niedziela, 7 sierpnia 2016

Rozdział 115 – Spotkanie z Lorą

ANNIE


Dystrykt Czwarty piękny jest o każdej porze roku, o każdej porze dnia i nocy. Dystrykt Czwarty piękny jest zawsze. Jednak w nocy najłatwiej jest dostrzec jego urok. Tylko wtedy nie krążą po nim ludzie i lepiej można się wszystkiemu przyjrzeć. Idę właśnie do miasteczka. Nawet nie wiem po co. Nie wiem kiedy wyszłam. Nie wiem czy powiedziałam rodzicom. Idę tam. Księżyc w całej swej okazałości oświetla moją drogę. 
Pamiętam, że jak byłam małą dziewczynką lubiłam razem z siostrą wymykać się z domu nocą. Zawsze włóczyłyśmy się po Czwórce bez celu i unikałyśmy strażników. Pamiętam jak raz jeden z nich nas złapał. Miałyśmy szczęście, bo trafiłyśmy na dobrego człowieka, który nie ukarał nas, a jedynie odprowadził do domu i wcześniej powiedział, że nie możemy wychodzić nocą z domu same, bo jest to niebezpieczne. Więcej już nie wyszłyśmy. Tydzień później moja siostra została wylosowana do Głodowych Igrzysk. 
Teraz znów wyszłam nocą. Nawet nie wiem czemu. Nie pamiętam momentu, w którym opuściłam dom. Wiem, że Plac Główny przyciąga mnie do siebie. Muszę tam iść.
Każdy kolejny krok sprawia, że w moim sercu zaczynają namnażać się wątpliwości. Czemu w ogóle tam idę? Czemu nie mogę zawrócić? Co ja tu w ogóle robię? Serce zaczyna bić mi coraz szybciej.
Już prawie jestem. Powoli zbliżam się do sceny, na której rok temu stałam jako trybutka, a w tym roku jako zwyciężczyni. Kiedy na nią patrzę widzę dwójkę dzieci. To dziewczynki. Podchodzę bliżej.
Jedna z nich ma rudobrązowe falowane włosy. Jest też niższa od drugiej dziewczynki o pięknych blond włosach, błyszczących w świetle księżyca. Podeszłam na tyle blisko, że mogę lepiej się im przyjrzeć. Wyższa dziewczynka jest śliczna. Jej błyszczące oczy w odcieniu liści osadzonych na drzewach właśnie omiotły spojrzeniem wszystko dookoła. Jednak wydały się mnie nie zauważyć.
— To ty będziesz Lolitą, a ja będę sobą — oznajmiła młodszej dziewczynce, której chyba się to nie spodobało. 
 — Ja się tak nie bawię!! Zawsze jestem Lolitą, a ty jesteś sobą!! Dlaczego chociaż raz nie mogę być tobą?? — spytała oburzona dziewczynka. 
— Już o tym rozmawiałyśmy... nie możesz być mną, bo ja jestem mną... — starsza dziewczynka zaczęła jej tłumaczyć, choć widać, że była lekko zniecierpliwiona. 
— No i co z tego? Pozwól mi chociaż raz być tobą!! — błagała młodsza z nich. — Dlaczego nie chcesz mi pozwolić?
 — Bo nie jesteś mną, tylko moją młodszą siostrą... — mówiła już wyraźnie zniecierpliwiona. 
— Dobra. Będę Lolitą...  — odparła młodsza dziewczynka. Starsza ucieszyła się i zeszła ze sceny. — Ale wolałabym być tobą — dodała pod nosem młodsza z nich. Starsza albo udała, że nie słyszy, albo naprawdę nie usłyszała. 
— Zaczynaj!! — krzyknęła starsza z sióstr. Na twarzy młodszej pojawił się grymas niezadowolenia, który zaraz przemienił się w wymuszony uśmiech. 
—  Witajcie moi drodzy na Sześćdziesiątych trzecich dożynkach, poprzedzających Sześćdziesiąte trzecie Głodowe Igrzyska!! Cóż mogę tylko życzyć wam pomyślnych Głodowych Igrzysk i niech los zawsze wam sprzyja! Panie mają pierwszeństwo!  — krzyknęła młodsza dziewczynka, naśladując ton Lolity i podeszła do miejsca, gdzie podczas dożynek stoi kula wypełniona nazwiskami dziewczynek. — Trybutką reprezentującą Dystrykt Czwarty w Sześćdziesiątych trzecich Głodowych Igrzyskach zostaje... Lora Cresta!!! — Kiedy słyszę te nazwisko robi mi się słabo, ale patrzę dalej. Dziewczynka po usłyszeniu swojego nazwiska rozpromienia się i rusza przed siebie,  aby za chwilę znaleźć się na scenie. Kiedy już stanie obok młodszej siostry wpatruje się z uśmiechem przed siebie. Po chwili jej młodsza siostra ją obejmuje. 
— Annie... co ty robisz? — pyta. 
— Naprawdę chcesz się zgłosić? Chcesz mnie zostawić? — pyta młodsza siostra, hamując łzy, które zaczynały napływać do jej oczu. 
— Annie... nie zostawię cię. Nie teraz. Zgłoszę się jak będę miała osiemnaście lat... wtedy na pewno wygram, będziemy bogate i szczęśliwe, a on wreszcie zwróci na mnie uwagę!! — rozmarzyła się starsza dziewczynka. 
— Jaki "on"? Kim jest "on"? — zaczęła dopytywać młodsza dziewczynka. 
— Och... nieważne. Kiedyś się dowiesz — szybko ucięła starsza z sióstr. — A teraz wracajmy do domu.

