot? albo coś graficznego? albo coś związanego z "Życie to nie bajka"? Nie wiem... coś wymyślę :)
Do tego czasu wymyśliłam grafik dodawania rozdziałów, którego muszę się ściśle trzymać, jeśli chcę wstawić setny rozdział w dzień premiery Kosogłosa cz.2. Według tego grafiku (zamieniam się w Effie!!!! XD) Kolejny rozdział będzie 28.10.2015 roku.
Co do rozdziału, który wyjdzie w premierę... nie wiem, o której to będzie godzinie, ponieważ wybieram się do kina na Kosogłosa cz.2 właśnie tego dnia i wstawię coś prawdopodobnie po filmie... oczywiście jeśli tak się stanie to najprawdopodobniej notka od autora na końcu rozdziału będzie niesamowicie nie ogarnięta, ale spokojnie... nie zaspojleruję Wam :D
No i to już koniec ogłoszenia, pod następnym rozdziałem napiszę coś jeszcze związanego z wielkim odliczaniem, ale teraz nie chcę Was już zamęczać, więc... to by było na tyle :)
Koniecznie napiszcie mi w komentarzu co sądzicie o tym rozdziale i co myślicie o wielkim odliczaniu :)
Chcę Wam jeszcze bardzo podziękować, ponieważ jest już ponad 9 700 wyświetleń i zbliżamy się wielkimi krokami do 10 000, co jest dla mnie niesamowicie ważne, dlatego dziękuję raz jeszcze :)

wtorek, 20 października 2015

Rozdział 86 - Bicie serca

ANNIE


   Przedzieram się przez las, który tak dobrze znam ze swoich snów. W ręku trzymam zakrwawiony trójząb, a udo mam przewiązane brudnym, starym bandażem. Staram się zachowywać jak najciszej, ale moje serce, bijąc zbyt głośno, zdradza moją pozycję. 
-Uspokój się. Proszę. - szepczę sama do siebie. Wszyscy, którzy to oglądają zapewne mają mnie za wariatkę, bądź co bądź... jestem nią. Wokół mnie rozlega się głośny krzyk trzynastoletniego chłopca. 
-Uciekaj! Zostaw mnie! Ratuj siebie! - krzyczy, a ja przecząco kręcę głową. 
   Rozglądam się dookoła, próbując ustalić skąd dobiegł mnie ten głos. Nie udaje mi się. Wtem z mojej prawej strony rozlega się trzask łamanej gałęzi. Momentalnie odwracam głowę w tamtą stronę. Widzę parę zawodowców z Dystryktu Drugiego, którzy trzymają Bena, trzynastoletniego chłopca z Czwórki. Chłopiec próbuje im się wyrwać, ale to na nic. 
-Uciekaj! Proszę! Masz to wygrać! - krzyczy, a ja zastygam w bezruchu. 
-NIE!! - Udaje mi się wydusić, kiedy miecz chłopka z Dwójki chowa się w karku Bena. 
  Upadam na kolana i ukrywam twarz w dłoniach. W moim uchu rozlega się syk węża, a na ramieniu czuję dotyk czyjejś dłoni. Podnoszę głowę do góry i widzę górującego nade mną Snowa, który lewą rękę położył na moim ramieniu, a w prawej trzyma zakrwawiony miecz. Na przeciw mnie stoi Główny Organizator Głodowych Igrzysk - Bert Grown. 
   Oboje uśmiechają się ironicznie i poruszają linami przyczepionymi do mojego ciała, zmuszając mnie do wstania. Następnie jednym sprawnym ruchem dłoni rozkazują mi spojrzeć w dół. Obok moich stóp leżą cztery ciała. 
   Najbliżej mnie leży Lora, jej oczy mimo iż otwarte nie mają w sobie żadnego blasku, żadnego życia. Przez jej koszulkę ciągle sączy się krew. Próbuję upaść, spuścić wzrok, zamknąć oczy, zrobić cokolwiek, abym nie musiała na to patrzeć. Jednak nie mogę. To Snow i Bert Grown trzymają sznury, a nie ja. 
   Obok Lory oddzielnie leży głowa, a oddzielnie ciało Bena. 
   Dalej leży Mags, ale na jej ciele nie widać, żadnych ran. Jedynie jej szyję zdobią oznaki uduszenia. Na ustach mentorki zastygł krzyk, którego nie zdołała z siebie wydostać. 
   Zobaczenie tych trzech ważnych dla mnie osób, leżących na ziemi z tak wyraźnie wypisaną historią, było dla mnie czymś strasznym, ale to było nic w porównaniu z ujrzeniem czwartej osoby - Finnicka.
    Mojego kochanego Finnicka, z trójzębem - tym samym, który niosłam wcześniej - utkwionym w ciele. Próbuję krzyknąć, rozpłakać się, zamknąć oczy, obudzić się z tego koszmaru, ale Snow i Bert Grown mi na to nie pozwalają. 
-Dlaczego mi to robicie? Dlaczego nie przebijecie mnie trójzębem? Nie odetniecie mi głowy? Nie zranicie mnie w brzuch? Nie udusicie? Dlaczego? - pytam. Na ich przebrzydłych twarzach maluje się sarkastyczny uśmieszek. 
-Panienko Cresta... to byłoby zbyt proste, a my w Kapitolu nienawidzimy prostoty. - odzywa się Snow, jego głos przypomina mi syk węża. 
-Pozwólcie mi chociaż zapłakać, zakrzyczeć. Proszę. - błagam ich. Wymieniają porozumiewawcze spojrzenia, a z moich oczy zaczyna wypływać ciepła, lepka ciecz. Ocieram ją rękami i podnoszę ręce bliżej oczu. To krew. Nie płaczę łzami, a krwią. Moje serce bije zbyt głośno i zbyt szybko, z moich ust wreszcie wydobywa się tak długo wstrzymywany, przeraźliwy krzyk. Zamykam oczy.

