ANNIE
Po co ja to powiedziałam? Skąd on ma ten materiał? Po co mu te klucze? Tyle pytań. Żadnych odpowiedzi. "Łzy nie są oznaką słabości. One są oznaką bezsilności." W mojej głowie rozbrzmiewa głos Bena. Minęło już tyle czasu, a ja nadal pamiętam jego głos. Zgadzam się z nim w stu procentach, ale w tym przypadku moje łzy są zwykłym mechanizmem obronnym, uaktywniającym się podczas kłótni. Finnick przesadził powinien powiedzieć mi skąd ma ten materiał. Wtedy nie byłoby tej bezsensownej kłótni, a ja nie płakałabym. "Nie obwiniaj Finnicka. To TWOJA wina. Ty nie powiedziałaś mu o wprowadzeniu się do rodziców. Teraz to TY zaczęłaś tą bezsensowną sprzeczkę." Nieprawda. Powiedziałam mu. "Tak. Kiedy już się dowiedział i musiałaś mu powiedzieć." Czemu Lora zawsze musi mieć rację?
Trzy miesiące temu, kiedy mama wyszła z mojego pokoju w drzwiach pojawiła się ciocia.
-Zamierzasz im wybaczyć? - Zapytała, trochę smutna. Wtedy nie rozumiałam dlaczego. Teraz już wiem, że zawsze chciała mieć dzieci, ale nie mogła. Dlatego mnie traktowała jak córkę, a teraz ktoś miał jej mnie odebrać.
-Chyba tak. - Odpowiedziałam.
-To dobrze. - Oznajmiła, a jej oczy delikatnie się zaszkliły. - Ja już pójdę. A ty odpocznij. - Wypowiedziała łamiącym się głosem, uśmiechnęła się słabo i wyszła, nie zamykając za sobą drzwi. Na jej miejsce przyszedł mój tata i od razu mnie przytulił.
-Dziękuję. - Powiedział. Był taki szczęśliwy.
-Za co? - Nie zrozumiałam.
-Za to, że nam wybaczyłaś. To dla nas wiele znaczy. Dla ciebie wróciliśmy. - Odpowiedział z szerokim uśmiechem. Zawsze tak się uśmiechał, kiedy razem z Lorą zrobiłyśmy bransoletki z muszelek i mu pokazywałyśmy.
-Jak to? - Zapytałam.
-Dopłynęliśmy do małej wysepki, zbudowaliśmy szałas. Żywiliśmy się rybami i znaleźliśmy źródełko z wodą pitną. Zrobiliśmy sobie mały kalendarz i w dniu kiedy wypadały dożynki uświadomiliśmy sobie, że straciliśmy Lorę, ale ciebie nie chcemy. Dlatego odnowiliśmy łódź, którą tam przypłynęliśmy i wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Zajęło nam to trochę czasu, ale musieliśmy do ciebie wrócić. Zostałaś nam tylko ty. - Oznajmił. Uśmiechnęłam się nieśmiało. - Ale to nieważne. Kiedy indziej opowiemy ci tę historię. Lepiej powiedz mi, jak się czujesz?
-Dobrze. - Mówię.
-To dobrze. Wiesz... nikomu nie mów, ale zaczynam przekonywać się co do Finnicka. - Powiedział ściszonym głosem. - Uratował cię. Drugi raz przy nas i przez naszą głupotę.
-Tak wiem. On mnie kocha, a ja kocham jego. Strasznie cieszę się, że go mam. - Odparłam.
-Ja też cieszę się, że go masz. Już późno, więc chyba pójdę. Przyjdziesz jutro? - Spytał, a kiedy przytaknęłam uśmiechnął się i wyszedł. Moment później Finnick wszedł do pokoju, a jak powiedziałam mu, że postanowiłam wybaczyć rodzicom, on bardzo się ucieszył. Tak mi się wydawało.
