czwartek, 31 grudnia 2015

One Shot: Kiedy sen przerodzi się w koszmar.

   Kiedyś myślałem, że mogę wszystko. Myślałem, że uzbrojony jedynie w trójząb i uśmiech zawojuję cały świat. Przecież miałem wszystko, co było dla mnie równoznaczne z mogę wszystko. Przecież nigdy nie zostałem wylosowany do Głodowych Igrzysk, miałem dobrą pracę, wspaniały dom, leżący niedaleko plaży, byłem zdrowy i miałem to co najważniejsze - rodzinę. Moją własną małą rodzinę, na którą składała się najpiękniejsza kobieta jaką widziałem, mądra i cudowna - moja żona, a także wspaniałe, zdrowe dziecko - moja córka.
   Codziennie rano budziłem się z ogromnym uśmiechem, całowałem żonę w policzek, a następnie ubrany i najedzony ruszałem do pracy, z której wracałem z jeszcze większym uśmiechem na twarzy. Wchodziłem do domu, całowałem żonę na powitanie i od razu biegłem do córki, żeby tylko zobaczyć czy to wszystko prawda, czy nie śniłem. Nie śniłem. To była prawda.
    Moje szczęście trwało dwa miesiące. Po tym czasie wszystko się zmieniło. Chociaż ten dzień zapowiadał się dobrze tak jak pozostałe. Wstałem, usłyszałem gaworzenie mojej małej córeczki, której mieliśmy tego dnia wybrać wreszcie imię i na mojej twarzy od razu zagościł uśmiech. Moja żona jeszcze spała, więc tylko pocałowałem ją w policzek i poszedłem do łazienki, wziąłem prysznic, ubrałem się w strój roboczy i zszedłem na dół, aby przygotować śniadanie dla mnie i dla mojej żony, która zawsze schodziła na dół w tym samym momencie, w którym ja wstawałem od stołu. Tym razem postanowiłem zrobić naleśniki, które można powiedzieć są moim daniem popisowym - potrafię zrobić tylko naleśniki, jajecznicę i kanapki. Zjadłem i  zbierałem się do wyjścia, moja żona też już zeszła na dół, uśmiechnęła się i pożegnała. Ruszyłem do pracy. Kiedy z niej wracałem spotkałem Irnę wraz z Terenem. Ich widok był dla mnie dziwny, bo w końcu ciężko jest się przyzwyczaić do widoku swoich najlepszych przyjaciół, którzy niegdyś się nienawidzili, a teraz świata poza sobą nie widzą. Zaprosiłem ich do siebie na kolację. Para chętnie zgodziła się.
   Wszedłem do domu i jak zwykle udałem się do kuchni, gdzie powinna czekać na mnie moja żona. Jednak zamiast Alice zastałem leżącą na kuchennym stole kartkę. Na początku myślałem, że zostawiła mi liścik, że wyszła do sklepu, dlatego podszedłem do kartki leżącej na stole i wziąłem ją w dłoń. Zacząłem czytać.

Mój drogi,

   Pamiętam wszystkie chwile, spędzone z Tobą. Począwszy od dnia, w którym mnie uratowałeś do dziś - dnia, w którym uratowałam się sama. 
"Od czego się uratowałaś?" zapytasz. "Od Ciebie." odpowiem. 
   To nie tak, że jesteś zły. Jesteś dobry. To nie tak, że źle mnie traktowałeś. Traktowałeś mnie bardzo dobrze. 
   Tylko, że ja nie chcę rodziny. Nie chcę Ciebie. Nie chcę małej. Nie zrozum mnie źle - TY BYŁEŚ DLA MNIE WAŻNY. Tylko... rodzina to dla mnie balast. Nie chcę stać się kurą domową, która całymi dniami siedzi z płaczącym dzieckiem, która przygotowuje obiadki dla zapracowanego męża. Jestem na to za młoda i musisz przyznać - za piękna. 
   Dlatego uciekam. Uciekam i nie próbuj mnie szukać, bo wszystko co niegdyś było między nami teraz już wyparowało. Dlatego ułóż sobie życie na nowo, albo nie. Opiekuj się małą, albo nie. Mnie już nic nie obchodzi. 
Żegnaj.

   Do dziś pamiętam jak moje łzy skapywały na kartkę. Pamiętam jak zmiąłem ją w pięści i wrzuciłem do śmieci. Pamiętam nadzieję, która przedarła się do mojego umysłu. "To musi być żart. Jej rzeczy na pewno są na górze. Żartowała." pomyślałem. Pobiegłem na górę i zajrzałem do szafy. Nie żartowała. Uciekła. Pamiętam krzyk, który wydostał się z mojego gardła. Pamiętam szloch, który zawładnął moim ciałem. Płakałem głośniej niż dziecko. 
   Nie wiem jak długo siedziałem w takim stanie w sypialni. Wiem, że później zszedłem do kuchni i upiłem się rumem. Wyjąłem list z kosza i czytałem go raz za razem, aż zasnąłem.
   Irna i Teren odwiedzili mnie tak jak obiecali. Tylko, że w tamtej chwili nie potrzebowałem odwiedzin. Chciałem zniknąć. Zobaczyli mnie śpiącego na stole w kuchni. Irna pobiegła do małej, a Teren mnie obudził. Zapytał co się stało. Pokazałem mu list. "Oj, stary. Przykro mi. Ale... kurde. Masz dziecko i musisz się wziąć w garść, żeby je wychować na dobrego człowieka. Nie na takiego jakim była twoja żona. Ja i Irna ci pomożemy, twoi rodzice, twoja siostra. Nie jesteś sam. Pamiętaj o tym." powiedział. Myślał, że to mi pomoże, że wezmę się w garść. Nie pomogło. 
   Z dnia na dzień moje siły malały. Z dnia na dzień staczałem się coraz bardziej. Rodzice przygarnęli mnie. Nadałem córce imię. Alice. Nikomu się to nie spodobało, ale ja chciałem, żeby chociaż ta Alice mnie nie zostawiła. To ja miałem zostawić ją. 
   Po dwóch latach znów spotkałem swoją żonę. Była na plaży z jakimś mężczyzną. Jej jasnobrązowe, falowane włosy powiewały na wietrze. Była taka piękna. Podszedłem do niej. Wyśmiała mnie. "Jesteś zwykłym pijakiem. Jak mogłabym z tobą być?" zapytała. "Stałem się taki przez ciebie." odpowiedziałem. Splunęła mi w twarz. Odszedłem. 
   Kilka dni po tym zdarzeniu, kiedy dwudziesta butelka rumu został opróżniona wpadłem na pewien pomysł, który dla pewności zapisałem na kartce, żeby następnego dnia o nim nie zapomnieć. Wiadomość, którą sobie zostawiłem była krótka, ale jasna. 