    Kiedy je otwieram jestem u siebie w pokoju. Za kilka chwil drzwi gwałtownie otwierają się, a przez nie wpada Finnick.
-Co ci się śniło? - pyta, ale ja zamiast odpowiedzieć wybucham niekontrolowanym płaczem.
   Kiedy tylko łzy zaczynają wypływać z moich oczu, ja je wycieram i sprawdzam czy są to prawdzie łzy. Gdy upewnię się, że nie jest to krew chowam twarz w dłoniach. Słyszę kroki Finnicka, a po chwili czuję jak łóżko ugina się pod jego ciężarem. Ukochany przytula mnie i całuje w głowę.
-Hej... jestem tu. Możesz się uspokoić, to był tylko sen. - szepcze mi prosto do ucha.
    Wtulam się w jego ramiona i próbuję się uspokoić wsłuchując się w miarowe bicie jego serca. Łzy jednak ciągle wypływają z moich oczu, a ja nie potrafię ich zatrzymać.
-Finnick? Czy... czy możesz mi obiecać, że nigdy mnie nie opuścisz? - pytam przez łzy.
-Oczywiście. Nigdy cię nie opuszczę i już zawsze będę przy tobie, zawsze, i nic i nikt nigdy nas nie rozłączy. Obiecuję. - szepcze mój ukochany, po czym całuje mnie w głowę - Chcesz jeszcze się położyć? Tym razem zostanę z tobą. - mówi. W odpowiedzi kiwam głową.
   Finnick kładzie się na łóżku, razem ze mną - nie wypuszcza mnie z uścisku. Kładzie głowę na poduszce, a ja na jego klatce piersiowej - dla mnie najlepszej poduszce, bo kiedy układam na niej głowę, mogę wsłuchać się w bicie serca mojego ukochanego, najpiękniejszy dźwięk, który sprawia, że od razu czuję się bezpieczna. Zasypiam, ale mój umysł potrafi jeszcze wychwycić szept Finnicka.
-Wsłuchaj się dobrze w bicie mojego serca, bo bije ono tylko dla ciebie. - po tych słowach zasnęłam, czułam się bezpieczna i szczęśliwa, chociaż może wydawać się to dziwne.

   Zapach pieczonych naleśników wypełnia moje nozdrza, budząc mnie. Czuję jak Finnick głaszcze mnie po policzku.
-Już lepiej? - pyta, zatapiam się w jego delikatnym głosie.
-Tak. - odpowiadam - Bo jesteś przy mnie. - dodaję i wtulam się w niego jeszcze bardziej.
-Kocham cię. - szepcze.
-Ja ciebie też. - mówię - Dlatego... miałabym do ciebie prośbę... czy możemy darować sobie to czekanie, aż przyśni mi się koszmar i... czy... mógłbyś spać tu od początku? - pytam zawstydzona.
-Dla ciebie zrobię wszystko. - odpowiada.

-Wstawać, bo naleśniki ostygną! - dobiega nas wołanie Mags. Odchylam głowę, tak bym mogła spojrzeć na twarz ukochanego i obydwoje wybuchamy śmiechem.
-To co? Idziemy? - pyta mój ukochany.
-Ty się jeszcze pytasz? To naleśniki od Mags... nie możemy tego nie zjeść. - odpowiadam z uśmiechem na ustach. Finnick wstaje i bierze mnie na ręce.
-Wiesz, że mogę iść sama? - pytam.
-Tak, wiem, ale... najlepiej jak odpoczywasz, więc póki co darujesz sobie tą przyjemność, jaką jest chodzenie. - oznajmia i znosi mnie na dół.

   Mój narzeczony wnosi mnie do kuchni i sadza na krześle, po czym całuje mnie w policzek i siada po przeciwnej stronie stołu. Mags podaje nam naleśniki, a my z Finnickiem od razu bierzemy się do konsumowania ich. Rozlega się dzwonek do drzwi i nasza mentorka idzie otworzyć. Do kuchni wpada moja matka.
-Dlaczego wczoraj do nas nie przyszłaś? - pyta - Wątpię, żebyś zapomniała, to byłoby zbyt proste. - dodaje, a potem mówi coś jeszcze, ale słyszę tylko zbyt proste i przypomina mi się zdanie wypowiedziane przez Snowa w moim koszmarze. To byłoby zbyt proste, a my w Kapitolu nienawidzimy prostoty. Zapadam się w nicość.


_________________________________________________________________________________


   No i kolejny rozdział dodany i tym razem... zdarza się to dość rzadko... jestem z niego dumna! Tak, dokładnie! No i chyba tym razem mam powody do dumy... mam nadzieję, ale to już Wy ocenicie :)
   Ostatnio mnie coś naszło i sprawdzałam stare rozdziały... doszłam do jednego wniosku... chyba piszę już trochę lepiej. Też tak myślicie?
   Kolejny rozdział dodam w sobotę, albo niedzielę.
   A teraz szablon... postanowiłam, że zrobię ankietę. Po prostu na nią odpowiecie i wtedy zdecyduję co zrobić z wyglądem bloga :)
   Dobrze byłoby napisać jeszcze dlaczego rozdział pojawia się dziś, a nie tak jak miał - jutro.
Odpowiedź jest prosta, skończyłam ten rozdział wcześniej, więc postanowiłam go dodać :) no, a poza tym... wyszły DWA finałowe spoty TV Kosogłosa cz.2 - można je obejrzeć w zakładce: Promocja: Kosogłos cz.2 :)
  Jak je zobaczycie to napiszcie mi co o nich myślicie :) Oczywiście jeszcze wcześniej proszę o opinie dotyczące tego rozdziału :)

niedziela, 18 października 2015

Rozdział 85 - "Zawalcz o to"