Dziewczynki natychmiast zniknęły. Ja stoję tak jeszcze chwilę. Wpatrując się w pustą już teraz scenę. Ja... nie tak to pamiętam. Co więcej... nie pamiętam, żeby coś takiego miało w ogóle miejsce...
Na chwilę zamykam swoje pełne łez oczy. Po chwili znów je otwieram. Teraz wszystko się zmienia. Znajduję się w domu, w którym spędziłam pierwsze dziesięć lat swojego życia. Dokładniej jestem przed pokojem Lory. Tak samo jak dziesięcioletnia dziewczynka, którą niegdyś byłam. Tylko, że ona przykłada swoje ucho do drzwi. Czuję wszystko to co czułam wtedy. Jestem zła, bo moja starsza siostra przyprowadziła do domu koleżankę i zamknęły drzwi od pokoju, żebym nie słuchała o czym mówią. Przecież zawsze byłyśmy tylko we dwie. Nie potrzebowałyśmy więcej przyjaciół... nikt nie chciał się z nami przyjaźnić! No dobra... nikt nie chciał przyjaźnić się ze mną... Lora była wręcz rozchwytywana. Każdy zawsze się do niej odzywał, zagadywał ją, chciał się z nią spotkać. Na mnie nie zwracali uwagi... oczywiście poza chwilami, kiedy stawałam się ofiarą i każdy się na mnie wyżywał. Jednak nie jest to ważne. Nie w tej chwili. Czuję również smutek. Przecież... to moja siostra i moja przyjaciółka. Jak ona może mieć przede mną tajemnice?! Jednak w środku mnie czai się jeszcze jedno uczucie – wstyd. Przecież... nie powinnam podsłuchiwać. Chociaż... podsłuchiwanie chyba nie jest tak złe jak to co zrobiła moja siostra, prawda??
Wszystko również słyszę.
— Ale... myślisz, że on mnie lubi? W końcu... ty znasz go najlepiej... — niepewnie zaczęła moja siostra. 
— Nie wiem. Nie mam pojęcia... szczerze? Jakoś mało mnie on obchodzi... jest... jest głupi i tyle. Kompletnie nie rozumiem czym wy się tak zachwycacie — oznajmiła jej koleżanka. 
— Przestań. Mówisz tak tylko dlatego, że wyrzucił ci odpadki z kosza na głowę. On jest niesamowity! Taki... taki uroczy! Inteligentny! Silny! I potwornie przystojny!!  — moja siostra zaczęła bronić tajemniczego chłopaka, który najwidoczniej wówczas się jej podobał. Zaczynam czuć zniecierpliwienie. Tak bardzo chcę poznać imię tego chłopaka...
— Wcale nie!! F... — I w tym momencie uderzam łokciem w drzwi, co przerywa rozmowę dziewczyn.  
Moja siostra momentalnie otwiera drzwi. Kiedy zauważa dziesięcioletnią mnie, skuloną pod drzwiami zaczyna krzyczeć. Czy... czy tak naprawdę było? Ona... ona kiedykolwiek podniosła na mnie głos? Znów zamykam oczy. Tym razem długo zwlekam z otworzeniem ich, ale ostatecznie robię to. Teraz znów stoję przed sceną. Jednak tym razem świeci słońce. Na placu, przed sceną zebrał się tłum ludzi. Oznacza to jedno. Dożynki. Tylko które?
— Lora Cresta!!! — oznajmia z uśmiechem Lolita. Już wiem, które to dożynki. 
Śliczna dziewczynka o falowanych blond włosach, opadających na jej ramiona, wyszła z tłumu. Widać było przerażenie malujące się na jej twarzy. Zaraz z tłumu rozległ się głośny krzyk.
— Nie!! Nie ona!! Weźcie mnie!! Ja jestem bezużyteczna! Ja jestem niepotrzebna!! Zostawcie ją, a weźcie mnie!! — krzyki młodszej z sióstr szybko zostały uciszone, lecz wciąż rozbrzmiewały w mojej głowie. 
Naprawdę tak powiedziałam? Powiedziałam, że jestem bezużyteczna? Czy... czy ja naprawdę tak się czułam? Zawsze podziwiałam moją siostrę i chciałam być taka jak ona. To jest prawda. Ale... nie pamiętam, żebym tak mówiła. Moje oczy wypełniają się łzami. Upadam na ziemię jak szmaciana lalka. Zanoszę się szlochem tak głośnym, że niemal czuję jak rozrywa mi głowę. Nie, to nie szloch. Ja... słyszę wszystkie słowa, które wypowiedziała do mnie moja siostra. Słyszę co mówiłam ja. Słyszę krzyki. Słyszę jej ostatni krzyk. Wszystko to rozbrzmiewa naraz w mojej głowie. Chaos. W mojej głowie panuje chaos. Czuję jak wszystkie te dźwięki napierają na moją czaszkę, łamiąc ją na drobne kawałeczki. Czuję jak się rozpadam. Czy ten krzyk w mojej głowie kiedyś ustanie?
Ktoś klęka obok mnie i delikatnie głaszcze mnie po głowie. Dźwięki w mojej głowie powoli cichną. W końcu znikają. Podnoszę się, a moim oczom ukazuje się dwudziestoletnia, młoda kobieta. Długie blond włosy opadają kaskadą na jej ramiona. Biała sukienka, w którą jest ubrana jest delikatnie rozwiewana przez wiatr. Wygląda pięknie. Jest taka jaką by była gdyby dane było dożyć jej tego wieku.
— Annie... — szepcze i pomaga mi ustać. 
— Lo... Lora... co... co tu robisz? Dlaczego widziałam to wszystko? Dlaczego? — pytam.
— Annie... masz teraz wszystko o czym marzyłam — wzdycha. 
— O czym ty mówisz? Co mam? — pytam.
— Wszystko. Nie wiesz o czym mówię, prawda? W moim pokoju, głęboko pod łóżkiem znajdziesz coś co pozwoli ci zrozumieć – mój pamiętnik. Możesz go przeczytać — oznajmia i przytula mnie.
Odwzajemniam uścisk, lecz po chwili Lora znika, a ja zostaję sama. Bez niej czuję się słaba. Zupełnie jakbym była drzewem tak delikatnym, że byle wiatr lub deszcz może je przewrócić, a ona, kiedy była przy mnie była moją podpórką. Nie pozwalała mi upaść. "Ja jestem bezużyteczna!" Jestem bezużyteczna bez moich bliskich. Jestem zbyt słaba by poradzić sobie bez osób, które mnie kochają i są kochane przeze mnie.
Upadam. Nie dam rady sama wstać. Ludzie zauważają mnie. Podchodzą. Wyciągają ręce w moją stronę. Myślę, że chcą mi pomóc. Lecz oni tego nie robią. Zamiast tego dotykają mnie. Ich dotyk pali moją skórę. Chcę krzyczeć, ale nie mogę. Nie mam już na to siły.
— Słodkich snów, Rybko. 
Jego głos mnie uspokaja. Wiem, że jestem bezpieczna, bo mam jego. To on jest moją podporą. On nie pozwoli mi upaść. Zaciskam mocno powieki. Wiem, że kiedy znów otworzę oczy będę w domu.


_________________________________________________________________________________


Ach... i kolejny rozdział wstawiony!!! Oczywiście na samym początku zadam Wam standardowe pytanie... jak się podoba? Bardzo zależy mi na waszej opinii :) Mi... szczerze? Całkiem dobrze się to pisało... chociaż na początku plan na rozdział 115 był inny... jednak strasznie ciężko mi się wtedy pisało, więc postanowiłam napisać coś takiego :) 
Ogólnie rozdział jest tak trochę o niczym, ale... czasem dobrze coś takiego napisać :) Od razu przepraszam jeszcze za błędy... niestety nie mam czasu ich teraz poprawić :) 
Jak czujecie się z tym, że mamy już sierpień? Ja strasznie... jest mi tak dziwnie... ale myślę, że to u mnie norma... zawsze jak sobie uświadamiam, że czas płynie potwornie szybko to czuję taki uścisk w sercu... jednak nie czas na takie przemyślenia. 
No dobra... nie przedłużam już. Mam nadzieję, że rozdział się Wam spodobał :) Na następny (mam nadzieję) nie będziecie musieli tak długo czekać :) 

niedziela, 17 lipca 2016

Rozdział 114 – Atak

ANNIE


Woda. Dla każdego obywatela Czwórki ma ona ogromne znaczenie. Świadczy o tym chociażby to, że każde święta lub uroczystości odbywają się na plaży i są w jakiś sposób z wodą powiązane. Dla mnie woda jest również jednym z najlepszych środków uspokajających. Stoję teraz na plaży. Zamykam oczy i wsłuchuję się w szum morza. Podchodzę bliżej wody. Teraz fale, uderzające o brzeg delikatnie obmywają moje bose stopy. Oddycham głęboko i mimowolnie się uśmiecham. Wiatr wieje mi w twarz i rozwiewa rudobrązowe kosmyki moich włosów. Czuję się tak dobrze. Brakuje tu tylko Finnicka. Chciałabym móc teraz spojrzeć w jego oczy, wtulić się w niego, znów poczuć motylki w brzuchu, które towarzyszą mi zawsze, kiedy on jest obok mnie, znów poczuć się wyjątkowa. Chciałabym, żeby był tu przy mnie. Wtedy wszystko byłoby idealnie. 
Otwieram oczy i postanawiam się przejść. Idę jednak tuż przy brzegu, aby fale obmywały moje nogi prawie cały czas. 

Przechodzę obok trójki roześmianych dzieci. Bawią się beztrosko, pluskając w wodzie. Uśmiecham się do nich. Oni do mnie machają, a ja odmachuję, lecz już za chwilę ruszam w dalszą drogę. 
Mimo mojego młodego wieku niestety nie pamiętam już jak to było nie mieć zmartwień. Igrzyska prześladowały mnie od kiedy skończyłam dziesięć lat. Wtedy straciłam Lorę. Od tamtego czasu nigdy nie czułam się jak inne osoby w moim wieku. Zawsze byłam bardziej zmartwiona, smutna, wystraszona niż reszta. Teraz wiem, że nic mi nie grozi, bo Finnick dba o moje bezpieczeństwo. Jednak ja ciągle się boję. Nie boję się już Głodowych Igrzysk, bo je wygrałam. Nie boję się Snowa. Boję się swoich ataków. Boję się, że kiedyś skrzywdzę kogoś przez taką chwilę słabości jaką jest ten atak. Boję się, że zrobię coś głupiego i skrzywdzę Finnicka. Nie mogę go skrzywdzić. Kocham go. Kocham go najbardziej na świecie i nie mogę pozwolić aby cierpiał przeze mnie. 

Po kilku godzinach spędzonych na chodzeniu w tę i z powrotem po plaży, wreszcie postanawiam wrócić do domu. Może potem jeszcze przejdę się do miasteczka, ale teraz jestem głodna jak wilk, więc chyba czas wracać i liczyć na to, że mama zrobiła już obiad. Przypominam sobie jak kiedyś, kiedy jeszcze była Lora moja mama gotowała nam obiady. Zawsze były pyszne. Najbardziej lubiłam krewetki. Niestety byliśmy biedni, więc nie zawsze mogliśmy sobie pozwolić na takie rarytasy. Pamiętam jak kiedyś spytałam jej czemu te krewetki są takie dobre. Odpowiedziała mi, że to przez sekretny składnik. Zaciekawiona dopytywałam jaki to składnik. Mama uśmiechnęła się do mnie i delikatnie odgarnęła niesforny kosmyk moich włosów, a potem powiedziała "miłość". Kiedyś była zupełnie inną osobą niż teraz. Śmierć Lory ją zmieniła. Teraz wszędzie widzi jakieś spiski i chce trzymać mnie z dala od otaczającego nas świata. Zupełnie jakby bała się ponownie mnie utracić. Na szczęście tata jest taki sam jak zawsze. Jest miły, ciepły, serdeczny i pozwala mi dokonywać samodzielnych wyborów, bo wie, że nikt nie przeżyje mojego życia za mnie. 