   Łódź. Żyletka. Ty. Koniec męczarni. 
   
   To wydawało się takie proste. "Wypłynę na morze i podetnę sobie żyły. Będę z dala od ludzi i nikt nie zdoła mnie uratować." pomyślałem. Plan idealny. Następnego dnia wstałem i przeczytałem wiadomość. Ubrałem się, schowałem żyletkę i zabrałem się za napisanie listu. Tyle pięknych słów rodziło się w mojej głowie, ale nie znalazłem w sobie dość siły, aby je napisać. Było tylko jedno słowo, które udało mi się zapisać. 

Przepraszam.

  Jedno słowo. Tak wielkie znaczenie. Przeprosiłem za wszystko. Za to, że byłe tchórzem. Położyłem kartkę na stoliku nocnym. Podszedłem do łóżeczka, w którym spała słodka istotka i pocałowałem ją w policzek tak jak kiedyś robiłem. Wyszedłem. Ruszyłem w kierunku przystani. Wsiadłem do łodzi i ruszyłem. Odpłynąłem na odpowiednią odległość i zrobiłem to. Podciąłem sobie żyły. Zamknąłem oczy z nadzieją, że więcej ich nie otworze. Nic już nie czułem. 
   W pewnym momencie znów otworzyłem oczy. Czy to już koniec? pytałem się w duchu. To nie był koniec. Przecież nie powinienem nic czuć, prawda? A przecież bolała mnie ręka i głowa. 
-Ooo... śpiąca królewna wreszcie postanowiła otworzyć oczy - usłyszałem chrapliwy głos jakiegoś starszego człowieka. - Nie ruszaj się. Zaraz dopłyniemy do brzegu - oznajmił. 
-Uratował mnie pan? - spytałem słabo.
-Na to wygląda - odparł mężczyzna. 
-Ale ja nie chciałem... ja chciałem zginać - oznajmiłem. - Straciłem ją bezpowrotnie - dodałem.
-Tak jak ja swoją rękę i jakoś nie rozpaczam - odpowiedział. Chciałem na niego spojrzeć, ale moja głowa była tak ciężka, że nie potrafiłem jej podnieść. 
-Ja nie chcę już cierpieć. Nie chcę topić smutków w alkoholu - powiedziałem cicho. 
-To zepnij dupę i weź się do roboty - oznajmił ostro. Po chwili odezwał się znów, tym razem łagodniej - Posłuchaj... życie prowadzi nas krętymi ścieżkami, ale to właśnie one sprawiają, że stajemy się coraz silniejsi. 
   Nie pamiętam co działo się później. Pamiętam jednak ostatnie słowa tego człowieka, które skierował do mnie Kiedyś mi za to podziękujesz.
   Miał rację. Miał rację we wszystkim. Wreszcie wziąłem się w garść. To wszystko sprawiło, że stałem się silniejszy. Zacząłem mu dziękować i dziękuję mu po dziś dzień. Chociaż teraz już nie jest tym młodym mężczyzną. Teraz mam już dorosłą córkę i dorosłą siostrzenicę, którą traktuję jak córkę. Obydwie mają dzieci. Moja siostrzenica córeczkę. Moja córka ma syna, którego nazwała Finnick. Chłopiec mnie uwielbia, a moje życie znów przypomina sen. Boję się momentu, kiedy sen znów przerodzi się w koszmar. Jednak teraz będę walczył od początku, bo tylko tchórze się poddają. Ja tchórzem nie jestem. 


_________________________________________________________________________________


   No cóż... rok 2015 się kończy, więc z tej specjalnej okazji postanowiłam przybliżyć Wam nieco historię dziadka Finnicka. Raczej nie będę wstawiała więcej One Shot'ów, chyba, że będzie jakaś wyjątkowa okazja, a rozdział nie będzie skończony XD
   No bo przecież dziś jest wyjątkowa okazja nie co dzień rok się kończy... ha ha ha... kończy się co rok... (jakie to było suche... XD) No i z tej okazji chciałabym życzyć Wam wszystkiego najlepszego, żeby spełniły się Wasze postanowienia noworoczne, żebyście byli cały czas uśmiechnięci, żeby wszystko Wam się układało i dobrych ocen też Wam życzę :D 
   To chyba już wszystko co chciałam Wam przekazać... a nie jeszcze nie!! Oficjalnie ogłaszam, że mój drugi blog - Życie to nie bajka jest już aktywny!! Nowy rozdział na nim dodam 1.01.2016 r. Teraz znajduje się tam ogłoszenie. Jednak zachęcam Was, żebyście już dziś tam zajrzeli. Głównie dla nagłówka, z którego jestem potwornie dumna! (Jutro nagłówek z tamtego bloga pojawi się tu w zakładce z Grafiką. 
  Napiszę jeszcze, że ten One Shot jest... średni, ale jest kilka zdań, z których jestem dumna :)

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU I NIECH LOS ZAWSZE WAM SPRZYJA!! 

wtorek, 29 grudnia 2015

Rozdział 105 - Strażnicy Pokoju

FINNICK


   Biegnę. 

-Mamo? Dlaczego ci ludzie zbierają się przed tym telewizorem na placu? - siedmioletni chłopiec o oczach w kolorze morskiej zieleni pyta swojej matki. 
-To... nic takiego. Wracamy do domu - kobieta nagle robi się nerwowa i szybko wstaje z ławki, na której jeszcze przed chwilą siedziała.
-Ale ktoś tam krzyczał. Prosił o pomoc - mówi chłopczyk.
-To powtórka z  Pięćdziesiątych siódmych Głodowych Igrzysk. Niedługo będą pięćdziesiąte ósme, pamiętasz? - szybko odpowiada kobieta i łapie synka za rękę, a potem idzie z nim w kierunku domu. 

   Biegnę.

-Mamo! Co się dzieje? Gdzie Strażnicy Pokoju zabierają tą płaczącą kobietę? Raczej nie chcą otrzeć jej łez, nie chcą jej pomóc, prawda? - pyta znów ten chłopiec. Tym razem już dziesięcioletni. 
-Ona... ona kradła. Ukarzą ją - oznajmia smutna kobieta. Nie wiadomo czy przygnębia ją fakt, że dzisiejszego dnia kolejny obywatel jej dystryktu straci życie, czy to, że wreszcie musiała powiedzieć chłopcu prawdę.
-Zbiją ją, prawda? - pyta chłopiec. 
  Kobieta szybko rozgląda się dookoła, a potem znów patrzy na chłopca i cicho zwraca się do niego:
-Prawdopodobnie, ale to nie nasza sprawa. A ty nigdy więcej nie mów takich rzeczy, kiedy ktoś może usłyszeć, dobrze? - pyta.