FINNICK


   Przesłuchanie przeprowadzane przez Mags właśnie dobiegło końca i mentorka poszła spać, a ja wraz z moją ukochaną dalej siedzimy w salonie i mimo, że jest ciepło, to pokój rozświetla tylko ogień płonący w kominku. Przez chwilę w ciszy podziwiam tańczące płomienie. Wyglądają tak niewinnie, a potrafią skrzywdzić nawet najsilniejszego człowieka, z nimi nie ma żartów. Odrywam wzrok od płomieni i przenoszę go na Annie. Jej twarz rozświetla blask bijący z kominka, światło utkwiło też w jej włosach, luźno opuszczonych na jej prawe ramie. Uśmiecham się, a moja ukochana robi to samo.
-Pięknie wyglądasz. - mówię, na policzki Annie wpływa kolor.
-Na pewno nie tak jak ty. - oznajmia, a jej policzki dalej płoną niczym ogień w kominku.
-Nie i nie kłóć się ze mną. - mówię i zanim Annie zdąży zaprotestować zaczynam nowy temat - pójdziesz ze mną na ślub Marlene?
-Ja... - waha się - No dobra. Kiedy?
-W przyszłym tygodniu. - oznajmiam.
-Dobra... ale kiedy dokładnie, bo umówiłam się z Evelyn, miała mi coś ważnego powiedzieć. - mówi.
-Pewnie to, że się z kimś spotyka. - wypalam bez zastanowienia. Annie jest zszokowana.
-Jak? Co? Czemu nic nie wiedziałam? - zastanawia się - A dlaczego ty wiedziałeś? I dlaczego nic mi nie powiedziałeś? - pyta.
-Dowiedziałem się godzinę temu od Marlene. - odpowiadam - Evelyn spotyka się z bratem jej narzeczonego. - dodaję zanim Annie zacznie pytać.
   Moja ukochana nic nie odpowiada. Pomiędzy nami zapada głucha cisza. Dlatego też ponownie zaczynam obserwować taniec płomieni, a kiedy Annie nie patrzy spoglądam na nią. Jest taka piękna.

-Co wydarzyło się naprawdę? - pytam narzeczonej, przy okazji przerywając ciszę. Annie patrzy na mnie zdziwiona, a ja wskazuję głową na jej udo. Moja ukochana wzdycha i zaczyna opowieść.
-W sumie to sama nie wiem. Ja... po prostu płynęłam i chyba podpłynęłam zbyt blisko Strażnika Dystryktu, bo w pewnym momencie coś mnie na niego pchnęło. Noga nadziała mi się na gwóźdź i ją rozcięłam, ale nie było aż tak tragicznie... dopiero później, kiedy już powoli wypływałam na powierzchnię... coś po prostu spadło do wody i uderzyło mnie w tą samą nogę, ale to już bardziej bolało. Znaczy... nie mówię, że wcześniej nie bolało... piekło niemiłosiernie... zresztą wiesz... kiedy zamoczy się ranę w słonej wodzie... to jest okropny ból. Ale wtedy było jeszcze znośnie... później kiedy coś walnęło w moją nogę... wolałabym o tym nie mówić. - kończy swoją opowieść. Kiwam głową, a wolną przestrzeń między nami znów wypełnia cisza.

   Po godzinie siedzenia w ciszy i przyglądania się płomieniom Annie zasnęła. Dlatego wstaję i podchodzę do niej cicho, żeby jej nie obudzić, odgarniam niesforny kosmyk włosów z jej czoła po czym biorę ją na ręce. Wchodzę po schodach i otwieram drzwi do pokoju ukochanej, układam ją na łóżku, a następnie przykrywam miękką, puchową kołdrą, całuję ją w czoło i wychodzę, przymykając drzwi.
-Uwielbiam na was patrzeć. - słyszę za moimi plecami. Odwracam się i uśmiecham, moja mentorka robi to samo, uśmiecha się - To co dla niej robisz jest wspaniałe. Przypomina mi to mojego męża.
-Jaki on był? - pytam. Mags uśmiecha się smutno.
-Wspaniały. - szepcze, jej głos zaczął się łamać, a oczy szklić.
-Przepraszam... nie powinienem pytać. - odpowiadam, opuszczając głowę.
-Idź już spać, kiedy przyśni jej się koszmar na pewno usłyszysz. - mówi, ocierając łzy - Z tobą byłby już większy problem, bo przestałeś budzić się z krzykiem.
-Tak... teraz budzę się tylko zalany zimnym potem. Myślisz, że z Annie też tak będzie? Przestanie krzyczeć? - pytam mentorki.
-Najprawdopodobniej tak... być może za cztery, albo pięć lat nie będzie już budziła się z krzykiem. - odpowiada.
-Mam nadzieję, ale... wolę nie myśleć o tym, co będzie za cztery czy pięć lat. - mówię,
-Dlaczego? - dziwi się Mags.
-Bo... najprawdopodobniej dalej będę musiał słuchać się Snowa, a ja... ja mam już tego dość. Chcę ożenić się z Annie, chcę mieć z nią dzieci. Chcę, żebyśmy mogli zapomnieć o Igrzyskach, o tym do czego zmusza mnie Snow i po prostu... po prostu, żebyśmy byli szczęśliwi. Czy proszę o zbyt wiele? Czy to zbyt naiwne? Po prostu chcę być szczęśliwy. Chcę, żeby Annie była szczęśliwa. - mówię.
-To dobrze Finnick. Każdy powinien mieć marzenia i coś do czego chce dążyć. Nie będę ci teraz słodzić... to czego chcesz jest trudne do spełnienia w rzeczywistości, w której przyszło nam żyć, ale nie jest niemożliwie. Jeśli to jest to czego naprawdę pragniesz to znajdź odpowiednią okazję i zawalcz o to. Musisz po prostu trochę poczekać i w odpowiedniej chwili przejąć własne życie i spełnić marzenia. - odpowiada Mags, na jej twarzy maluje się determinacja, która udziela się również mi.


_________________________________________________________________________________


    Wybaczcie spóźnienie, miałam dodać coś wczoraj, ale coś mi wypadło i nie dałam rady. Z tego powodu, remont na blogu Życie to nie bajka, jeszcze nie został ukończony, więc ponownie otwarcie będzie dopiero w przyszłym tygodniu.
    Jak pewnie zauważyliście... zmieniałam wystrój bloga, mam nadzieję, że Wam się podoba, bo ja... no w sumie to jestem nawet dumna z efektu :) Jeśli jednak nowy wygląd nie przypadł Wam do gustu to napiszcie mi to śmiało, a ja przywrócę poprzedni szablon, albo przerobię obecny.
   Proszę o komentarze z opinią dotyczącą nowego rozdziału i nowego wyglądu bloga :)
   Kolejny rozdział w środę, albo w czwartek :)
   No i oczywiście baaaaardzo dziękuję Wam za ponad 9 000 wyświetleń na blogu, już niedługo będzie 10 000... mam nadzieję, że uda się to na samym początku listopada :)
   Zapomniałabym... zachęcam do zaglądania do zakładki "Inne blogi". Możecie znaleźć tam naprawdę niesamowite blogi, które czytam i polecam :)