Dwa miesiące po tym zdarzeniu i po spędzaniu kilku godzin dziennie z rodzicami postanowiłam, że zamieszkam z nimi, kiedy będą igrzyska. Nie wiem czemu, ale bałam się powiedzieć o tym Finnickowi. Myślałam, że się załamie, bo on nie ma takiej możliwości. Wczoraj dowiedział się o tym przypadkiem od mojej ciotki. Wieczorem zapytał mnie czy to prawda, ja odpowiedziałam, że tak. Kiedy mu odpowiedziałam on kiwną głową i poszedł do swojego pokoju. Chciałam wejść do niego i porozmawiać z nim, ale zamknął drzwi na klucz, więc musiałam zapukać, a kiedy już unosiłam dłoń, aby zapukać dotarło do mnie, że powinnam dać mu odpocząć, pozwolić mu wszystko przemyśleć. W nocy nie mogłam spać. Około drugiej w nocy obudziłam się i usłyszałam, że wychodzi z pokoju, ale myślałam, że idzie do kuchni, albo do łazienki. Dlatego nie poszłam za nim. Teraz zrobię odwrotnie. Pójdę za nim. Porozmawiam z nim i przeproszę. Mam nadzieję, że mi wybaczy.
_________________________________________________________________________________
Nie jestem zadowolona z tego rozdziału. Następne będą lepsze. Obiecuję. Mam nadzieję, że mimo to skomentujecie go i dowiem się co Wy o nim myślicie.
Muszę się Wam wytłumaczyć i o czymś Was poinformować.
Miałam dodać rozdział wczoraj, ale mi się nie udało, a dziś rozdział jest o tak późnej porze, ponieważ: w najbliższym czasie mam w planach założyć dwa kolejne blogi z opowiadaniami. Jeden jest już prawie gotowy i niedługo zacznę na nim publikować, a nad drugim się zastanawiam i zapytam Was co o tym myślicie, ale jeszcze nie teraz, ponieważ ten drugi będzie bardzo ściśle związany z moim aktualnym blogiem (czyli tym, którego właśnie czytacie). Ten pierwszy blog jest blogiem, gdzie ja sama tworzę wszystko od podstaw.
Blog o Finnicku i Annie (czyli ten, który teraz czytacie) nie będzie zawieszony i ciągle będę na nim publikować, ale trochę rzadziej, a w tym przypadku oznacza to raz na tydzień.
Następny rozdział dodam tego samego dnia, co prolog na kolejnym blogu i zostawię Wam linka do ów prologu. Nie jestem w stanie stwierdzić kiedy to dokładnie będzie. Prawdopodobnie jutro.
sobota, 12 września 2015
czwartek, 10 września 2015
Rozdział 72 - "Kim ja właściwie jestem?"
FINNICK
-Mags?! Masz klucze do mojego starego domu?! - Pytam, kiedy tylko przekraczam próg mieszkania w Wiosce Zwycięzców. Mam nadzieję, że nie zapyta po co mi klucze. Nie mam ochoty niczego nikomu tłumaczyć. Wszyscy mogą mieć przede mną tajemnice, a ja mam zawsze wszystkim wszystko mówić? Ja też mam prawo do tajemnic.
-Gdzieś ty był? Martwiłyśmy się o ciebie. Nikomu nie mówiłeś, że gdzieś idziesz. - Atakuje mnie Mags, kiedy tylko niczym zjawa wyłoni się zza drzwi od kuchni.
-Tak, tak, wiem. Przepraszam. Masz te klucze? - Odzywam się i zmierzam w jej kierunku.
-Mam. Tylko po co ci one? - Pyta Mags, a jej ciemne oczy zmieniają się w małe szparki, kiedy patrzy na mnie podejrzliwie. Musi to komicznie wyglądać biorąc pod uwagę, że Mags mierzy mnie tym swoim wzrokiem, a ja jestem od niej wyższy o jakieś trzydzieści centymetrów, a może nawet więcej.
-Bo chcę coś zobaczyć. - Odpowiadam, - Dasz mi te klucze?
-Najpierw idź do kuchni, zjedz śniadanie i wytłumacz się Annie. Bałam się, że zaraz dostanie ataku. Rozumiem, że jesteś na nas zły, ale powinieneś nas uprzedzić! - Warczy na mnie Mags. Jest bardzo zdenerwowana. Nawet ją rozumiem, ale... no cóż... ja naprawdę mam powód aby być na nie zły, ale nie zmienia to faktu, że mogłem zostawić jakąś karteczkę, że idę pobiegać, albo coś. A tak... gdyby Annie miała atak,,, nigdy bym sobie nie wybaczył. Chociaż ona zataiła przede mną jeszcze ważniejszą informację. "Przestań! Nie obwiniaj jej."Upominam się w myślach.