   Biegnę.

-Przecież to dopiero dziecko... ukarzą je? - tym razem dwunastolatek o oczach w kolorze morskiej zieleni pyta matki. 
-Tak - odpowiada kobieta. Jej głos drży. 
   Kobieta zawsze była wrażliwa, zawsze płakała, kiedy dzieci ginęły na arenie Głodowych Igrzysk. Wie, że przed nimi było całe życie, a teraz nie ma już nic. 
-Chodźmy - mówi chłopiec. Nigdy nie lubił patrzeć na cierpienie matki, ani kogokolwiek innego.

   Już prawie jestem. Strażnicy Pokoju dotarli na miejsce przede mną i teraz zabierają dziewczynkę od sklepikarza. Ciągną ją za czarne długie włosy, a po twarzy dziewczynki toczą się ogromne, błyszczące w słońcu łzy,  które mogę dostrzec z odległości półtora metra.
-Stop!! Zostawcie ją! - krzyczę.
   Strażnicy Pokoju odwracają twarze w moją stronę. Już jestem. Teraz mogę dostrzec wszystkie ich emocje, wszystkie ich uczucia, których nie nauczyli się maskować. Nie wszyscy potrafią maskować swoje uczucia. Zazwyczaj potrafią to jedynie zwycięzcy Głodowych Igrzysk, ale ich po wygranej i po dokonaniu tych wszystkich morderstw ciężko nazywać ludźmi. Twarze trzech z czwórki Strażników Pokoju przybrało te same wyrazy - dziwna mieszanka dla mieszkańców dystryktów innych niż dwójka, albo Kapitol, choć oczywiście Kapitol to nie dystrykt. Co przedstawiają ich twarze? Wyższość, złość i zdziwienie. Na twarzy czwartego widnieje dziwna mieszanka emocji dla osób z Kapitolu i Dwójki - współczucie, zdziwienie i wstyd. Przypominam sobie, że tego czwartego już dziś spotkałem. Wydaje się być miłym człowiekiem, dlatego w mojej głowie rodzą się pytania Dlaczego został Strażnikiem Pokoju? Dlaczego wybrał taki los? Ma już dość bycia postrzeganym jako człowiek? Może został zmuszony? Odwracam głowę od czwartego ze strażników i patrzę prosto w oczy najbardziej bezwzględnego - poza Snowem - człowieka, którego kiedykolwiek poznałem. Patrzę w oczy Głównego Strażnika Pokoju, jego imię i nazwisko to Mean Nervosi. Pochodzi z Kapitolu.
-Zostawcie ją. To tylko dziecko - mówię pewnie. Czwarty Strażnik Pokoju ledwo widocznie kręci głową, próbując dać mi znać, że nie powinienem się z nimi targować.
-Kim ty jesteś, żeby mówić mi co mam robić? - pyta Mean Nervosi, jego głos jest zimny niczym jego pozbawione skrupułów serce.
-Zwyciężyłem Głodowe Igrzyska, kiedy miałem czternaście lat. Już wtedy osiągnąłem więcej niż ty osiągniesz przez całe życie - oznajmiam gorzko.
-Finnick! - pojawia się Annie. - Co się dzieje? - pyta, spoglądając to na mnie, to na sklepikarza, strażników i dziecko.
   Moja ukochana zauważa, że jeden z mężczyzn, którzy mają pilnować porządku w naszym dystrykcie, trzyma dziewczynkę za włosy. Zdziwienie na jej twarzy ustępuje miejsca złości. Mam wrażenie, że Annie zaraz sama rzuci się na tych strażników, ale ona tylko patrzy.
-Niech pan ją puści - mówi cicho, ale zdecydowanie.
-Nie będziesz mi rozkazywać młoda damo - odpowiada strażnik.
-Niech pan ją puści, bo inaczej ja powyrywam panu wszystkie włosy - warczy Annie.
   Obejmuję ją, bo wiem, że inaczej zaraz rzuci się na strażnika. Annie trochę się uspokaja, ale nie za wiele.
-Co zrobiła ta dziewczynka? - pytam spokojnie.
-Chciała ukraść dwa jabłka - oznajmia dumny z tego, że ją złapał sklepikarz.
-I o to jest ta afera? Chciała ukraść dwa jabłka? - pyta Annie, w jej głosie da się wyczuć sarkazm.
-Dla niektórych dwa jabłka to majątek. Nie każdy zwyciężył Głodowe Igrzyska. Gdybym nie przyłapał tej małej jak chowała jabłka do torebki... - mówi sklepikarz.
-Ja... ja... prze... przepraszam... byłam... byłam... gł... głodna... a w do... domu... nie... nie mamy... pieniędzy... - łka dziewczynka.
-Zapłacę za te jabłka - oznajmiam pewnie. - Jabłka zostaną kupione i żadnej kradzieży nie będzie. Ona nic więcej nie ukradnie, prawda? - zwracam się do dziewczynki, a ona kiwa głową. - Ile? - pytam sklepikarza.
-Będę musiał sprawdzić - odpowiada sklepikarz.
-Dziewczynka musi zostać ukarana  - oznajmia Neverosi.
-Ale... z tego co wiem to może zostać ukarana, jeśli właściciel sklepu zgłosi dokonanie przestępstwa i zostanie sporządzony specjalny formularz... - oznajmia jeden ze strażników.
-No właśnie, a pan jednak nie zgłosi kradzieży, prawda? - pytam sklepikarza.
-Nie, nie zgłoszę - oznajmia mężczyzna.
-Puśćcie dziecko - odzywa się głucho Neverosi.
   Strażnik Pokoju wypuszcza włosy dziewczynki z dłoni i odchodzi. Annie wyrywa się z mojego uścisku i podchodzi do dziecka, a potem idzie usiąść razem z dziewczynką na ławce. Główny Strażnik Pokoju podchodzi do mnie.
-Kiedyś cię załatwię. Będę patrzeć na łzy twoje i twoich bliskich, a na mojej twarzy będzie ogromny uśmiech, świadczący o twojej druzgoczącej porażce i moim słodkim zwycięstwie - syczy i wycofuje się.