środa, 14 października 2015

Rozdział 84 - Rozmowa z Marlene

FINNICK

-Jak ty w ogóle się tu dostałaś? - pytam, ciągle stojąc przy szafie.
-Schowałeś klucze w tym samym miejscu, gdzie kiedyś chowali twoi rodzice. - odpowiada - Może zrobisz mi herbatę i usiądziemy? - pyta.
-Wybacz, ale się śpieszę... jak chcesz to możemy pogadać po drodze, albo jutro... tylko nie teraz. - mówię, powoli ruszając do kuchni, gdzie schowałem bandaże i środki odkażające. Marlene idzie za mną.
-No dobra... co powiesz na to, że teraz dam ci zaproszenia i trochę pogadamy, a jutro spotkamy się na placu głównym i dotrzymasz obietnicy, którą złożyłeś kiedy byliśmy dziećmi? - pyta.
-Dobra. Tylko chodź już, jeśli chcesz pogadać w drodze do Mags. - pośpiesznie odpowiadam, wyciągając z szafki to po co przyszedłem.

-Więc... po co przyszłaś? - pytam jeszcze raz, kiedy razem z Marlene opuszczamy mój stary dom.
-Mówiłam ci... żeby dać ci zaproszenia na ślub, idioto. - warczy Marlene. Jednak się nie zmieniła i ciągle lubi mnie obrażać.
   Kiedy byliśmy dziećmi wiecznie mnie obrażała, ale ja jakoś to tolerowałem, bo zazwyczaj później mnie przepraszała, a poza tym to moja kuzynka. Jednak  pewnego razu - w szkole - przesadziła i wydarłem się na nią. Powiedziałem jej wtedy wszystko, co pragnąłem jej powiedzieć od zawsze. Wykrzyczałem, że jest skończoną kretynką, nikt jej nie lubi i nie chcę jej znać. Ona uderzyła mnie w policzek, a ja złapałem wiadro, którym były odpadki z lekcji - akurat uczyliśmy się o przygotowywaniu ryby - i wyrzuciłem zawartość na jej głowę. Marlene nie była zadowolona z tego faktu i rzuciła się na mnie z pazurami, miała pecha, że do sali właśnie wszedł nauczyciel i widział, jak odpieram jej atak, więc wyciągnął ją za uszy i zaprowadził do domu. Nie rozmawialiśmy od tamtego czasu.
-Wybacz... nie powinnam. To z przyzwyczajenia. - mówi z przepraszającym uśmieszkiem.
-Spoko. - odpowiadam pod nosem. Zupełnie jak w dzieciństwie, kiedy jeszcze nie byłem potworem. Marlene wzdycha, co oznacza, że chce, abym to ja zaczął rozmowę.
-Więc... kto jest tym nieszczęśnikiem? - pytam. Kuzynka posyła mi mordercze spojrzenie.
-Bardzo śmieszne. - mówi sarkastycznie i prycha - Raczej go nie znasz... może prędzej jego młodszego brata. No wiesz... spotyka się z córką kapitana. - oznajmia.
   Żałuję, że nie widzę swojej miny, kiedy tylko skojarzyłem fakty. Przecież córką kapitana jest nikt inny, tylko Evelyn.
-Molin? - udaje mi się wydusić. Marlene patrzy na mnie jak na wariata.
-No... tak. To jedyny kapitan w Panem, więc... nie rozumiem twojego zdziwienia. - oznajmia.
-I obydwoje będą na ślubie, mam rację? - pytam. Jestem ciekaw jak Annie na to zareaguje.
-No raczej... będzie cała rodzina mojego przyszłego męża i jego rodzeństwo może przyjść z osobami towarzyszącymi, więc... no raczej tak. Czemu pytasz? - dziwi się moja kuzynka.
-Tak tylko pytam, no wiesz... z ciekawości. - mówię i uśmiecham się. Marlene chyba mi wierzy, bo też się uśmiecha.
-Czemu idziesz tak szybko? - pyta.
-Mówiłem, że się śpieszę. - odpowiadam i idę jeszcze szybciej.
   Idziemy w ciszy. W ciszy też docieramy do domu Mags. Dopiero wtedy odzywa się Marlene.
-To jutro widzimy się na placu głównym... może być w południe? - pyta się moja kuzynka.
-Jasne. W południe na placu głównym, będę pamiętał. Cześć. - mówię pośpiesznie i zamykam jej drzwi przed nosem.
  Wyobrażam sobie jej wściekłość. Może nie powinienem tak postąpić, ale chyba mam prawo ją podenerwować. Ona robiła to przez kilka lat, dlaczego ja nie mogę robić tego przez kilka dni?

ANNIE

   Mags i ja czekałyśmy na Finnicka zaledwie piętnaście minut. Podziwiam go. Piętnaście minut zazwyczaj zajmuje mi to, żeby dojść do jego starego domu, a on zdążył już wrócić. W międzyczasie Mags udało się zatamować krwawienie z rany. Opiekunka o nic nie pytała, ale teraz, kiedy już rana została oczyszczona i zabandażowana... nie ma najmniejszych szans, że nie zapyta o to co się stało. Dlatego też, kiedy Finnick położył mnie na kanapie, a sam usiadł na fotelu i do pokoju weszła Mags... obydwoje wiedzieliśmy czego się spodziewać.
-Co się stało? - pyta nasza mentorka. Otwieram usta, żeby odpowiedzieć, ale Finnick jest szybszy.
-Nic takiego... to znaczy... rano biegałem i jak się okazało Annie miała ten sam plan. Dlatego... biegaliśmy oboje, a później... poszliśmy do naszego miejsca i zaczęliśmy pleść hamak, który zaplanowaliśmy upleść już jakiś czas temu... a później... musiałem na chwilę pójść do sklepu, bo Annie zgłodniała. Kiedy przyszedłem... ona leżała na piasku, a z jej nogi sączyła się krew, więc zatamowałem krwotok swoją koszulką i zapytałem jej co się stało. Odpowiedziała, że chciała zawiesić hamak, a kiedy wchodziła na drzewo... zraniła się gałęzią. - opowiada mój ukochany.
  Wiem, że Mags mu nie wierzy. Za często zastanawiał się co powiedzieć dalej. O nic jednak nie pyta. Dobrze wie, że Finnick nigdy by jej nie okłamał, chyba, że to coś naprawdę ważnego.