Pogrążona w myślach nawet nie zauważam, kiedy docieram do domu. Otwieram drzwi i wchodzę do środka. 
— Mamo! Tato! Już jestem! — krzyczę, choć nie muszę. Skrzypiąca podłoga i tak zdradziła moją obecność. 
— To dobrze! Idź myj ręce, bo mama już obiad zrobiła... pośpiesz się, bo krewetki długo na ciebie nie poczekają — odkrzykuje mój tata. Kiedy tak mówi czuję jakbym wróciła do czasów dzieciństwa. Czuję się jakbym znów miała dziesięć lat. Czuję się jakby Lora tu była. 
Lora. Moje serce zaczyna bić trochę mocniej niż zwykle. Ignoruję to. Idę do łazienki. Myję ręce i patrzę w lustro. Nie widzę tam siebie. Widzę Lorę. Jej twarz jest sina. Biorę głęboki oddech. Widzę siebie. Zamykam oczy, a kiedy je otwieram spoglądam w lustro raz jeszcze. Widzę Bena. Chłopca, który razem ze mną trafił na zeszłoroczną arenę Głodowych Igrzysk. Za nim jest chłopak z Dwójki, który zabił mojego sojusznika w zeszłym roku. Zbliża się do Bena. Ma w dłoni miecz. Krzyczę. Krzyczę, żeby Ben uciekał. On nie ucieka. Chłopak odcina mu głowę. Potem Ben znika. Na jego miejscu pojawia się Finnick. Jego głowa również jest odcięta. Nie mogę na to patrzeć. Uderzam w lustro pięściami. Zaczynam płakać i krzyczeć. Ktoś otwiera drzwi do łazienki. Nie wiem kto. Nie potrafię go dostrzec, gdyż łzy zamazują mi widok na świat. Potem widzę już tylko ciemność. Nie czuję nic. Nawet bólu w dłoniach.


FINNICK


Annie miała atak. Trzy słowa. Tylko trzy słowa. Trzy słowa, które sprawiły, że przestałem logicznie myśleć. Trzy słowa, które sprawiły, że osunąłem się na kolana. Trzy słowa, które sprawiły, że ciężko mi złapać oddech.
Liczę do dziesięciu. Jeden. To nie działa. Dwa. Czy ludziom to pomaga? Trzy. Mi nie pomaga. Cztery. Muszę się uspokoić. Pięć. Ale jak? Sześć. Wdech. Siedem. Wydech. Osiem. Nadal nie działa. Dziewięć. Musi pomóc. Dziesięć. Annie mnie potrzebuje. No właśnie... Annie mnie potrzebuje. Kolejne trzy słowa. Tylko trzy słowa. Tym razem te trzy słowa pomogły mi odzyskać kontrolę nad sobą. Te trzy słowa pomogły mi złapać oddech.
Szybko podnoszę słuchawkę i znów wybieram jej numer. Pierwszy sygnał. Czekam. Drugi. Zaczynam się niecierpliwić. Trzeci. Cisza. Czwarty. Nadal nic. Łzy napływają do moich oczu. Jest tak źle? Piąty. Ktoś podnosi słuchawkę.
— Halo? Ja przepraszam, że odłożyłem słuchawkę... źle się poczułem. Co z nią? Już dobrze? Udało się zatrzymać atak? Co go wywołało? Mogę z nią porozmawiać? — zasypuję pytaniami osobę, która odebrała. 
— Nic się nie stało Finnick... Annie teraz śpi. Dostała dużo silnych środków uspokajających i zasnęła. Nie wiemy co wywołało atak. Poszła do łazienki i po chwili zaczęła krzyczeć. Rozbiła lustro... ale nie wiemy co się dokładnie działo... pewnie sama ci powie — odpowiada pan Cresta.— Dobrze... ale ja chcę chociaż usłyszeć jak oddycha... proszę. 
— Dobrze. Poczekaj chwilę... — mówi mężczyzna. Słyszę, że gdzieś idzie. Włącza głośnomówiący. 
Słyszę jej miarowy oddech. Jest spokojny, rytmiczny. Uspokoiła się. Czuję niewyobrażalną ulgę. Wiem, że już jej lepiej. 
— Słodkich snów, Rybko — szepczę.


_________________________________________________________________________________


Oto kolejny rozdział :) Mam nadzieję, że się Wam podoba :D Ja szczerze powiedziawszy nie wiem co o nim sądzić...chociaż... myślę, że nie jest zły... krótki, ale nie zły :D 
W ogóle... już dawno nie było tak, żebym napisała prawie cały (no bo fragment części oczami Finnicka pisałam wcześniej)  rozdział w jeden dzień... a raczej dwie, trzy godziny... może to dlatego, że aktualnie jestem nad morzem na wyjeździe wakacyjnym i wreszcie mogę się wyciszyć i tak jak Annie poczuć jak fale obmywają moje nogi... a ja... naprawdę pasuję do Czwórki... uwielbiam wodę :D Ale to nieważne... zaczynam rozpisywać się bezsensu XD 
Chciałam jeszcze podziękować Wam, bo wielkimi krokami zbliżamy się do 40 000 wyświetleń (co prawda teraz jest około 39 100, ale ostatnio dziennie było tu ponad 100 wyświetleń :D Dziękuję za to baaaaardzo :D 
Ach! Przepraszam, jeśli wkradł się tu jakiś błąd (rozumiecie... zmiana klawiatury XD) i jak jakiś zauważyliście to śmiało mi piszcie :D 
I bym zapomniała... zakładka Gamemaker na blogu z miniaturkami już jest otwarta :D

piątek, 8 lipca 2016

Rozdział 113 – Koszmar

FINNICK


Uderzył mnie w twarz. Policzek mnie zapiekł, ale nie zwróciłem na to uwagi. Wpatrywałem się w niego, mówiąc mu w ten sposób, że ja się go nie boję. Już dawno minęły te czasy, kiedy Finnick Odair bał się czegokolwiek. Stał naprzeciwko mnie. Spojrzałem wprost w jego oczy. Był wściekły. Przypominał węża bardziej niż zwykle. Jednak ja też nie wyglądałem na aniołka. Miałem czerwony policzek, a w moich oczach czaiła się ogromna wściekłość. Nie było we mnie już nic ludzkiego. 
Jednym palcem uniósł mój podbródek do góry. Jego paznokieć wbił się w moją skórę niczym szpilka. Śmiał się. Śmiał mi się prosto w twarz, a ja nie mogłem z tym nic zrobić. 
— Nadal będziesz taki dzielny? — On nie mówi. On syczy.
— Nie boję się ciebie — warknąłem, wytrącając jego rękę spod mojego podbródka. — Nic mi nie zrobisz.
— Nie. Tobie nie... ale co byś zrobił gdyby wszystkie osoby, na których ci zależy nie miały tyle szczęścia co ty? — spytał. W jego oczach widziałem moje odbicie. Okazałem słabość. Zaczął się śmiać. Nie. To nie był śmiech. To był złowieszczy rechot. Nienawidzę go. Słyszę jak otwierają drzwi... tylko... nie widzę, które dokładnie.  
— Finnick? Jak ty śpisz? — Usłyszałem głos Mags. Chwilę... czy ona powiedziała "śpisz?"

Zamykam oczy.  


Kiedy je otwieram nie widzę już Snowa. Widzę tylko... podłogę pod szafką nocną. Najwyraźniej spadłem z łóżka. Chcę wstać i wtedy odkrywam, że spadłem tylko po części... dokładniej tylko moją twarzą. Świetnie... chyba ta wizyta u Haymitcha przed snem nie była zbyt dobrym pomysłem. I dlaczego boli mnie głowa?

— Która godzina? — spytałem, próbując się podnieść. Efekt jest taki, że cały ląduję na podłodze. 
— Trzecia po południu — oznajmiła. — Tak, Finnick... nasi trybuci już wjechali na arenę, a ja przyszłam tu tylko z prośbą, żebyś mnie zastąpił, bo nie czuję się najlepiej — dodała.
— Dobra... nie ma sprawy... — odpowiedziałem, podnosząc się z podłogi. — Ale weź mi  powiedz... mamy coś na ból głowy? — spytałem.