_________________________________________________________________________________


   Dawno nie było rozdziału... przepraszam, wiem, że miałam wstawić rozdział w Wigilię i miał być w nim zazdrosny Finnick, ale... wtedy skończyłam go tylko w połowie. Później jak go przeczytałam to stwierdziłam, że nie mogę go opublikować, bo był okropnie słaby i napisałam od nowa... ten też najlepszy nie jest, wiem i przepraszam. No i nie ma zazdrosnego Finnicka, ale obiecuję, że niedługo będzie :)
   Nie wiem kiedy będzie nowy rozdział, ale postaram się, żeby był jak najszybciej :)
   No i mam nadzieję, że ten spodobał Wam się choć trochę :)
PS Zapomniałam... mam do Was pytanie... jak wiadomo premiera Kosogłosa cz.2 odbyła się ponad miesiąc temu, a tu nadal jest zakładka "Promocja-Kosogłos cz.2" i nie wiem czy zostawić ją jako taką pamiątkę z czasu, kiedy czekaliśmy (jestem potwornie sentymentalnym człowiekiem) czy w jej miejsce stworzyć nową zakładkę?

czwartek, 24 grudnia 2015

WESOŁYCH ŚWIĄT!!

Tak wiem... miałam wstawić nowy rozdział, ale nie zdążyłam go napisać (mam nadzieję, że nie jesteście za to na mnie źli, ale myślałam, że się wyrobię z pomaganiem w przygotowaniach do Świąt)... obiecuję, że wstawię go najszybciej jak będę mogła :)
   Teraz jednak chciałabym życzyć Wam wszystkim zdrowych, wesołych Świąt, żebyście miło spędzili ten czas, żebyście dostali wszystko czego pragniecie, żeby uśmiech nie schodził Wam z twarzy w trakcie tych Świąt (i nie tylko Świąt :D) no i oczywiście dużo zdrowia, szczęścia i radości :)


Życzy Wam love dream
And may the odds be EVER in Your favor!

niedziela, 20 grudnia 2015

Rozdział 104 - Tęsknota

MAGS


   Stoję przed drzwiami, które już za moment otworzę, aby po latach znów zobaczyć moją młodszą siostrę. Denerwuję się. Co będzie jeśli mnie nie pozna? Co jeśli nie będzie chciała ze mną rozmawiać? Zastanawiam się dlaczego w ogóle zdecydowałam się na taki krok... przecież żyłybyśmy jak dawniej i byłoby w porządku, a może nie byłoby w porządku? Może ciągle brakowałoby mi tego co było kiedyś? Łapię klamkę. To chyba nie był dobry pomysł... przecież ostatnio widziałam ją na placu głównym. Ona mnie też. Gdyby mnie poznała na pewno by do mnie podeszła, chociażby po to, żeby się przywitać. Na pewno mnie nie pamięta. Ośmieszę się. Zabieram rękę z klamki.
    Przecież muszę spróbować. Biorę głęboki oddech i z drżeniem wypuszczam powietrze. Nie pamiętam kiedy ostatnio serce tak mi waliło. Jestem pewna, że ludzie słyszą je w całym Dystrykcie Czwartym o ile nie w całym Panem. Unoszę drżącą dłoń w powietrze i opuszczam ją na klamkę. W końcu otwieram drzwi. Wchodzę do środka i widzę ją. Właśnie z kimś rozmawia. Stoi plecami do mnie. Mam jeszcze czas - mogę się wycofać. Nie. Nie mogę. Odwracam głowę, aby spojrzeć na przyjaciela mojej młodszej siostry. Mężczyzna uśmiecha się do mnie. Kolana uginają się pode mną. Staję niedaleko za moją siostrą, jednak w takiej odległości, żebym mogła jeszcze zrezygnować. Próbuję opanować oddech i czekam. Czekam.
   Osoba, z którą rozmawiała Irna w końcu żegna się z kobietą i idzie dalej. Podchodzę do młodszej siostry i staję na przeciw niej.
-Mags... - szepcze z ogromnym uśmiechem na ustach. - Wszystkiego najlepszego - mówi, przypominając mi o tym, że dziś mamy urodziny.
    Mnie i Irnę dzieli dokładnie cztery lata. Moja siostra urodziła się w moje czwarte urodziny.
-Nawzajem - oznajmiam, a mój głos brzmi zupełnie jak nie mój. Zawsze gdy się denerwuję mówię inaczej.
   Kobieta otwiera ramiona, aby mnie objąć. Robię to samo i już po chwili przytulamy się do siebie.
Tak bardzo za tym tęskniłam. Tak bardzo za nią tęskniłam. 


FINNICK


   Nigdy wcześniej nie widziałem tak zdenerwowanej, a jednocześnie szczęśliwej Mags. Gdy widzę uśmiech na jej twarzy od razu taki sam pojawia się i na mojej twarzy. Moja mentorka jest jedną z najważniejszych osób w moim życiu, więc nie ma nic dziwnego w tym, że kiedy ona jest radosna ja również jestem. Odwracam głowę w kierunku Annie, aby zobaczyć, czy jej również udzieliło się szczęście naszej mentorki, ale Annie tam nie ma. Omiatam wzrokiem całą wypożyczalnię i dalej nie dostrzegam mojej ukochanej.
-Dziadku... widziałeś Annie? - szepczę.
-Tak... chyba wychodziła na zewnątrz - odpowiada mój dziadek, również szeptem.
-Zaraz wracam - oznajmiam cicho.
   Wychodzę na dwór i widzę jak niewysoka dziewczyna o rudo-brązowych włosach biegnie przez plac główny. Jej biała sukienka sięgająca kolan rozwiewa się na wszystkie strony.
-Annie! - krzyczę.
   Dziewczyna odwraca się w moją stronę. Z jej zielonych oczu obficie wypływają łzy. Nagle osuwa się na ziemię, twarz ukrywa w dłoniach. Ruszam w jej kierunku.
   Wreszcie docieram do ukochanej i również upadam na kolana. Przytulam ją, a ona wtula głowię w moją pierś. Gładzę ją po włosach.
-Co się stało? - szepczę jej do ucha. Dziewczyna unosi głowę i spogląda mi prosto w oczy.
-Ja... pomyślałam, że... po prostu chciałabym, żeby Lora tu była... tęsknię za nią... strasznie tęsknię... teraz jak zobaczyłam tą scenę... ja... pomyślałam o Lorze i o mnie... jakby to było gdyby tu była... a potem... potem po prostu przypomniałam sobie, że jej tu już nigdy nie będzie... ja... strasznie chcę, żeby tu była... - łka. Łzy ciągle wypływają z jej oczu.
    Nawet nie wiem jak mam ją pocieszyć... przecież nie powiem jej, że wszystko będzie dobrze, bo nie będzie. Annie świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że już zawsze będzie tęsknić za siostrą, że skrawek jej serca umarł wraz z Lorą, bo zawsze kiedy tracimy kogoś bliskiego bezpowrotnie tracimy też część siebie, część swojego serca, swojej duszy. To smutne, ale niestety prawdziwe. To właśnie jest cel Głodowych Igrzysk. Wcale nie są po to, abyśmy przez strach nie chcieli sprawiać problemów. One mają na celu zabrać nam jakieś części nas samych, abyśmy nie chcieli już sprawiać żadnych kłopotów. Tylko, że czasem w miejsce tej cząstki pojawia się coś innego, znacznie gorszego - żądza zemsty. Nie dzieje się tak u wszystkich, ale są takie przypadki. Niektórzy oddają się tęsknocie, a inni snują plany zemsty. Kiedyś te osoby będą stanowić większość populacji - może nawet już tak jest - i ich plany nie będą jedynie marzeniami, a staną się rzeczywistością. Mam nadzieję, że nie będę musiał długo na to czekać.