_________________________________________________________________________________

Wiecie czego najbardziej nie lubię? Wymyślania tytułów. Chociaż... wolę wymyślać tytuły niż siedzieć w szkole, albo odrabiać lekcje, więc... no właśnie.
   Jak podoba Wam się ten rozdział? Mam nadzieję, że może być :)
Kolejny rozdział w sobotę. W sobotę (albo w niedzielę) ponownie będzie dostępny mój drugi blog-Życie to nie bajka, który w tej chwili jest remontowany.
Być może niedługo skończę szablon na tego bloga (i tym razem, mam nadzieję, będzie dobry) i kiedy go skończę to zapytam Was co o nim myślicie :)

sobota, 10 października 2015

Rozdział 83 - "Żyję tylko dla ciebie"

FINNICK


   Wybija szósta godzina, a ja jestem już poza dystryktem. To nie było planowane. Po prostu biegałem plażą jak co rano, a w moim sercu zrodziło się coś w rodzaju pragnienia ponownego poczucia wolności, serce mówiło mi, żebym tam poszedł, żebym opuścił Czwórkę i znów zobaczył ten domek, żebym przeczytał inne strony dziennika. 
   Wiem, że to głupie i ryzykowne, ale dokładnie takie jest życie zwycięzcy Głodowych Igrzysk - głupie i ryzykowne - wydawać by się mogło, że jest zupełnie inaczej, że życie zwycięzcy jest wspaniałe i bezpieczne. Kiedyś sam tak myślałem. Teraz już wiem, że jest to bzdura, którą nasz prezydent wmawia nie tylko mieszkańcom Dystryktów, ale również mieszkańcom Kapitolu. Snow bawi się nami jak chce, może zabić kogo tylko zechce i wmówić ludziom, że nic takiego nie miało miejsca, a każdego atrakcyjnego dla Kapitolińczyków zwycięzcę stawia przed ciężkim wyborem już jakiś czas po wygranej w bezlitosnej walce o życie. Zwycięzca musi wybrać: ludzie, na których mu zależy czy godność. Nie ma czegoś pomiędzy. Snow nie toleruje rozwiązań, które mogłyby uszczęśliwić kogoś poza nim. Może zgodził się, żeby Annie nie musiała prostytuować się w Kapitolu, ale to nie ze względu na mnie, albo na nią. Wiedział, że nikt w Kapitolu nie kupiłby niestabilnej psychicznie dziewczyny. To dobrze, że Annie miała atak na wizji. To ją ocaliło.

   Błądzę po lesie w poszukiwaniu ledwie widocznej dróżki, lecz tym razem jej nie widzę. Już mam zawracać, ale słyszę za plecami krzyk. Nie jakiś zwykły krzyk. Słyszę krzyk Annie. 
-Annie?! - Wykrzykuję jej imię i biegnę, chociaż nie wiem gdzie, jednak nie mógłbym stać w miejscu wiedząc, że  mojej ukochanej może się coś stać. - Annie?! - Krzyczę ponownie, bo wcześniej odpowiedziała mi cisza, łzy powoli gromadzą się w moich oczach. Nie teraz! Nie możesz teraz płakać! Napominam się w myślach. 
-Finnick? Tu jestem! - Odpowiada krzykiem. Jej głos dochodzi z dzikiej plaży. Już wiem gdzie mam biec. 
   Po minucie jestem na miejscu i zauważam narzeczoną, która płacze, a z jej nogi sączy się krew. Podbiegam do niej. Ona zauważa mnie i na próżno stara się zamaskować łzy.
-Chy... chyba się zraniłam. - Chlipie. Mówiłem jej, że to niebezpieczne. 
-Pokaż. - Mówię i choć jestem zły i szczęśliwy jednocześnie, udaje mi się mówić bez wyczuwalnych emocji w moim głosie. 
   Annie prostuje nogę i podgina nogawkę spdenek, a moim oczom ukazuje się rana, ciągnąca się wzdłuż jej uda. Nie myślę długo i zdejmuję koszulkę, aby móc zatamować krwawienie. Podnoszę Annie i niosę ją do zniszczonej chatki. Tam kładę ją na zniszczonej sofie - bo tylko na sofie mogę ją położyć - a sam siadam na stoliku. 
-Dlaczego to zrobiłaś? Mówiłem ci, że to niebezpieczne. - Mówię cicho. Annie opuszcza wzrok.
-Przepraszam... strasznie chciałam tu przyjść i śledziłam cię, kiedy biegałeś. - Mówi ze skruchą w głosie. 
-Mówiłem ci. Nie chcę, żebyś tu przychodziła, bo to niebezpieczne. - Cały czas mówię cicho, nie krzyczę, nie chcę się z nią kłócić. 
-Mówiłam ci, że chcę to zobaczyć. Byłam na arenie. Moje życie przez całe Igrzyska było zagrożone. - Podnosi głos. 
-Pomyślałaś co mogłoby się stać, gdybym nie usłyszał twojego krzyku? Co gdybyś się wykrwawiła, a ja znalazłbym cię martwą. - Pytam. - Dobrze wiesz, że żyję tylko dla ciebie. - Dodaję
-Przepraszam. - Mówi, a z jej cudownych, zielonych oczu zaczynają wypływać łzy. Od razu wstaję, podchodzę bliżej niej i klękam. Całuję ją w czubek głowy, a następnie zamykam jej delikatną dłoń w swojej.
-Nie przepraszaj, ale więcej tego nie rób. Nie strasz mnie. Błagam. - Szepczę. Annie kiwa głową. 
  