Od dobrych trzech godzin śledzę każdy ruch moich trybutów. Ich i jeszcze jednej osoby. Sam nie wiem czemu obserwuję Johannę. Myślę, że w jakiś sposób udało mi się ją polubić... a może to dlatego, że jako jedna z nielicznych dała radę przebić się przez moją maskę. Ciężko mi to ocenić. Jednak nie ulega wątpliwości, że obserwuję ją jak swoją trybutkę. Dziewczyna zresztą radzi sobie dziesięć razy lepiej niż moi trybuci... areną w tym roku jest las iglasty, pośrodku którego są jakieś bagna. Wody raczej za dużo nie ma. W tym roku arena jest dla Czwórki nie najlepsza... zwłaszcza jeśli brać pod uwagę, że każdy z trybutów otrzymał grubą kurtkę... co oznacza, że noce będą tam wyjątkowo zimne.
Zastanawiam się jak długo wytrzymają moi trybuci. Oczywiście jako mentor chciałbym, żeby wygrali, jednak wiem, że nie wytrzymają za długo. To jest przecież oczywiste. Nie są przyzwyczajeni do warunków panujących na arenie. W Czwórce pożywienie zdobywa się głównie w wodzie. Wiem, że na szkoleniach nawet nie spojrzeli na stoisko z roślinami. Nie wiedzą jak zdobyć pożywienie w razie gdyby tego potrzebowali. Podobnie zresztą jest z wodą pitną. Nie wiedzą jak ją zdobyć, więc liczyć mogą jedynie na przychylność sponsorów. O temperaturze nawet nie ma sensu wspominać. W Czwórce zarówno dnie jak i noce są bardzo ciepłe.
Widać zresztą, że moi trybuci nie są zadowoleni z tegorocznej areny. Johanna za to czuje się jak ryba w wodzie. Zabrała spod Rogu Obfitości plecak i dwa topory i teraz z dala od wszystkich trybutów buduje szałas. Według mnie to właśnie ona ma największe szanse w tych Głodowych Igrzyskach.



Wieczorem, kiedy Mags już odpoczęła i zdecydowała się zająć naszymi tegorocznymi trybutami, ja postanowiłem zadzwonić do Annie. Potem mam iść do Kapitolinki, która wykupiła mnie na cztery dni. Nie chcę nawet znać jej imienia. Nie chcę wiedzieć kim jest kobieta, która traktuje mnie jakbym był rzeczą, którą można kupić i wyrzucić po kilku dniach. Wiem jedynie gdzie mieszka i jak wygląda. Snow pokazał mi jej zdjęcie. Ma około trzydziestu lat. Włosy w kolorze neonowego różu z pasemkami w odcieniu równie jaskrawej zieleni. Oczy o barwie ciemnego fioletu. Przesadnie wyeksponowane policzki. Usta powiększane dziesiątki razy. Ubrana ma być w żółtą suknię, przyozdobioną różowymi falbanami. Zwyczajna kobieta pochodząca z Kapitolu, która nie ma w sobie nic naturalnego. Mam nadzieję, że sekrety, jakimi się ze mną podzieli, będą choć trochę wartościowe. 

Biorę telefon. Wybieram numer. Czekam. Pierwszy sygnał. Czekam. Drugi sygnał. Czekam. Trzeci sygnał. Trochę się denerwuję, ale czekam. Czwarty sygnał. Ktoś podnosi słuchawkę. 
— Annie? Rybko? Co słychać? — pytam i uśmiecham, bo zaraz usłyszę głos mojej ukochanej. 
— Finnick? — w słuchawce rozlega się głos. Tylko, że to nie jest głos mojej Annie.
— Pan Cresta? — pytam zdezorientowany. 
— Tak, to ja. Muszę ci coś powiedzieć... — zaczyna, a ja wstrzymuję oddech. — Annie miała atak. 
Czuję jak ziemia usuwa się spod moich nóg. Pan Cresta mówi coś jeszcze, ale ja nic nie rozumiem. Odkładam słuchawkę, a w mojej głowie echem odbijają się te trzy okropne słowa.

Annie miała atak.
Miała atak, a mnie przy niej nie było.  


_________________________________________________________________________________



Taaak, wiem... rozdział do najdłuższych nie należy, ale... zaczyna się akcja... no dobra... zaczyna się na samym końcu rozdziału, ale ważne, że coś zaczyna się dziać :D
Mam nadzieję, że chociaż trochę się Wam podoba :)  Choć ja jakoś dumna nie jestem. No, ale to nie jest ważne... najważniejsze jest dla mnie co Wy o tym myślicie :) 
Jak mijają Wam wakacje? Jesteście z nich zadowoleni? Bo ja muszę przyznać, że bardzo :D
No dobra... nie przedłużam już :D Mam nadzieję, że w komentarzu napiszecie mi co sądzicie o tym rozdziale :D

środa, 6 lipca 2016

"Niech Trybuci Zmartwychwstaną!" + kilka małych ogłoszeń

Myślę, że najlepiej będzie jeśli zacznę od najważniejszego czyli od wydarzenia "Niech Trybuci Zmartwychwstaną".
Oczywiście ja (jak to ja) na wstępie pokrótce wytłumaczę co te wydarzenie ma na celu i dlaczego zdecydowałam się je wspierać. Potem wkleję opis wydarzenia prosto z facebooka :) 

Wydarzenie to ma na celu... no... jakby to powiedzieć swoimi słowami... obudzenie Trybutów (chyba nie muszę tłumaczyć, że Trybuci to fani Igrzysk Śmierci, prawda? :D). Ostatnio nasz fandom trochę przysypia, co bardzo mi się nie podoba. Chociaż... jeśli mam być szczera podejrzewałam, że po premierze ostatniej części może... no... zrobić się cicho w naszym fandomie. Jednak wierzę, że dzięki temu wydarzeniu trochę uda się go obudzić :D
Dlaczego zdecydowałam się wspierać tą akcję? Dlatego, że uważam, iż książki autorstwa Suzanne Collins są nie tylko wspaniale napisane i ciekawe, ale również niosą ze sobą naprawdę ogromny przekaz i... kurcze... przecież nie możemy o nich zapomnieć, prawda? Każda książka, która pomaga nam w inny sposób spojrzeć na świat zasługuje na to, aby zostać zapamiętana przez nas do końca życia, czyż nie? 
Co prawda... uważam, że nazwa wydarzenia powinna brzmieć raczej "Niech Trybuci Powstaną!". Jednak jest to tylko moja opinia :) I nie zmienia to faktu, że wydarzenie to pomoże nam utrwalić miłość do tej trylogii :)

OPIS WYDARZENIA:

"UWAGA! WAŻNE! Jesteś zajęty? Przeczytaj, proszę.
Nie masz czasu? Tym bardziej przeczytaj. Twoje życie to dosłownie jeden wielki grafik? Zatrzymaj się. Weź głęboki wdech. Wydech. Już? Okay, przeczytaj chociaż pierwszy akapit. Nie pożałujesz.

Jeśli to czytasz, to prawdopodobnie jesteś, byłeś/aś lub zapomniałeś/aś, że jesteś trybutem. Spokojnie, można to jeszcze naprawić. Na pewno jesteś prawdziwym fanem / prawdziwą fanką, jeśli dotarłeś/aś do tego momentu. Otóż, administracja grupy „Trybuci-Polska” wpadła na pomysł, by zjednoczyć wszystkich fanów trylogii „Igrzyska Śmierci”. Z naszych obserwacji wynika, że fandom ten nie ma się zbyt dobrze.... Można powiedzieć, że umiera. Stąd nasz pomysł. Ta akcja.

Na czym ona polega? Otóż, każdy kto choć trochę poczuwa się członkiem fandomu, a nie zwykłym, przeciętnym sezonowcem ma obowiązek (powiedziałbym wręcz, że jego honorem jest!) wziąć udział w tym wydarzeniu (kliknąć "wezmę udział"). Do czego to zobowiązuje? Od chwili zgłoszenia, osoba, która to zrobiła ma obowiązek dodawać w dowolnej grupie lub na dowolnej stronie (jeśli na takiej zarządza/adminuje), lub nawet na forum tego wydarzenia CO TYDZIEŃ do końca wakacji przynajmniej jeden post dotyczący igrzysk. Jaki? Nieważne. Ty wybierasz! Dyskusja, ankieta, wykreślanka, pytanie które chciałbyś/chciałabyś zadać Suzanne Collins, COKOLWIEK! Ważne, by fandom ożył, by ludzie znowu zaczęli się jarać igrzyskami. Dobrze wiemy, że jedna iskra jest w stanie wzniecić pożar. Niech tą iskrą będzie właśnie ten post!