Wchodzę do kuchni ze spuszczoną głową, bojąc się spojrzeć ukochanej w oczy. Teraz ona też ma prawo być na mnie zła. Przecież przez moją głupotę mogła mieć atak.
-Finnick! - Woła Annie. Podnoszę głowę i widzę ją biegnącą w moim kierunku. Wpada na mnie, a ja ją obejmuję.
-Przepraszam. - Szepczę jej do ucha. Annie spogląda w górę. Patrzy prosto w moje oczy.
-To ja przepraszam. Tylko proszę cię... nigdy więcej mnie tak nie strasz. - Szepcze i łapie mnie za rękę, w której jak się okazuje cały czas trzymam skrawek materiału z tego domku.
-Co to jest? - Annie odsuwa się ode mnie, podnosi moją dłoń i patrzy mi prosto w oczy. Pierwszy raz nie potrafię odczytać emocji, które nią targają.
Już chcę odpowiedzieć, nawet otwieram usta, kiedy ona wyrywa mi materiał z dłoni i osuwa się na krzesło.
-Moja sukienka... - Szepcze, bardziej do siebie niż do mnie. - To ten sam materiał, ten sam kolor, ten sam... - Podnosi wzrok z nad skrawka materiału i patrzy mi w oczy, ciągle z nieznanymi przeze mnie emocjami. - Skąd to masz? - Nie potrafię nawet odczytać jej tonu. Co się ze mną dzieje? Może powinienem zapytać, czy to jest w ogóle moja wina? Może ja jej po prostu nie znam tak dobrze jak bym chciał i jak powinienem?
-Znalazłem. - Odpowiadam chłodno. Chyba zbyt chłodno. Dlaczego odpowiedziałem takim tonem? Czy właśnie okazało się, że nie znam samego siebie? Annie patrzy na mnie jakby była obrażona.
-Gdzie? - Pyta wściekła niczym osa. Podziwiam ją. Ja nie potrafię co chwila zachowywać się zupełnie inaczej niż zaledwie parę sekund temu. Chociaż może potrafię... nie wiem.
-Czy muszę ci się ze wszystkiego tłumaczyć? Ty jakoś mi nie mówiłaś, że kiedy będą Igrzyska to będziesz mieszkać u rodziców! - Wyrzucam jej.
-Więc w tym leży problem! Masz do mnie pretensje, że mam zamiar podczas kiedy ciebie i Mags nie będzie mieszkać u rodziców! - Wykrzykuje.
-Nie! Nie dlatego! Mam do ciebie pretensje, że nic mi nie powiedziałaś! - Nie pozostaję jej dłużny i odkrzykuję.
-Po prostu masz mi za złe, że próbuję odbudować relacje z rodzicami! - Krzyczy i oskarżycielsko wskazuje na mnie palcem.
-Czy ty oszalałaś?! Myślisz, że miałbym do ciebie o to pretensje?! - Krzyczę i krzyczałbym bym dalej, gdyby do kuchni nie weszła Mags i nie postanowiła zwrócić na siebie uwagę poprzez stłuczenie talerza.
-Cisza! Waszą kłótnię pewnie słychać na drugim końcu dystryktu! - Mags piorunuje mnie wzrokiem. Jestem jednak zbyt wściekły, żeby pokornie spuścić głowę, co to, to nie. Dlatego wpatruję się na nią wręcz wyzywająco, okazując w ten sposób, że mogę się kłócić.
-Daj mi te klucze i pozwól wyjść. - Cedzę przez zęby. Mags rzuca do mnie pęczek kluczy.
-I nie wracaj do póki nie ochłoniesz. - Warczy.
W szybkim tempie opuszczam dom. Nie obchodzi mnie nawet płacz Annie. Chociaż część mnie chcę pobiec i ją przytulić to druga część jest na nią wściekła. Nie dość, że od miesiąca ukrywa przede mną, że chce mieszkać z rodzicami, kiedy ja będę mentorem, to jeszcze myśli, że mam pretensje o to, że odbudowuje z nimi relacje. Nie rozumiem jej. Czy ona myśli, że jestem takim egoistą? Chociaż momentami nie rozumiem sam siebie i zachowuję się jak egoista. Przecież gdybym nim nie był to wróciłbym i otarł jej łzy, a nie biegł dalej przed siebie do starego domu, nie zważając na nic. Nawet na tłumy gapiów, którzy zatrzymują się kiedy mnie zauważają, albo wyglądają zza drzwi. Może jednak jestem egoistą? A może nie jestem egoistą? Kim ja właściwie jestem?