   Zapada wieczór, a my dalej tkwimy w domku poza dystryktem. Wspólnie przeglądaliśmy dziennik, ale nie znaleźliśmy tam nic więc, niż wpis o śmierci Seannera. Noga Annie już nie krwawi, ale nie wiem czy to dobry pomysł, żeby pozwolić mojej ukochanej płynąć. Co więcej wiem, że jest to okropny pomysł. 
-Finnick... proszę... wracajmy do domu. - Błaga moja ukochana.
-Jak? - Pytam. - Jak zamierzasz wrócić? Nie ma szans, żebym pozwolił ci płynąć. To zbyt niebezpieczne. - Mówię.
-Ale jakoś musimy! - Mówi moja ukochana. W jej głosie da się wyczuć pretensje. - Chodźmy na plażę... może uda nam się coś wymyślić. - Dodaje znacznie spokojniej. Zgadzam się kiwnięciem głowy i biorę ukochaną na ręce. Chyba nie myślała, że zgodzę się, żeby szła.

   Znów jesteśmy na terytorium Czwórki. Znów jesteśmy w Panem i wolność, którą czułem, ulotniła się. Teraz znów czuję w jej miejscu pustkę. Jak udało się nam pokonać granicę? W bardzo prosty sposób. Zrobiłem tratwę i ułożyłem na niej Annie, sam płynąłem i pomagałem płynąć tratwie. Teraz znów niosę na rękach moją ukochaną, ale zaraz już będziemy u Mags. To dobrze, bo rana Annie znów zaczyna krwawić.
   Otwieram drzwi do domu i wołam Mags. Kobieta wychodzi z salonu i kiedy tylko zauważa, że trzymam na rękach płaczącą Annie, a na jej udzie zawiązana jest moja koszulka, która jest przesiąknięta krwią, momentalnie blednie. Udaje jej się zachować jednak zimną krew. Często spotyka się z czymś takim. Jest najstarsza w Czwórce i ludzie uważają, że najlepiej radzi sobie z pierwszą pomocą, dlatego dość często ktoś przychodzi do niej na przykład z haczykiem na ryby wbitym w dłoń.
-Nie mam bandaży, ani środków odkażających. - Mówi pośpiesznie. Przypominam sobie sytuację z wczoraj, kiedy Annie zraniła się o wazę i już wiem gdzie mogę znaleźć środki odkażające i bandaże.
-Zaraz wracam. Przyniosę bandaże. - Rzucam pośpiesznie i wybiegam z domu.

   Codzienne treningi sprawiły, że wystarczy tylko kilka minut, abym przybiegł do mojego starego domu. Szukam kluczy, które odłożyłem tam gdzie zawsze odkładali je moi rodzice - w małej skrytce zrobionej w okiennicy - tylko, że ich tam nie ma. Może nie zamknąłem domu próbuję sobie wmówić. Naciskam więc klamkę i drzwi otwierają się. Po prostu nie zamknąłem drzwi na klucz tłumaczę sobie. Wchodzę do domu i kieruję się do salonu, ale w pewnym momencie zauważam, że w salonie świeci się światło. Na pewno gasiłem światło. Oznacza to tylko jedno ktoś tu jest. Na szczęście stoję niedaleko szafy, w której są stare trójzęby mojego ojca. Wystarczy, że przejdę dwa kroki i cicho otworzę drzwi szafy.
   Bezszelestnie podchodzę do szafy, ale nie udaje mi się jej otworzyć bez skrzypnięcia. Wtedy słychać czyjeś kroki. Wyciągam trójząb i przygotowuję się do rzutu. Z salonu wychodzi dziewczyna, a ja ciskam trójzębem w jej kierunku. W ostatniej chwili schyla się i moja broń nawet jej nie dotyka.
-Finnick! - Krzyczy, a ja dopiero teraz orientuję się kim ona jest. To ta sama dziewczyna, z którą rozmawiałem w urodziny Annie. Zastanawiam się co może sobie o mnie teraz myśleć. Jestem ubrudzony krwią, a przed chwilą cisnąłem w nią trójzębem.
-Marlene... wybacz. - Szepczę.


_________________________________________________________________________________


   I rozdział 83 już dodany. Jak Wam się podoba? Mam nadzieję, że go skomentujecie :)
   Mam do Was taką małą prośbę... chodzi mi o wyświetlenia... chciałabym, żeby na początku listopada wybiło 10 000 wyświetleń, mogę Was o to prosić?
   No i jeszcze założyłam Ask'a specjalnie na tego bloga tu macie linka.
Jeśli pojawiły się błędy to bardzo przepraszam.
Kolejny rozdział w środę. 

wtorek, 6 października 2015

Rozdział 82 - "Muszę być dla niej oparciem"

FINNICK


   Słowa Annie zawisły w powietrzu, oddzielając nas ogromnym murem od jej rodziców. Nastała cisza. Matka Annie już otwiera usta, z których za moment zapewne wypłyną obelgi skierowane w moją stronę, ale to ojciec Annie pierwszy przerywa ciszę, mówiąc coś, czego ja na jego miejscu - gdybym miał taką żonę - powiedzieć bym się bał.
-Świetnie, bardzo cieszę się twoim szczęściem, a raczej waszym szczęściem. - Annie uśmiecha się, ale wciąż jest zdenerwowana. Głowa pani Cresty niebezpiecznie obraca się w stronę jej męża, a jej dłoń unosi się ku górze.
-Coś ty powiedział? - Warczy. Jest wściekła i pewnie spodziewa się, że pan Cresta przestraszony odwoła swoje słowa. Jednak na jego twarzy maluje się pewność siebie i determinacja, jakiej jeszcze nigdy u niego nie widziałem.
-Powiedziałem, że cieszę się ich szczęściem. - Mówi podniesionym głosem, wyraźnie akcentując słowo ich.
-Jak możesz... - Zaczyna krzyczeć pani Cresta, ale jej mąż łapie ją za podniesiony łokieć i wyprowadza żonę na zewnątrz. Annie osuwa się na kolana.
   Klękam i obejmuję ją, szepcząc Już dobrze, nie denerwuj się. Annie płacze, a jej ciałem wstrząsa spazmatyczny szloch. Wszystkie emocje, które tkwiły w niej od dawna, właśnie w tej chwili znajdują ujście i oczyszczają jej umysł z każdego złego wspomnienia. To dobrze. Potrzebuje takiego oczyszczenia. Ja zapewne też, ale to nie jest czas i miejsce na płacz. Muszę być dla niej oparciem.