Postanowiliśmy również zorganizować podczas wakacji trzy nieobowiązkowe (ale zachęcamy!) dni tematyczne:
22.07.2016 – „Dzień Filmu” – czyli każdy w ten dzień ogląda swoją ulubioną część igrzysk (UWAGA! Wersja hard: możesz obejrzeć wszystkie cztery części; Wersja turbohard: możesz przeczytać swoją ulubioną część) 
 05.08.2016 – „Dzień Wstążki” – czyli każdy zaopatruje się w białą i złotą wstążkę, które może dumnie w tym dniu wszystkim prezentować (UWAGA! Nie musi być wstążka. Masz fandomową czapkę/koszulkę/cokolwiek? Włóż to!)
19.08.2016 – „Dzień Randomowego Trybuta” (UWAGA! Dla odważnych!) – jeśli jesteś w grupie i zaciekawiła cię jakaś osoba albo ktoś skomentował post na stronce dotyczącej igrzysk, napisz do niego (UWAGA! Można po prostu wejść w zakładkę „Członkowie” na dowolnej grupie dotyczącej igrzysk i napisać do kogoś przypadkowego lub do kogoś, kto bierze udział w tym wydarzeniu :D ) 

I niech los zawsze wam sprzyja!

PS Współpracujemy z:
1) Grupami: "Trybuci - Polska", "Kocham Igrzyska Śmierci", "Fandoms"
2) Stronami: "Nie śpię, bo czytam igrzyska śmierci", "Moje serce staje w Pierścieniu Ognia", "Niezgodnych Trybutów Wina"
3) Blogami: http://hungergamesmyworld.blogspot.com/ , zakrconawsloncu.wordpress.com"

Co o tym myślicie? Podoba Wam się ten pomysł? Mam nadzieje, że w komentarzu napiszecie mi co o tym myślicie :)

OGŁOSZENIA:

1. Jutro podobny post znajdzie się na moim blogu z miniaturkami.
2. Wkrótce do zakładki "Polecam!!" dodana zostanie nowa książka (nic więcej na razie nie zdradzam), więc zachęcam do odwiedzenia tej zakładki :D
3. Nowe rozdziały w wakacje postaram dodawać się raz w tygodniu. 
4. Kolejny rozdział jest ukończony w 50%. Zostanie dodany najprawdopodobniej w piątek. 


Dziękuję bardzo za uwagę :) 
Pozdrawiam 
love dream 

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Rozdział 112 — Odrobina Szczęścia

ANNIE


Na prośbę Evelyn wyszłam z pokoju. Nie mam pojęcia dlaczego robi taką tajemnicę z tego kim jest ta trybutka, ale nie zamierzam się z nią kłócić, więc potulnie jak baranek zamykam za sobą drzwi swojego pokoju i ruszam do salonu, w którym siedzą moi rodzice. Dziwnie się czuję w tym domu. Dziwnie się czuję przy rodzicach. Przez wiele lat myślałam, że więcej ich nie zobaczę. Jednak... mimo krzywdy jaką mi wyrządzili swoim zniknięciem... cieszę się, że znów ich mam. 
Pierwszy zauważa mnie ojciec. 
— Annie? Co tu robisz? Myślałem, że rozmawiasz z Finnickiem. — Na dźwięk imienia Finnicka, wypowiedzianego przez mojego ojca, matka wzdrygnęła się i zrobiła zdenerwowaną minę. Jej reakcja zawsze po części mnie śmieszy a po części boli.
— Evelyn chciała z nim porozmawiać — odpowiadam i zajmuję miejsce w fotelu, stojącym naprzeciwko kanapy, okupowanej przez moich rodziców.  
 — I ty tak po prostu wyszłaś z pokoju? A jeśli oni knują jakiś spisek? — pyta moja matka. Zaczynam się śmiać, myśląc, że ta kobieta po prostu żartuje. Jednak po zażenowanej minie ojca i wściekłej minie matki orientuję się, że wcale nie żartowała. 
— Ty chyba nie mówisz tego na poważnie? Finnick mnie kocha i na pewno nie będzie knuł jakiegoś spisku z moją najlepszą przyjaciółką — mówię.
— Jesteś pewna? — pyta moja matka.
— Ożeniłem się z paranoiczką — oznajmia mój ojciec, chowając twarz w dłoniach. Swoją uwagą udaje mu się mnie rozśmieszyć.
— Dlaczego ty tak bardzo nie lubisz Finnicka? — pytam matki po chwili.
— Bo mam przeczucie, że cię skrzywdzi — oznajmia stanowczo.
— Kobieto! Miałaś przeczucie, że dobrze zrobimy jeśli na jakiś czas znikniemy z życia naszej córki! — prawie krzyczy mój ojciec. 
— Jak możesz?  — zaczyna moja matka, nie dane jest jej jednak dokończyć, ponieważ postanawiam jej przerwać.
— Czy moglibyście się nie kłócić? — pytam. Rodzicom nie udaje się odpowiedzieć, bo z mojego pokoju słyszymy wiązankę przekleństw. Wywracam oczami i idę do Evelyn. 
Otwieram drzwi i widzę moją przyjaciółkę, która właśnie kopie łóżko i znów przeklina, łapiąc się za nogę. Czasem zastanawiam się która z nas jest tą nienormalną.
— Evelyn! Na Strażnika Dystryktu! Co ty wyrabiasz? — krzyczę. Dziewczyna patrzy na mnie jak na wariatkę. 
— "Na Strażnika  Dystryktu"? — pyta, wciąż trzymając się za nogę. 
— Oj... bo pomyślałam, że fajnie byłoby gdyby było jakieś powiedzonko dotyczące tylko i wyłącznie naszego dystryktu, a na szybko nic innego nie wpadło mi do głowy... — zaczynam się głupio tłumaczyć. Evelyn wybucha śmiechem. 
— Zachowujesz się jak dziecko — mówi przez śmiech. Robię obrażoną minę.
— Och... czyżby? Kto to mówi... przed chwilą kopnęłaś moje łóżko... mogę wiedzieć co ono ci zrobiło? — pytam. Mina od razu jej rzednie. 
— Nieważne — urywa ostro.
— Zgaduję, że ma to coś wspólnego z rozmową z Finnickiem... o co chodzi? — pytam.
— Nieważne. Może... pogadamy o czymś innym? — Evelyn próbuje wymigać się od odpowiedzi. Dziś dam jej spokój, ale jutro mam zamiar dowiedzieć się wszystkiego od Finnicka. 


FINNICK



Jaki wspaniały dzień. Po prostu świetny. Najpierw trybuci, teraz Evelyn... a jeszcze czeka mnie dziś spotkanie z pozostałymi zwycięzcami. Świetnie. W zeszłym roku sobie odpuściłem, ale w tym już muszę iść. Spotkanie ze zwycięzcami jednak nie jest takie złe. Lubię czasem porozmawiać z innymi zwycięzcami. Zdecydowanie gorsze jest to, że potem pewnie spotkam się ze Snowem i dowiem się jaka kobieta postanowiła kupić mnie na kilka najbliższych dni. Po prostu cudownie. Chyba nie mogło być lepiej. 

Po całym męczącym dniu wreszcie mogę wziąć prysznic, który zmyje ze mnie wszystkie zmartwienia tego dnia. To niesamowite w jaki sposób działa na mnie woda. Z każdym jej dotknięciem czuję jak wszystkie smutki odchodzą, czuję jak wszystkie problemy znikają. Wiem, że kiedy wyjdę spod prysznica wszystko do mnie powróci, ale teraz chcę jak najdłużej rozkoszować się tym wspaniałym uczuciem błogości, które mnie ogarnęło. Teraz mogę pogrążyć się w marzeniach, odłączając się od tego realnego świata, który czyha na mnie poza kabiną prysznica. Jednak nie chcę teraz o tym myśleć. Chcę myśleć o tym jak spełniam moje marzenia. Chcę myśleć o tym jak Panem staje się wolne. Chcę myśleć o tym jak z Annie biorę ślub. Chcę myśleć o tym jak razem z Annie wychowujemy nasze małe pociechy. Chcę myśleć o tym, że moje życie nawet w jednym stopniu nie przypomina tego obecnego. Chcę myśleć o tym, że jestem szczęśliwy jak każdy inny człowiek w moim wieku. Chcę myśleć o tym, że żyję jak chcę. Chcę myśleć, że dożyję czasów wolnego Panem, w którym moje dzieci mogłyby czuć się bezpiecznie. Chcę myśleć o odrobinie szczęścia. 
Odrobina szczęścia. To mi coś przypomniało. W trakcie mojej krótkiej rozmowy z Evelyn... zanim ta rozmowa przekształciła się w kłótnię, dziewczyna powiedziała mi, że będę wujkiem. Na samą myśl się uśmiecham. Lubię dzieci. Będę musiał spytać Annie czy już rozmawiała o tym z moją kuzynką. Jeśli tak i jeśli naprawdę Marlene oczekuje potomka to chyba odwiedzę jakiś sklep z zabawkami.