-Przepraszam, czy mógłbym prosić o opuszczenie placu głównego? Albo chociaż, żeby państwo wstali? - pyta delikatny męski głos.
   Podnoszę głowę do góry i zauważam jednego ze Strażników Pokoju. Patrzę na niego podejrzliwie. Strażnicy Pokoju w Czwórce zazwyczaj byli bezwzględnymi ludźmi, którzy nie przejmowali się ludzkim losem i nigdy nie prosili. Oni żądali. Oni wymagali. Kapitolińczycy. Jak Snow. To jasne, że ten mężczyzna niedawno został Strażnikiem Pokoju. Jak na razie ma jeszcze ludzkie cechy.
    Kiwam głową i wstaję, po czym pomagam to samo uczynić Annie.
-Dziękuję - mężczyzna uśmiecha się i odchodzi.
   Przez chwilę jeszcze wpatrujemy się w oddalającego się mężczyznę. Obejmuję Annie i ruszamy z powrotem do Dystryktowej Wypożyczalni. Jesteśmy już przy drzwiach i zamierzamy wejść do środka, kiedy do naszych uszu dociera wołanie o pomoc przerażonego dziecka i krzyk dorosłego mężczyzny. Odwracam głowę w ich kierunku i dostrzegam sklepikarza, który podnosi za rękę dziewczynkę, która ma około dziesięciu lat.
-Zaraz wezmę Strażników Pokoju! Oni już dopilnują, abyś straciła te swoje lepkie rączki! - krzyczy.
   Strażnicy Pokoju już zbliżają się do sklepikarza i dziewczynki. Mi przypomina się inna scena, która zakończyła się tragicznie.
   Pada deszcz. Ogromne krople spadają na ziemię i rozpryskują się na chodniku. Szesnastoletni chłopak o morskich oczach siedzi na ławce i obserwuje dzieci bawiące się w kałużach. "Są takie małe, takie niewinne. Żyją w błogiej nieświadomości. Nie wiedzą jeszcze czym są Głodowe Igrzyska. Nie wiedzą jeszcze czym jest świat, czym są ludzie. Po prostu beztrosko się bawią." Myśli. Powietrze przecina świst batu, uderzającego w ludzkie ciało. Rozlega się głośny płacz pomieszany z krzykiem i błaganiem o pomoc. Szesnastolatek gwałtownie odwraca głowę w kierunku, z którego dochodzą te okropne dźwięki. Wtedy zauważa przed drzwiami sklepu stojącego sklepikarza i Strażnika Pokoju, który znęca się nad młodym człowiekiem. Uderza go batem. Kopie, gdy ten się przewróci. W końcu prośby człowieka cichną. Krew wypływa z pokiereszowanego ciała. Ostatni oddech i koniec męczarni. Szesnastolatek dalej patrzy na Strażnika Pokoju i na leżące na ziemi ciało. Jego słone łzy mieszają się z kroplami deszczu. Mógł przecież coś zrobić, a on jedynie patrzył. Odwrócił wzrok i spostrzegł, że dzieci, które wcześniej bawiły się w kałuży już tego nie robią. Patrzą w stronę sklepu z przerażeniem w oczach. "Teraz już wiedzą na czym polega życie w Panem." Myśli szesnastolatek, którym niegdyś byłem ja. 
   Strażnicy Pokoju są coraz bliżej. Coś we mnie pęka. 



_________________________________________________________________________________


   Początkowo ten rozdział miał być znacznie weselszy i śmieszniejszy, ale jakoś pasowała mi taka reakcja Annie na spotkanie Mags i jej młodszej siostry, więc postanowiłam, że raczej zmienię mój dotychczasowy plan :D
    Spokojnie kolejny rozdział będzie weselszy (obiecuję :D) i będzie 24.12.2015 roku... no wiecie taki prezent na Boże Narodzenie :) 
    Mam nadzieję, że jednak ten rozdział Wam się spodobał :) 