TOM CRESTA - OJCIEC ANNIE


 
-Tom! Co ty robisz?! Jak możesz na to pozwalać? - Warczy moja żona. Jest w szoku, bo pierwszy raz nie byłem zaślepiony miłością do niej i postawiłem się jej.
-To jej życie! Ma prawo sama decydować! - Odpowiadam, prawie krzycząc.
-Wcale nie! To my jesteśmy jej rodzicami! - Lindsey nawet nie próbuje ściszać głosu i krzyczy na mnie.
-Zrezygnowaliśmy z funkcji jej rodziców, kiedy uciekliśmy od problemów i sfingowaliśmy naszą śmierć. - Nie mogę się przełamać i dalej mówię ściszonym głosem.
-Jak możesz! Przecież Lora zginęła! Musieliśmy mieć czas, żeby się uspokoić! - W jej oczach pojawiają się łzy, ale nie są szczere, mają na celu wywołać u mnie poczucie winy.
-A Annie?! Mieliśmy też drugą córkę! Ona straciła nie tylko Lorę, ale też nas! - Lindsey cały czas próbuje wywołać u mnie poczucie winy, ukazując swoje łzy, ale tym razem z marnym skutkiem. Teraz najważniejsze jest szczęście Annie i będę go bronił jak lew.
-Ale to nie my zniszczyliśmy tą małą słodką Annie! To był Finnick! - Czemu ona musi być tak uparta?!
-Właśnie, że to my! Słyszałaś, jak Elen mówiła, że Annie z dnia na dzień coraz bardziej zamykała się w sobie, a kiedy spotkała Finnicka, było z nią dużo lepiej. Powinniśmy mu podziękować, a nie mieć do niego o wszytko pretensje i traktować go tak jak ty. On pomagał jej przetrwać! - Krzyczę. Nie wytrzymuję. Lindsey odsuwa się ode mnie, a na jej twarzy maluje się zaskoczenie. Pierwszy raz w życiu na nią nakrzyczałem.
-Dobrze. Przeproszę go, ale teraz chodź, bo ludzie się na nas patrzą. - Szepcze. Cała Lindsey. Obchodzi ją tylko co ludzie powiedzą.

   Wchodzimy do środka i słyszymy głośny płacz Annie, zmierzamy w kierunku z którego dochodzi i widzimy ją klęczącą, wtuloną w również klęczącego Finnicka, który głaszcze ją po plecach i całuje w głowę. Lindsey przełyka głośno ślinę, a chłopak spogląda na nas, po czym znów zatapia twarz w jej włosach i chyba szepcze jej coś do ucha, bo kiedy podnosi głowę, Annie przytakuje. Finnick wstaje i pomaga zrobić to samo Annie. Cały czas ją przytula.
-Przepraszam was. Nie powinnam tak zareagować. Naprawdę bardzo się cieszę. - Mówi moja żona, widzę, że nie idzie jej to łatwo. Chyba tylko ślepy by tego nie zauważył, ale cieszę się, że w ogóle to mówi. Finnick uśmiecha się i ciągle przytula Annie.
-Może... ja zrobię herbatę? Annie... pójdziesz z rodzicami do salonu? - Zwraca się do niej. Moja córka kiwa głową i idzie do salonu, wycierając łzy, które leją się po jej policzkach. Lindsey próbuje ją przytulić, ale Annie odpycha jej rękę.


FINNICK


   Dochodzi godzina dwudziesta pierwsza. Rodzice Annie wyszli godzinę temu, a ja i Annie dalej siedzimy w moim starym domu. Stwierdziliśmy, że zostaniemy tu jeszcze trochę i pokażę ukochanej pamiętniki Seannera. Teraz przeglądamy już trzeci.
-Seanner był bardzo do ciebie podobny. - Odzywa się Annie, przerywając tym samym ciszę, która tkwiła pomiędzy nami od godziny.
-W jakim senesie? - Pytam.
-Z tego co tu przeczytałam, wiem, że był inteligentny i wrażliwy, kochał Penny i troszczył się o nią. Zupełnie jak teraz ty.  - Mówi i uśmiecha się. - Ciekawe czy ja też jestem podobna do Penny... to byłoby wspaniałe... no i trochę dziwne, ale mimo to wspaniałe! - Mówi rozmarzonym głosem. To chyba nie najlepszy moment, żeby powiedzieć jej, że raczej jedyne co - oprócz więzów krwi - łączy mnie z Seannerem to miłość. Moja do Annie, a Seannera do Penny i to, że obydwoje bylibyśmy wstanie oddać życie za ich szczęście.

_________________________________________________________________________________


   No i znowu rozdział jest krótki... przepraszam, obiecuję, że następny będzie dłuższy. Ten jest krótki, bo całą niedzielę i wczorajszy dzień musiałam się uczyć na sprawdziany i kartkówki (no w dupę jeża... mogłoby być tego mniej... tych kartkówek  i sprawdzianów oczywiście :D), ale napisałam trochę w sobotę i dziś... normalnie to napisałabym jeszcze trochę więcej i jutro bym skończyła, ale... jutro mam jeszcze kilka kartkówek i to akurat z przedmiotów, na których mi zależy, a poza tym... trzeba uczcić nowy zwiastun nowym rozdziałem :)
Kolejny rozdział w sobotę. Mam nadzieję, że ten Wam się choć trochę spodobał i skomentujecie go :)
A tak na marginesie, to co myślicie o tym fragmencie oczami ojca Annie? Udał się? Częściej pisać coś oczami innych bohaterów? Czy może wręcz przeciwnie?
A miałam coś napisać o szablonie... przepraszam, ale zrobię jeszcze jeden i dopiero wtedy zapytam Was o zdanie :)
      Tak w ogóle to właśnie zauważyłam w zwiastunie scenę, którą uważam za najgorszą w całych IŚ... i na pewno będę płakać jak to zobaczę w filmie... :( Teraz to ja potrzebuję oparcia :(

ZWIASTUN!!!!