Po jakiejś godzinie wychodzę spod prysznica, ubieram się i ubrany, odświeżony i choć trochę zrelaksowany idę do salonu, gdzie na kanapie siedzi Mags. Siadam obok niej.
— Nad czym tak myślisz? — pytam.
 — Zastanawiam się nad taktyką naszych trybutów. Są denerwujący, ale trzeba im pomóc... — oznajmia moja mentorka. 
— Na arenie dołączą do Jedynki i Dwójki. No wiesz... zawodowcy powinni dołączyć do zawodowców, prawda? Dziewczyna na wywiadzie oczaruje sponsorów swoją pewnością siebie i zaradnością. Chłopak też będzie pewny siebie i zwróci ich uwagę swoją waleczną naturą. Co ty na to? — proponuję.
 — Finnick... jak ty to robisz? Jesteś mentorem znacznie krócej niż ja, a wymyślanie strategii nowych trybutów idzie ci znacznie łatwiej niż mi kiedykolwiek... chyba muszę zacząć się tego od ciebie uczyć — oznajmia kobieta z uśmiechem. 
— Nie mam pojęcia dlaczego... może mam wrodzony talent? Ludzie mają różne talenty... niektórzy do rysowania, inni do śpiewania, jeszcze inni do pisania... a ja do wymyślania taktyki... ktoś chce się wymienić na rysowanie, albo pisanie? Śpiewanie też może być — żartuję.  Mags zaczyna się śmiać. Śmiech ważnych dla mnie osób zawsze sprawia mi ogromną radość. 
— Oj Finnick, Finnick... nie wiem co ja bym bez ciebie zrobiła — mówi, rozciągając usta w uśmiechu.
— Na pewno byś się nudziła — oznajmiam.
— Na pewno — odpowiada.
— Wiesz... rozmawiałem dziś z Annie... i Evelyn i... z tego co wiem to... zostanę wujkiem. Podobno Marlene spodziewa się dziecka — oznajmiam.
— To wspaniale! — Mags cieszy się razem ze mną.
— Wiem, ale jeszcze nie jestem tego pewien...  — oznajmiam. 
— Ja jestem pewna. Będziesz wujkiem Finnick. Brat mi powiedział jak żegnał się ze mną przed Igrzyskami — oznajmia nasza tegoroczna trybutka, która właśnie wchodzi do salonu. 


 _________________________________________________________________________________


Dawno mnie nie było... przepraszam Was za to, ale zrozumiecie... najpierw zakończenie, a potem miałam małe problemy z komputerem (na szczęście nic poważnego i obeszło się bez naprawy). Zresztą nie będę się tłumaczyć. Zawiodłam Was i tyle. Bardzo Was za to przepraszam i mam nadzieję, że pomimo tak długiej przerwy zostaliście tu ze mną :)
Ten rozdział... przepraszam. Naprawdę ciężko znów wbić się w pisanie po tak długiej przerwie. Poza tym ten rozdział to tylko taka "przejściówka" i "zapychacz" (nie mam pojęcia czy ktoś oprócz mnie tak mówi na niektóre rozdziały, więc wyjaśnię o co chodzi), czyli... rozdział jest tylko po to, żeby nie przenosić się za bardzo w czasie do przodu i żebym znów mogła wbić się w rytm pisania. Poza tym... ten rozdział to tylko cisza przed burzą. Dlatego proszę... wybaczcie, że jest słaby i krótki. Potem będzie już lepiej :)
A poza tym... co myślicie o Finnicku jako wujku? Sprawdzi się w nowej roli? XD
Następny rozdział będzie... jak najszybciej. Jednak wcześniej pojawi się ostatnia miniaturka z serii o Fredzie i George'u na blogu z miniaturkami. Miniaturka jest ukończona w 50%. Dlatego długo na nią nie będziecie musieli czekać :)
Życzę Wam udanych wakacji!! :) ♥
PS Jeśli znaleźliście jakiś błąd to mi napiszcie w komentarzu, a ja poprawię :)
Och... no i nie wiem czy wiecie, ale dziś są trzydzieste urodziny Sama Claflina :) Z tej okazji życzę mu (choć wiem, że tego nie przeczyta) wszystkiego najlepszego, więcej wspaniałych ról we wspaniałych filmach, nagród i spełnienia marzeń :) 

sobota, 30 kwietnia 2016

Rozdział 111 – Trybuci

FINNICK


Dystrykt Czwarty i prawdziwy Finnick Odair przeszli już w zapomnienie. Teraz jest Kapitol i najmłodszy zwycięzca Głodowych Igrzysk, nazywany przez wielu Finnickiem Odairem. Znów nakładam maskę, która rosła razem ze mną od szesnastego roku życia. Maska ta od tamtego czasu towarzyszyła mi tak często, że teraz niemal wszyscy ludzie w Panem mylą ją z moją prawdziwą twarzą. Są jednak jeszcze ludzie, potrafiący rozróżnić nawet najlepiej nakładane maski od prawdziwych twarzy ludzi, którzy je noszą. Sam znam kilka takich osób. Jedną z nich jest mój dziadek. Jedną z nich jest Mags. Jedną z nich jest moja ukochana Annie. I niewątpliwie jedną z nich jest stojąca przede mną w stroju drzewa Johanna Mason z Dystryktu Siódmego. 
 — Wiem, że nikomu nie powiesz o mojej strategii — oznajmia, wpatrując się we mnie świdrującym spojrzeniem. Jednak gdzieś, głęboko w jej oczach czai się niepewność. Może ja także należę do osób, potrafiących czytać z ludzi jak z książki?
 — To dlaczego do mnie przyszłaś? 
 — Chciałam się przywitać... zabronisz mi? — pyta, zakładając ręce na piersiach.
 — Oczywiście, że nie! Przecież czego biedny zwycięzca mógłby zabronić potężnemu trybutowi? — Ach... sarkazm. To jedyna część mnie, której nie muszę wyzbywać się na czas pobytu w Kapitolu. 
 — Tak... ja też się nad tym zastanawiam — oznajmia. 
 — Jak widać mamy wiele wspólnego... a teraz przepraszam, ale... 
 — Ale ja jestem ładniejsza... — mówi z łobuzerskim uśmieszkiem.
 — Polemizowałbym! — oznajmiam ze śmiechem. 
 — Och! Czyżby ciężko było ci się pogodzić z prawdą? — pyta. Kręcę głową z niedowierzaniem. 
 — Powinnaś chyba bardziej uważać w rozmowie z kimś, kto zna twoją strategię i jest mentorem innych trybutów... — oznajmiam. Po wypowiedzeniu tych słów zauważam w jej oczach odrobinę lęku, który dziewczyna potrafi jednak dobrze maskować. 
 — Ale ty i tak nikomu nie powiesz... — oznajmia, choć mniej pewnie niż kilka chwil temu. Uśmiecham się do niej szczerze. 
 — Jasne, że nikomu nie powiem. Tylko następnym razem zapamiętaj, że nie każdemu można ufać. A tym bardziej jeśli kogoś nie znasz. No wiesz... na zaufanie pracuje się latami — mówię i odwracam się, ruszając w stronę wind. Jestem już przy jednej z nich, kiedy słyszę:
 — Czekaj! — krzyczy za mną Johanna. — Pójdę z tobą... — Zatrzymuję się.  Po chwili dziewczyna stoi przy mnie. — I przy okazji poinformuję cię, że wcale nie jestem tak łatwowierna jak przed chwilą zasugerowałeś — oznajmia wchodząc do windy. Wchodzę za nią. — Ty wciskasz przycisk czy ja?
 — Możesz ty. Przede mną jeszcze... — zaczynam, ale Johanna mi przerywa.
 — Całe życie wciskania przycisku w windzie? — pyta, unosząc brwi do góry. — Rozumiem... czyli ten tydzień ma być dla mnie tygodniem, kiedy powinnam cieszyć się jak głupia z każdej błahostki, tak? Bo to się już więcej nie powtórzy, tak? Super — prycha pogardliwie.
 — Nie o to mi chodzi! Johanno, naprawdę życzę ci jak najlepiej, ale to są Głodowe Igrzyska i trzeba wszystko brać pod uwagę! — niemal krzyczę.
 — Zdaję sobie z tego sprawę. Żyję w Panem już od siedemnastu lat i wiem jak to wygląda... wiem, że powinnam być gotowa na wszystko i nie powinnam nikomu ufać. Wiem. Nie jestem dzieckiem — mówi.
 — Więc dlaczego zaufałaś mi? — pytam, kiedy winda mija drugie piętro. Nie mamy za dużo czasu na rozmowy. Johanna wzrusza ramionami.
 — Po prostu... przeczucie. No wiesz... uratowałeś mnie. Gdybyś był złym człowiekiem to byś tego nie zrobił. Poza tym... skoro uratowałeś mi życie raz to wiem, że teraz nie będziesz chciał mi go odebrać. Bo to nie miałoby sensu — oznajmia.
 — Masz rację. Nie chcę odbierać ci życia i naprawdę życzę ci jak najlepiej — mówię, uśmiechając się pokrzepiająco. Winda się zatrzymuje. — A teraz przepraszam, ale to już mój przystanek — oznajmiam i wychodzę, jeszcze raz uśmiechając się do dziewczyny z Siódemki. Kto wie? Może uśmiecham się do niej po raz ostatni. A może to będzie dopiero początek? Cóż... tylko czas da nam odpowiedzi na te pytania.