niedziela, 13 grudnia 2015

Rozdział 103 - Siostra

MAGS


   Finnick odrywa wzrok od okna i patrzy na mnie. Jego oczy trochę łagodnieją. Patrzę na niego pytająco. Chłopak wzdycha.
-Dobra... powiem co się stało - mówi plując jadem. - Jakiś debil... - zaczyna, a nienawiść w jego głosie rośnie z każdym kolejnym słowem.
-Wpadł na mnie i się przewróciłam - wchodzi mu w słowo Annie.
   Morskie oczy wpatrują się w nią z niedowierzaniem. Chłopak z zirytowaniem przecząco kręci głową i znów się odzywa.
-A później cię bezczelnie podrywał... do tego nieumiejętnie - prycha.
-Więc jak ty byś mnie podrywał? - pyta Annie.
-To brzmi jak wyzwanie... - oznajmia Finnick. - Pokonać kolekcjonera muszelek... - mówi - klozetowych oczywiście - dodaje znacznie ciszej.
   Finnick odchrząkuje, uśmiecha się uwodzicielsko i patrzy na Annie.
-Żaden problem... - mówi. - Po pierwsze... nie powiedziałbym ci, że jesteś ładniejsza niż zapamiętałem... przecież nie wiesz jak cię zapamiętał... więc zdanie "Jesteś ładniejsza niż cię zapamiętałem" może równie dobrze oznaczać "Jednak nie jesteś tak brzydka jak myślałem". Powiedziałbym oczywiście to co zgodne z prawdą, że jesteś najpiękniejszą istotą jaka kiedykolwiek stąpała po tej ziemi, że wszystko i wszystkich przyćmiewasz swą urodą, a jeśli mógłbym powiedzieć jeszcze o twoim charakterze, to powiedziałbym, że nigdy nie spotkałem drugiej takiej osoby jak ty, bo jesteś równie piękna za zewnątrz co i wewnątrz. Wspomniałbym również, że zawsze gdy słyszysz komplement to uśmiechasz się i delikatnie przygryzasz dolną wargę, a to dodaje ci uroku - oznajmia.
   Annie uśmiecha się i faktycznie delikatnie przygryza dolną wargę. Na moich ustach również maluje się uśmiech. Przypomina mi się mój mąż. Przypomina mi się jak na kanapie, na której teraz siedzą Annie z Finnickiem, niegdyś siedziałam ja z moim mężem. Przypomina mi się jak mnie obejmował, abym mogła poczuć się bezpieczna. Przypomina mi się jak mówił mi, że jestem niesamowita, że jestem najlepszym co go w życiu spotkało. Gdy go nie ma w moim sercu czuję pustkę. Minęło już pięćdziesiąt lat od kiedy widziałam go po raz ostatni, ale moje serce jeszcze nie przyzwyczaiło się do jego braku. Czuję jak łzy zaczynają szczypać mnie pod powiekami. Powstrzymuję je z wszystkich sił. Niestety jedna łza zdążyła już wypłynąć z mego oka i spływa po moim policzku. Szybko ją wycieram i mam nadzieję, że nikt tego nie zauważył. Szybko spoglądam na Annie i Finnicka. Para jest zbyt wpatrzona w siebie aby zobaczyć moje łzy. Spoglądam również na przyjaciela mojej młodszej siostry, dziadka Finnicka. Mężczyzna wpatruje się we mnie. Zauważył to. Na szczęście nic nie mówi.


-Ja chyba już będę szedł... obiecałem Irnie, że odwiedzę ją w Dystryktowej Wypożyczalni. Ciężko jej... od kiedy... Teren... - oznajmia przyjaciel mojej siostry. - Mags... może chcesz iść ze mną... to na pewno poprawiłoby jej humor... - dodaje.
-Nie rozmawiałam z nią prawie sześćdziesiąt lat... nawet mnie nie pamięta... - mówię.
-Ciągle o tobie mówi... nawet Teren mówił mi, że Irna chciałaby odbudować z tobą kontakt, ale nie wie jak - oznajmia.
   Finnick i Annie wpatrują się w nas z zaciekawieniem. Nie przerywają jednak naszej rozmowy.
-Teren... Teren Lend? - pytam, próbując przywołać w pamięci twarz chłopaka.
-Tak... niedawno... - odchrząkuje. - Niedawno Irna została sama - oznajmia.
-Przepraszam, że wtrącam się do waszej... niesamowicie interesującej rozmowy, ale... rozmawiacie o pani Lend? - pyta Finnick.
   Annie spogląda na niego pytająco.
-Tak... pani Lend ma na imię Irna i jest młodszą siostrą Mags - odpowiada swojemu wnukowi.
   Opuszczam głowę. Ręką poprawiam włosy i znów unoszę głowę. Irna straciła męża tak jak niegdyś ja. Wiem co czuje... odwiedzę ją.
-Pójdę z tobą.


FINNICK


Mags ma siostrę. Co więcej... znam ją. To ta sama staruszka, która pomagała Marlene w szukaniu odpowiedniej sukni ślubnej. Teraz odwiedzi ją po wielu latach milczenia. Jestem ciekaw jak to będzie wyglądać. Zresztą chyba nie tylko ja, bo Annie pyta
-Możemy iść z wami? Nie byłam w wypożyczalni od wielu lat... chętnie znów bym tam poszła - uśmiecha się pogodnie.
-Stęskniłaś się za smrodem starości, potu i ryb? - pyta mój dziadek, unosząc brwi.
-Tak... w gruncie rzeczy... ja też stęskniłem się za tym... niezwykle interesującym zapachem... sami rozumiecie... uwielbiam wyrzucać koszulki i brać prysznic dziesięć razy, tylko po to, aby ciągle czuć ten zapach - oznajmiam.
-W takim razie na urodziny kupię ci takie perfumy - odpowiada dziadek.
   Patrzę na niego spode łba, a mężczyzna wybucha śmiechem.
-Zawsze w dzieciństwie obrzucałeś mnie tym spojrzeniem, kiedy tylko mówiłem, że na urodziny kupię ci rybę - mówi.
   Przypominam sobie... to było miesiąc przed moimi piątymi urodzinami, ciągle pytałem dziadka co mi kupi, a on odpowiadał, że kupi mi rybę. Za każdym razem obdarzałem go tym spojrzeniem. Próbuję stłumić śmiech, ale nie wychodzi mi i wybucham głośnym śmiechem.  Wszyscy w pokoju patrzą na mnie, więc po chwili uspokajam się i pytam
-To co? Idziemy?


_________________________________________________________________________________


   Tak, tak wiem... jest słabo... bardzo słabo... przepraszam... przepraszam za błędy, za słaby rozdział, za krótki rozdział i za to, że jest tak późno... po prostu czeka mnie kolejny ciężki tydzień i jutro mam kartkówkę i dwa sprawdziany... w tygodniu nie miałam czasu na pisanie, więc pisałam trochę wczoraj (jakieś 20% rozdziału) i dziś resztę w przerwie w nauce... obiecuję, że się poprawię i kolejny rozdział będzie lepszy i dłuższy... 
   Wiecie o co chodziło mi pod poprzednim rozdziałem? Irna Lend (starsza pani z Dystryktowej Wypożyczalni) to młodsza siostra Mags i przyjaciółka dziadka Finnicka (którego imię na razie pozostanie tajemnicą XD)
    Raz jeszcze przepraszam za ten rozdział  i obiecuję poprawę 
Pozdrawiam 

niedziela, 6 grudnia 2015

Rozdział 102 - Kolekcja

ANNIE


   Razem z Finnickiem wychodzimy z Wioski Zwycięzców i kierujemy się na Plac Główny w Dystrykcie Czwartym. Miejsce to można nazwać sercem naszej Czwórki. Dlaczego? Dlatego, że tak jak serce jest centralnym narządem układu krwionośnego tak Plac Główny jest centralnym ośrodkiem życia społecznego w dystrykcie. Wobec tego czym jest plaża - tak ważne miejsce w dystrykcie, który zajmuje się rybołówstwem? To dusza naszego dystryktu. Bez plaży nie byłoby Czwórki - tak jak bez duszy nie byłoby życia.
   Finnick ciągle trzyma mą dłoń. Pamiętam ten dzień, kiedy wrócił do Czwórki, kiedy wrócił do mnie. Było to zaraz po Sześćdziesiątych piątych Głodowych Igrzyskach, w których wygrał. Wtedy również złapał mnie za rękę. Teraz jednak w niczym nie przypominamy tamtej dwójki przyjaciół, jesteśmy już innymi ludźmi. Przez te wszystkie lata wydarzyło się zbyt wiele, żebyśmy mogli wciąż być tacy sami.