KOLEJNY ZWIASTUN!!! AAAA......
Liczyłam na to, że wyjdzie wczoraj... no cóż... ale już jest i też jest dobrze... no tak jakby... bo sami rozumiecie... ostatnia część wychodzi już za około 45 dni. Za około 45 dni zobaczymy na wielkim ekranie kilka radosnych momentów i kilka tych bardzo przygnębiających... przez które zacznę płakać i będą wyganiać mnie z kina XD... zapewne większość z Was domyśla się, o które momenty mi chodzi... Dobra... nie przedłużając... Kolejna notka za godzinę... może dwie, a tu macie zwiastun... a i koniecznie napiszcie mi jak zwiastun się Wam podoba :)



sobota, 3 października 2015

Rozdział 81 - "Tak"

FINNICK


   Razem z panem Crestą zmierzamy ku Przystani Łodzi, ponieważ poprosił mnie, żebym pomógł mu w przeniesieniu do domu jakiejś bardzo ważnej rzeczy. Ja przeczuwam, że był to tylko pretekst.
-Finnick? - Zaczyna ojciec mojej ukochanej. - Czy... czy ona dalej boi się burzy? - To dziwne, że tylko to go interesuje.
-Tak. - Mówię, a on uśmiecha się smutno.
-Kiedyś to ja i Lora przytulaliśmy ją, żeby się nie bała. Widzę, że teraz to ty się tym zajmujesz. - Mówi, ale w jego głosie nie ma jadu, którym uwielbia pluć jego żona. Jego głos jest przepełniony smutkiem.
-Ja... przepraszam. - Szepczę. Pan Cresta odwraca się do mnie.
-Nie masz za co. Cieszę się, że ktoś zajmował nasze miejsce, kiedy nas nie było. - Na jego twarzy zagościł uśmiech, ale nie znam go na tyle, żeby ocenić czy uśmiech ten jest szczery, czy wymuszony.
   Długo spacerujemy w ciszy. Wdycham świeże powietrze i rozkoszuję się świecącym słońcem i szumem fal. Po jakimś czasie przerywam ciszę, zadając nurtujące mnie pytanie.
-Co pan pomyślał, kiedy zobaczył jak przytulam ją na kanapie? - Ojciec Annie odwraca się w moim kierunku.
-Pomyślałem, że dziewczynka, która niegdyś razem z siostrą pokazywała mi bransoletki z muszelek nigdy już do mnie nie wróci. - Odpowiedział, a łza spłynęła po jego policzku. Szybko wytarł ją wierzchem dłoni. - Taka jest kolej rzeczy. Kiedyś była dzieckiem, a teraz jest już dorosłą kobietą i kiedyś sama będzie mieć dzieci. - Odpowiedział.
-Ale... wie pan, że pomiędzy nami do niczego nie doszło. - Mówię.
-Nie musisz mi się tłumaczyć. - Mówi. - Ja chcę tylko, żeby była szczęśliwa, a wiem, że tylko z tobą taka będzie. Bo cię kocha. - Dodaje. Spuszczam głowę. Chciałbym, żeby mogła być ze mną szczęśliwa, ale czy będzie? Kocham ją najmocniej na świecie i pragnę tylko jej dobra, czy to wystarczy? Czy wystarczy jej do szczęścia?

-Dlaczego pana żona mnie nienawidzi? - W drodze powrotnej pytam ojca Annie.
-Ona nie może pogodzić się z tym, że zostawiła małą dziewczynkę, a zastała młodą kobietę. Myśli, że to ty odebrałeś jej tą małą Annie, która była wiecznie uśmiechnięta i zawsze widziała dobre strony w każdej sytuacji, nawet kiedy jej siostrę wylosowali na Igrzyska, ona pocieszała nas, a nie my ją. Prawda jest taka, że to my ją zniszczyliśmy. Ja i Lindsey z tymi jej głupimi pomysłami. - Mówi z pogardą w głosie.
-Najpierw straciła siostrę, a potem was. - Mówię. Pan Cresta kiwa głową.
-Nawet nie chcę wiedzieć, co by się z nią stało, gdyby cię nie poznała. Elen mówi, że z dnia na dzień coraz bardziej się w sobie zamykała. - Mówi.
-Ja nie chcę wiedzieć co bym zrobił, gdybym jej nie poznał. Najpewniej nie miałbym dla kogo żyć. - Mówię pod nosem. Pierwszy raz szczerze rozmawiam z kimś, kto nie jest Annie, albo Mags. To dla mnie nowość.


ANNNIE


 
-Co ty widzisz w tym Finnicku? - Pyta z obrzydzeniem moja matka. Za te słowa mam ochotę wyrzucić ją z tego domu.
-A ty? Czemu kochasz tatę? - Pytam z ironicznym uśmiechem.
-Przestań. Powiedz mi co w nim widzisz. - Pyta, a jej głos jest oschły. Jeszcze nigdy taki nie był, kiedy odzywała się do mnie.
-Chcesz wiedzieć? Dobrze. Finnick mnie kocha, jest wrażliwy, inteligentny, troskliwy. Robi wszystko, żeby mnie chronić, chociaż sam przez to cierpi. On chce tylko mojego szczęścia. Co chcesz jeszcze usłyszeć? Może to, że dzień, kiedy wyznał mi miłość był jednym z najlepszych dni w całym moim życiu, a drugim był dzień, kiedy mi się oświadczył. - Warczę, a moja matka robi urażoną minę. Po chwili i ja i ona zdajemy sobie sprawę z tego co powiedziałam.
-Oświadczył ci się?! - Krzyczy. Kilka sekund mojego milczenia i obok niej staje zszokowany tata, a ja słyszę za plecami bicie serca Finnicka. To właśnie ten dźwięk dodaje mi odwagi, więc podnoszę wzrok i pewnym głosem oznajmiam:
-Tak, a ja przyjęłam oświadczyny, bo Finnick jest najważniejszą osobą w moim życiu.


_________________________________________________________________________________


   Udało się dodać coś jeszcze dziś. Bardzo przepraszam jeśli pojawiły się jakieś błędy, ale nie mam czasu ich teraz poprawiać, ani tym bardziej szukać. Obiecuję, że niedługo je poprawię.
   Mam nadzieję, że rozdział się Wam podobał, a następny będzie już niedługo... może w poniedziałek, a może we wtorek :D Biorę pod uwagę tylko te dwie możliwości, także poniedziałek, albo wtorek :)
Prawdopodobnie jutro skończę tworzenie kolejnego szablonu, więc zapytam Was co o nim sądzicie :)