Wchodzę do salonu. Rozglądam się szybko i zauważam siedzącą na kanapie Mags. Ukryła twarz w dłoniach i kręci głową. Chwilę zastanawiam się co mogło wyprowadzić ją z równowagi. Już wiem. Trybuci. Siadam obok niej.
 — Czyżby nowi trybuci dali się we znaki mojej ulubionej mentorce? — pytam, obejmując ją jednym ramieniem.
 — Nawet mi nie mów o tej dwójce... najchętniej już bym ich wpakowała na arenę... — mówi.
 — Aż tak źle? — pytam.
 — Jeszcze gorzej... od razu jak przyszli to zaczęli krzyczeć na stylistów, informując ich, że te stroje były paskudne i gdyby mogli to już dawno by ich zwolnili. Później był obiad... zaczęli się kłócić o to kto z nich ma większe szanse... oczywiście przechwalając się przy okazji, a kiedy wreszcie głowa rozbolała mnie od ich wrzasków i kulturalnie poprosiłam ich, żeby przestali, nasi kochani trybuci powiedzieli mi... uwaga, bo cytuję "Zamknij się, staruszko, nikt cię o nic nie pytał". Rzucili talerze na podłogę i pomaszerowali prosto do swoich pokojów, a zamykając drzwi pokazali jak bardzo są zdenerwowani poprzez trzaśnięcie drzwiami swoich sypialni tak mocno, że myślałam, że cały budynek się zatrząsł... ręce mi opadają — wyznaje. Miałem teraz zadzwonić do Annie, ale nie pozwolę na to, żeby ktokolwiek w ten sposób traktował Mags. Za chwilę zadzwonię do ukochanej, ale najpierw wyjaśnię sobie parę spraw z tegorocznymi trybutami z Czwórki. Wstaję. Mags spogląda na mnie.
 — Idę po naszych trybutów. Musimy omówić sobie kilka spraw.
Ruszam w kierunku pokoi trybutów. Pukam do pierwszego z nich. Momentalnie w drzwiach pojawia się dziewczyna, która już niedługo trafi na arenę.
— Idź to salonu. Natychmiast — warczę. Dziewczyna przewraca tylko oczami, a następnie rusza.
Sytuacja powtarza się, kiedy pukam do drzwi drugiego pokoju, choć tym razem oczywiście drzwi otworzył trybut.

 — Mags opowiedziała mi jak została przez was potraktowana podczas obiadu... — zaczynam mówić do trybutów. Mags poszła do swojej sypialni.
 — Opowiedziała... a gdzie ty byłeś, co? — pyta chłopak. Na jego twarzy maluje się złośliwy uśmieszek. W mojej głowie zaczyna rodzić się pytanie w jaki sposób mógłbym mu go z niej zedrzeć.
 — Na pewno miałem ciekawsze zajęcie niż patrzenie na wasze twarze... — odpowiadam. — A teraz zamknijcie się, bo nie udzieliłem wam prawa głosu. Słuchajcie... teraz jesteście pod opieką moją i Mags i macie zwracać się do nas z szacunkiem i macie się nas słuchać...
 — A co mi zrobisz jak się ciebie nie posłuchamy? — pyta dziewczyna.
 — Spróbuj to się dowiesz... ale na twoim miejscu nie drażniłbym mentora. Na arenie tylko my będziemy mogli w jakiś sposób wam pomóc... — mówię. — No cóż... chciałem tylko was poinformować, że jeszcze raz w ten sposób potraktujecie Mags, a to się na was zemści... to tyle... możecie się rozejść.
Odwracam się i już chcę ruszać w kierunku swojego pokoju, kiedy kątem oka dostrzegam, że chłopak wstaje z kanapy i zamierza się na mnie. Odwracam się szybko, łapiąc go za rękę i wykręcając ją.
 — Co chciałeś przez to osiągnąć? Stracić WSZYSTKICH sponsorów? Załatwione. Na arenie radzisz sobie bez mojej pomocy — warczę, a potem popycham go na kanapę. — Pragnę ci przypomnieć, że w wieku czternastu lat walczyłem z takimi jak ty i wygrałem. Teraz mam dwadzieścia i myślisz, że uda ci się mnie pokonać? Marne szanse. Ciesz się tylko, że ci ręki nie złamałem.


ANNIE


Razem z Evelyn siedzimy przy telefonie. Moja przyjaciółka chciała dziś u mnie przenocować. Cieszę się, że przyszła. To pierwsza noc od dawna, którą spędzę w moim starym domu, razem z rodzicami. W dodatku w pobliżu nie ma Finnicka, a koszmary senne raczej nie przepuszczą takiej okazji.
Telefon wreszcie się odzywa. Evelyn wzdryga się. Zerkam na zegarek. Minęło dokładnie dwie godziny od czasu Parady Trybutów. Podnoszę słuchawkę.
 — Cześć, rybko. Długo musiałaś czekać? — pyta mnie. Jego głos sprawia, że moje serce zaczyna bić dziesięć razy szybciej. Kocham te uczucie.
 — Nie, nie czekałam długo — mówię. Evelyn mierzy mnie wzrokiem i decyduję się jednak powiedzieć Finnickowi prawdę. — No... może troszkę... — dodaję. W słuchawce nagle rozbrzmiewa śmiech Finnicka.
 — Annie... przyznaj się... ile czekałaś?
 — Dwie godziny. Myślałam, że zadzwonisz zaraz po Paradzie Trybutów — przyznaję.
 — Bo taki miałem plan. Po prostu zaraz po paradzie coś mnie zatrzymało, a potem musiałem wyjaśnić sobie kilka spraw z trybutami. Przepraszam, że musiałaś tyle czekać. Ale teraz możemy już sobie spokojnie porozmawiać. Co się dzieje w Czwórce?
 — Nic ciekawego. Wczoraj spałam jeszcze w domu w Wiosce Zwycięzców... jakoś... nie chciałam się jeszcze wtedy przenosić. Teraz jednak jestem w starym domu... ale nie martw się. Evelyn przyszła, żebym nie czuła się samotna... i chciała też o czymś pogadać i cię o coś zapytać. Chodzi chyba o dziewczynę, która się za nią zgłosiła. Mówi, że to bardzo ważne — oznajmiam.
 — Chciałem pogadać z tobą... no ale dobra... — wzdycha Finnick. Przekazuję słuchawkę Evelyn.
— Em... cześć? — zaczyna Evelyn. Finnick chyba jej odpowiada, bo dziewczyna teraz wydaje się trochę pewniejsza. — Mam ważną sprawę... wiesz kim jest dziewczyna, która się za mnie zgłosiła?


_________________________________________________________________________________


Dziś rozdział ma prawie 1500 słów. Mam nadzieję, że taka długość jest dobra :) Chociaż postaram się, aby następny rozdział był jeszcze dłuższy :D A co do rozdziału... myślę, że jest raczej taki sobie, Składa się głównie z dialogów, bo chciałabym je trochę poćwiczyć, żeby były bardziej naturalne. Zbyt dużo akcji tu nie ma... wiem to. Następny rozdział też będzie taki trochę... no... bez akcji, ale już wkrótce... zacznie się dziać :D Mogę Wam to obiecać :)
Pamiętacie jak pisałam Wam, że jestem w takim małym dołku emocjonalnym? Cóż... już jest lepiej. Wasze wspaniałe komentarze naprawdę pomagają mi znów uwierzyć w siebie :) Naprawdę baaaardzo Wam za to dziękuję ♥
Niedługo pojawi się kolejny rozdział na blogu Życie to nie bajka :) A na blogu Miniaturki - multifandom już pojawiła się kolejna miniaturka z serii o Fredzie i George'u :) Zachęcam do przeczytania i skomentowania :) A co do miniaturek... na tamtym blogu pojawiła się ankieta
Proszę... odpowiedzcie na nią :) I jeszcze chciałam poinformować, że zakładka Gamemaker (na blogu z miniaturkami) już niedługo zostanie otwarta :D
No to... chyba tyle... mam nadzieję, że ten rozdział spodobał Wam się choć troszkę i skomentujecie go :) 
A taka informacja do czytelników tego bloga, którzy również prowadzą blogi... mam teraz trochę czasu wolnego, więc wreszcie będę mogła skomentować rozdziały u Was :) Tylko mam prośbę... moglibyście zostawiać mi linki w komentarzach w zakładce "Inne blogi"? Bo w komentarzach pod rozdziałami czasem linki mi się gubią... w sensie, że nie pamiętam pod którym rozdziałem zaprosiliście mnie do siebie :) No to tyle :D

sobota, 2 kwietnia 2016

Rozdział 110 - "Znam tą twarz"