   Finnick wypuszcza mą dłoń. Patrzę na niego pytająco.
-Muszę sprawdzić czy mam portfel - oznajmia.
   Uśmiecham się i idę dalej. Mój ukochany również rusza do przodu. Opuszczam głowę i wsłuchuję się w zgiełk rozmów na ulicy. To zawsze działa na mnie odprężająco. Może dziwnie to brzmi, ale wtedy wiem, że nie jestem sama. Wiem, że są tu inni ludzie i nikt mnie nie zaatakuje. To chyba zostało mi po pobycie na arenie. Zresztą jest wiele więcej tego typu pamiątek po pobycie na arenie Głodowych Igrzysk.
   Nagle zderzam się z kimś i upadam na ziemię.
-Przepraszam - mówi chłopak, który na mnie wpadł.
   Jego długie ciemnobrązowe włosy opadają mu na czoło, kiedy się pochyla i wyciąga rękę w moim kierunku, aby pomóc mi wstać. Udaję, że nie zauważyłam jego dłoni i sama się podnoszę.
-Nic się nie stało - burczę.
   Otrzepuję się i zaczynam rozglądać się w poszukiwaniu Finnicka, który mnie wyprzedził. Nagle go dostrzegam. Zauważył mnie i idzie w moim kierunku.
-Ty jesteś Annie Cresta, prawda? Jesteś jeszcze ładniejsza niż cię zapamiętałem - oznajmia.
   Wpatruje się we mnie swoimi niebieskimi oczami, a ja czuję, że na moje policzki wypłynął kolor. Opuszczam głowę. Po chwili jednak ją podnoszę i widzę, że Finnick stoi za chłopakiem i patrzy na niego z gniewem.
-Tak. Dzięki - mówię i chcę ruszać do ukochanego, jednak niebieskooki znów się odzywa.
-Ja jestem Cole Flin - przedstawia się i znów wyciąga rękę w moim kierunku.
-A ja Finnick Odair - mój ukochany syczy mu wprost do ucha.
   Chłopak przestraszony obraca głowę w kierunku mojego narzeczonego. Po chwili jednak z powrotem patrzy na mnie.
-Skaleczyłaś się? - pyta. Patrzę na moje kolano i zauważam strużkę krwi, która wypływa z małej rany, której w zasadzie raną nie można nazwać. To tylko lekkie skaleczenie - Mieszkam niedaleko... może chodź do mnie, żebym przeczyścił ci tą ranę, a jak będzie w porządku to pokarzę ci swoją kolekcję muszli - mówi i uśmiecha się.
   Finnick zaciska zęby, po chwili rozluźnia się, rusza w moim kierunku i staje za mną, obejmując mnie w tali.
-Wiesz co? Może ty chodź do nas? Pokażę ci moją kolekcję trójzębów! - warczy.
-O co ci chodzi?! Nie z tobą rozmawiam! - odwarkuje mu chłopak, który na mnie wpadł.
   Nie widzę Finnicka, ale znam go na tyle dobrze, że wiem jaki wyraz przybrała jego twarz. Zapewne zacisnął zęby, a sam jego wzrok może zabić.
-Wybacz... nie lubię muszli. Wolę trójzęby - oznajmiam, łapię narzeczonego za dłoń i ruszam w kierunku sklepu.