ANNIE


   Dlaczego on mi to robi? Chce mnie zniszczyć? Dlaczego mnie? Co ja mu zrobiłam? Nagle świat przed moimi oczami zaczyna wirować. Wszystko się rozmywa. Widzę twarze tych, którzy zginęli na arenie. Dołącza do nich Evelyn. Zamykam oczy.
-Nie. Nie. Nie - szepczę. - To... nie. Nie. NIE! - krzyczę.
   Czuję jak osuwam się na kolana. Zakrywam twarz dłońmi. Potem ktoś mnie podnosi i rusza, trzymając mnie w swoich silnych ramionach niczym największy skarb.
-Będzie dobrze, Annie - słyszę jego głos. Jest taki przyjemny.
-Nie będzie. Stracę ją - szepczę. Łzy szczypią mnie pod powiekami. Nie pozwolę im wypłynąć. Nie pozwolę. Nie otworzę oczu.
   Finnick sadza mnie na kanapie. Sam klęka naprzeciw mnie i delikatnie odrywa moje dłonie od twarzy. Oczy wciąż mam zamknięte.
-Annie. Rybko - zaczyna. Kiedy słyszę te przezwisko na mojej twarzy mimowolnie pojawia się uśmiech, który jednak zaraz z niej spełza. - Ale chociaż się uśmiechnęłaś... liczy się! - mówi. Wiem, że na jego twarzy gości uśmiech.
-Finnick? Czemu on się na mnie uwziął? - pytam.
-Annie... - wzdycha. Otwieram oczy.
-Nie mów, że nikt się na mnie nie uwziął... najpierw Lora, potem ty, kolejna w kolejce byłam ja, a teraz Evelyn... kto jeszcze?
-Annie... Lora i ja to na pewno przypadek. Jak było z Evelyn to nie wiem, a... a zresztą nieważne - mówi opuszczając wzrok. - Posłuchaj mnie... wszystko będzie dobrze. Evelyn jest silna... poradzi sobie.
-A co jeśli nie? Finnick... Evelyn to moja jedyna przyjaciółka... nie chcę, żeby coś jej się stało.
-Nie stanie się... zobaczysz - oznajmia i pomiędzy nami na chwilę zapada cisza, wtedy zza drzwi słychać głośne oklaski. Chyba już wylosowano obydwojga trybutów.

Razem z Finnickiem wychodzimy na korytarz. Wiemy, że zaraz zobaczymy trybutów, wchodzących do Pałacu Sprawiedliwości. Boję się chwili, kiedy zobaczę tu Evelyn.
Drzwi otwierają się. Zamykam oczy. Nie mogę na nią spojrzeć. Ale... ale jednocześnie wiem, że muszę to zrobić. A co jeśli widzimy się po raz ostatni? Otwieram oczy. Patrzę na wchodzących do środka trybutów.
Nie mogę uwierzyć w to co widzę. Ta dziewczyna... to nie jest Evelyn. Ktoś się za nią zgłosił. Z ulgą wypuszczam powietrze, które do tej pory nieświadomie wstrzymywałam. Mimo, że właśnie widzę osoby, z których co najmniej jedna już nigdy nie wróci do Czwórki, uśmiecham się szeroko i mało brakuje, a zaraz zaczęłabym skakać ze szczęścia. Patrzę na Finnicka. Chłopak chyba widzi szczęście w moich oczach, bo obejmuje mnie i szepcze
-A nie mówiłem?
-Wiem... czy ty zawsze musisz mieć rację? - pytam. - Chociaż cieszę się, że teraz miałeś rację.
-Oczywiście, że muszę mieć zawsze rację. Jestem Finnick Odair. Finnick Odair nigdy się nie myli - mówi jakby to było coś oczywistego. Zaczynam się śmiać.
-I jest niesamowicie skromny - dodaję sarkastycznie.
-I za to go kochasz - mówi z uśmiechem.
-Tak... muszę przyznać, że to dlatego - mówię, udając powagę. Po chwili wspinam się na palce, żeby móc pocałować go w policzek, ale ktoś chrząka i odwracam głowę w stronę tej osoby.
-Zaraz wyruszamy, Finnick. Trybuci już są gotowi - oznajmia Mags. - Czas się żegnać. Zobaczymy się dopiero po igrzyskach.

FINNICK


Nienawidzę pożegnań. Nienawidzę opuszczać Czwórki, a muszę to robić co roku. Nienawidzę zostawiać Annie. Teraz mogę jedynie siedzieć i wpatrywać się w rozmazany obraz za oknem, trzymając w ręku zdjęcie, na którym jestem ja i Annie. Dziewczyna uśmiecha się na nim wesoło i przytula mnie. To zdjęcie zostało zrobione jeszcze przed jej igrzyskami. Wtedy wszystko było inaczej.Byliśmy tylko przyjaciółmi. Ona nie miała ataków. Nie wiedziała nic o tym co każe mi robić Snow. Nie wiedziała jak to jest być uwięzionym na arenie. Pogodziła się z faktem, że opiekuje się nią jej ciotka. W ciągu tego roku jednak wszystko się zmieniło, jej życie wywróciło się do góry nogami. To niesamowite jak nasze życie może się zmienić w ciągu tak krótkiego czasu. Zmian też nienawidzę.
Drzwi do mojego przedziału rozsuwają się. Wchodzi przez nie Mags.
-Finnick. Już jest kolacja. Chodź szybko zjeść. Potem oglądamy powtórkę z dożynek - oznajmia i uśmiecha się do mnie pokrzepiająco. Dobrze wie, że zawsze kiedy opuszczamy Czwórkę nie jestem w najlepszym humorze.

Kolacja przebiegała w zupełniej ciszy. Cieszę się, że już się skończyła. Teraz tylko muszę obejrzeć powtórkę z dożynek i potem w spokoju będę mógł wrócić do swojego przedziału i przestać udawać tego znanego wszystkim Finnicka, a być tym prawdziwym Finnickiem, którego znają tylko nieliczni.
Dożynki w Jedynce i Dwójce zazwyczaj wyglądają tak samo. Na arenie pojawi się dwójka ochotników z każdego z tych dystryktów. Trójka - szesnastolatek i czternastolatka. Czwórka. Tutaj zawsze uważniej staram się przyglądać dożynkom. Muszę sprawdzić jak wypadli moi trybuci.
Na początku Lolita wywołuje Evelyn, a ta dzielnie rusza na scenę. W tym czasie ja i Annie niezauważalnie znikamy ze sceny. Evelyn stoi już na scenie i Lolita jak zwykle pyta o ochotników. Wtedy z tłumu wychodzi osiemnastoletnia dziewczyna o długich brązowych włosach. Idzie z wysoko uniesioną głową. Na jej twarzy nie widać żadnych emocji. Taki wizerunek jej zostawimy. Zawrze sojusz z trybutami z Jedynki i Dwójki. Potem przychodzi kolej na chłopaka. Wylosowany zostaje jakiś piętnastolatek, ale jego miejsce zajmuje kolejny ochotnik. On też dołączy do Jedynki i Dwójki.
Nie przyglądam się za bardzo trybutom z innych dystryktów. Do czasu, aż przychodzi czas na Siódemkę, gdzie na sceną została wywołana dziewczyna w żółtej sukience na ramiączka. Jej rozpuszczone ciemne włosy powiewają na wietrze. Dziewczyna idzie niepewnie. Staje na arenie i pokazują jej twarz z bliska. Najgorsze jest to, że znam tą twarz. Znam tą dziewczynę.


_________________________________________________________________________________


Tak wiem. Długość rozdziału nie powala (jakość zresztą też). Następne będą dłuższe, ale... no wybaczcie. Mam mały emocjonalny dołek i nie byłam w stanie napisać tego rozdziału dłuższego. Kolejny na pewno będzie dłuższy. 
Jutro pojawi się kolejny rozdział na blogu: Życie to nie bajka
Wczoraj pojawiła się miniaturka na blogu: Miniaturki - multifandom   i było by mi bardzo miło, gdybyście skomentowali tą miniaturkę. Jestem z niej bardzo dumna i jest ona długa. Naprawdę to wiele Was nie kosztuje, a mi sprawi dużo radości i pozwoli łatwiej wyjść z tego emocjonalnego dołka. Co za tym idzie tu pojawi się szybciej rozdział. 
Z tego rozdziału dumna nie jestem. chociaż wydaje mi się, że może być i liczę na to, że Was zaskoczyłam. Koniecznie napiszcie mi w komentarzu co myślicie. 
Powered By Blogger