DZIADEK FINNICKA


    Mały pięcioletni chłopiec, który przyszedł mnie dziś odwiedzić musi już wracać do domu, choć widać, że niechętnie. Stoimy w ganku. Matka chłopca, a moja córka łapie malca za dłoń, lecz ten pośpiesznie ją wyrywa i przytula mnie. Twarz chowa w mojej błękitnej koszuli, tylko po to, aby za moment mógł podnieść głowę do góry, spojrzeć na mnie błagająco i spytać czy mógłby u mnie zostać. Tak jak zawsze. Uśmiecham się do niego radośnie, a następnie mierzwię mu włosy.
-Oj Finni... jutro znów do mnie przyjdziesz, albo ja przyjdę do was i opowiem ci jakąś historię, dobrze? - ciepło odzywam się do chłopca o niesamowitych oczach.
   Malec energicznie kiwa głową i wtula się we mnie jeszcze bardziej. Uśmiecham się i jedną ręką delikatnie poklepuję go po plecach. To właśnie jedna z tych chwil, kiedy wiem, że dobrze zrobiłem walcząc o swoje życie. Cieszę się, że nie poddałem się i teraz mogę być tu z nim, mogę opowiadać mu te wszystkie niesamowite historie. Wiele z nich jest prawdziwych. Jeszcze więcej wymyślonych. Jednak jednej najważniejsze historii - historii mojego życia - nie opowiem mu nigdy. On patrzy na mnie jak na bohatera. Co powiedziałby, gdyby dowiedział się, że tak naprawdę kiedy miałem dwadzieścia parę lat nie walczyłem z morskimi potworami, uzbrojony jedynie w trójząb, a z sobą? Co powiedziałby na to, że stoczyłem się na samo dno? Wstydziłby się mnie? Byłby zły, że go oszukiwałem? Byłby zawiedziony? Prawdopodobnie wszystko po trochu. Dlatego wolę milczeć i jeszcze bardziej zagłębiać się w toni głębokiego morza moich kłamstw. 
   Otwieram oczy.
   Ten sam chłopiec - chociaż teraz już nie taki mały, bo zamiast pięciu lat i matki, która łapie go za rękę ma dwadzieścia lat i ukochaną, którą to on łapie za dłoń, a następnie razem z nią wychodzi z domu. Tym razem nie wtula się we mnie. Mimo to jestem szczęśliwy. Przynajmniej mogę na niego patrzeć. Przynajmniej widzę uśmiech na jego twarzy. Przynajmniej widzę go z kimś kto go kocha i kto nie chce, aby cierpiał. Przynajmniej widzę go z kimś kogo on kocha, kogo chce chronić. Są tacy zakochani. Uśmiecham się. Teraz już nie jestem najważniejszą osobą w życiu mojego wnuka. Jednak cieszę, że chociaż mogę być jego częścią.
-Uwielbiam na nich patrzeć - odzywa się kobieta, którą znam od dzieciństwa, kiedy tylko para wyjdzie i zamknie za sobą drzwi.
-Tak... chyba są szczęśliwi - mówię cicho.
   Zwyciężczyni głośno wypuszcza powietrze z płuc i przecząco kręci głową.
-Nie... nie mogą być szczęśliwi, a przynajmniej nie do końca. Igrzyska pozostawiły im po sobie ogromne rany, których prawie niemożliwe jest się pozbyć, a nawet jeśli się uda to blizny zostaną z nimi na zawsze. Wiem co mówię i ty też wiesz, chociaż twoje rany nie mają nic wspólnego z Głodowymi Igrzyskami - oznajmia. Jej głos jest taki gorzki. Czuć w nim tak wiele smutku.
-Tak... słyszałaś o mojej próbie samobójczej... prawda? - pytam cicho.
-Chyba każdy w tej części Czwórki o tym słyszał... Syn kapitana statku, niesamowicie zdolny i silny młody mężczyzna, ojciec małej dziewczynki wypłynął łódką i na morzu podciął sobie żyły. Gdyby nie starszy człowiek, który przepływał w pobliżu jego łodzi młody mężczyzna nie przeżyłby. Dziecko zostałoby sierotą - recytuje historię mojej próby poddania się.
   Kiedyś Mags chodziła do tej samej szkoły co ja. Jednak nie byliśmy w tej samej klasie. Kobieta jest starsza ode mnie o cztery lata. Miałem jednak przyjemność chodzenia do jednej klasy z jej młodszą siostrą. Nawet się z nią zaprzyjaźniłem. Irna dzięki mnie poznała swojego męża, który był również moim przyjacielem. Na imię mu było Teren Lend. Dobrze znam historię życia starszej siostry mojej przyjaciółki z dzieciństwa, z którą do dziś się kontaktuję.
-Zwyciężczyni Jedenastych Głodowych Igrzysk, młoda, piękna, brązowowłosa dziewczyna o niezwykłej sile i chęci przetrwania, marząca o tym, aby przynieść chwałę Czwórce i swojej rodzinie po powrocie do domu odcięła się od świata i swojej rodziny. Wyszła za mąż, ale jej mąż kilka lat później zginął w katastrofie na morzu. Młoda i samotna kobieta wychodziła z domu tylko do sklepu i na dożynki. Starała się kryć swój ból, ale wory pod oczami, świadczące o nieprzespanych, a przepłakanych nocach zdradzały wszystko  - recytuję.
-Tak... życie nie zawsze układało się po naszej myśli i pozostawiło nam wielką kolekcję blizn na ciele i na duszy - wzdycha. - Ale wiesz co? Kiedy patrzę na Finnicka i Annie i na to jak wielkim uczuciem darzą się wzajemnie, kiedy rozmawiam z nimi, żartuję z nimi i czuję tą radość... cieszę się, że moje życie tak się potoczyło... dzięki temu mogłam poznać tak niesamowitych młodych ludzi, którzy darzą się tak wspaniałym, głębokim uczuciem - wyznaje.
-W końcu on potrafi poświęcić dla niej nawet siebie - odzywam się po chwili milczenia.
   Kobieta spogląda na mnie smutno, głośno przełyka ślinę i wzdycha.
-Tak... Finnick jest wspaniały. Kocha ją. Troszczy się o nią. Walczy o nią. Mi też bardzo pomaga. Cieszę się, że go poznałam - wyznaje.
-Chciałbym też mieć kogoś kogo mógłbym kochać, o kogo mógłbym się troszczyć, o kogo mógłbym walczyć - wzdycham.
-Więc walcz o niego. To wspaniały chłopak. Zasługuje na prawdziwą rodzinę - mówi.
-Jak? Mags... przecież przez wszystkie te lata to ty byłaś dla niego prawdziwą rodziną, spędzałaś z nim cały czas, wychowywałaś go, a ja? Ja go opuściłem - mówię z bólem w sercu.
-Więc nie popełniaj tego błędu ponownie. Poza tym... nigdy nie jest za późno - odzywa się po chwili.
   Pomiędzy nami zapada cisza, której żadne z nas nie nie przerywa. Zaczynam zastanawiać się nad słowami Mags. Może ma racje. Może jeszcze nie jest za późno. Może ciągle mogę walczyć o mojego wnuka. Może znów będzie widział we mnie dziadka. Wiem, że nigdy nie będzie jak kiedyś, ponieważ przez moją głupotę wszystko zepsułem, ale chociaż spróbuję bliżej poznać młodego mężczyznę jakim stał się mój mały Finni. Spróbuję naprawić tę więź łączącą wnuka z dziadkiem.
 
   Drzwi otwierają się z głośnym skrzypnięciem. Niewyraźnie słychać głos Finnicka. Od razu można wyczuć, że jest zdenerwowany.
-Pokażę ci kolekcję moich muszli... - zirytowany próbuje naśladować czyjś głos - Chyba klozetowych - dodaje i prycha.
   Annie wybucha głośnym śmiechem. Razem wchodzą do salonu, a mój wnuk kładzie na stoliku kostki cukru. Chociaż kładzie to zbyt łagodnie powiedziane. On nimi rzuca na stolik i ze złością siada na kanapie. Wbija mordercze spojrzenie w okno.
-Co się stało? - pyta go Mags.


_________________________________________________________________________________


  Jak podoba Wam się ten rozdział? Co sądzicie o zazdrosnym Finnicku? A co o perspektywie dziadka Finnicka? Muszę przyznać, że napisanie tego fragmentu z jego perspektywy było dla mnie wyzwaniem... i to naprawdę wielkim wyzwaniem, ale liczę na to, że Wam się podoba :) No i jeszcze... zauważyliście coś w tym rozdziale? Hmmm...?
   Musicie wybaczyć mi, że od ponad tygodnia nic nie wstawiałam... niestety w tygodniu nie mam na nic czasu. Naprawdę grudzień mam bardzo zawalony różnymi sprawdzianami i kartkówkami, dlatego do Bożego Narodzenia rozdziały będą pojawiać się raz w tygodniu, a od Bożego Narodzenia będę wstawiała trochę częściej :)

Dziękuję za uwagę :)
Pozdrawiam :)