_________________________________________________________________________________
Kolejny rozdział z perspektywy Finnicka... na razie najlepiej mi się pisze właśnie z jego perspektywy.
W poprzednim rozdziale napisałam, że uważniejsi czytelnicy coś zauważą i zauważyliście... tak myślę, bo skomentowała tylko kkamilla (za co baaaardzo dziękuję). Z grubsza chodziło mi wtedy właśnie o to wszystko. Przygotowałam (jakiś czas temu... chyba jeszcze w wakacje) rozdziały do rozdziału 77 (o ile mnie pamięć nie myli) i kiedy je opublikuję to będzie wiadomo o co dokładnie mi chodziło i co się wydarzy i wydarzyło (a będzie tego całkiem sporo).
Dobra... muszę się ogarnąć, bo piszę baaardzo chaotycznie.
Kolejny rozdział pojawi się jutro, albo w sobotę. Mam nadzieję, że do tego czasu skomentujecie ten rozdział (tak na marginesie to nie jestem nim jakoś zachwycona, ani szczególnie z niego dumna), wyrażając tym samym opinię o nim i... no cóż... sprawiając mi tym wielką radość (bo każdy komentarz sprawia mi wielką radość).
Napiszę jeszcze, że chwilowo nie mam weny i nie mogę się wziąć za pisanie, więc jeśli to potrwa trochę dłużej i po opublikowaniu rozdziały 77 nadal nie będę miała weny to rozdziały będą rzadziej, ale spokojnie... BĘDĄ. Wena jak na razie mnie opuściła, ale wiem, że wkrótce powróci i to ze zdwojoną siłą.
No to chyba wszystko... do kolejnego rozdziału lub do komentarzy, bo pamiętajcie, że staram się odpisywać na każdy komentarz :)
-Mags?! Masz klucze do mojego starego domu?! - Pytam, kiedy tylko przekraczam próg mieszkania w Wiosce Zwycięzców. Mam nadzieję, że nie zapyta po co mi klucze. Nie mam ochoty niczego nikomu tłumaczyć. Wszyscy mogą mieć przede mną tajemnice, a ja mam zawsze wszystkim wszystko mówić? Ja też mam prawo do tajemnic.
-Gdzieś ty był? Martwiłyśmy się o ciebie. Nikomu nie mówiłeś, że gdzieś idziesz. - Atakuje mnie Mags, kiedy tylko niczym zjawa wyłoni się zza drzwi od kuchni.
-Tak, tak, wiem. Przepraszam. Masz te klucze? - Odzywam się i zmierzam w jej kierunku.
-Mam. Tylko po co ci one? - Pyta Mags, a jej ciemne oczy zmieniają się w małe szparki, kiedy patrzy na mnie podejrzliwie. Musi to komicznie wyglądać biorąc pod uwagę, że Mags mierzy mnie tym swoim wzrokiem, a ja jestem od niej wyższy o jakieś trzydzieści centymetrów, a może nawet więcej.
-Bo chcę coś zobaczyć. - Odpowiadam, - Dasz mi te klucze?
-Najpierw idź do kuchni, zjedz śniadanie i wytłumacz się Annie. Bałam się, że zaraz dostanie ataku. Rozumiem, że jesteś na nas zły, ale powinieneś nas uprzedzić! - Warczy na mnie Mags. Jest bardzo zdenerwowana. Nawet ją rozumiem, ale... no cóż... ja naprawdę mam powód aby być na nie zły, ale nie zmienia to faktu, że mogłem zostawić jakąś karteczkę, że idę pobiegać, albo coś. A tak... gdyby Annie miała atak,,, nigdy bym sobie nie wybaczył. Chociaż ona zataiła przede mną jeszcze ważniejszą informację. "Przestań! Nie obwiniaj jej."Upominam się w myślach.
Wchodzę do kuchni ze spuszczoną głową, bojąc się spojrzeć ukochanej w oczy. Teraz ona też ma prawo być na mnie zła. Przecież przez moją głupotę mogła mieć atak.
-Finnick! - Woła Annie. Podnoszę głowę i widzę ją biegnącą w moim kierunku. Wpada na mnie, a ja ją obejmuję.
-Przepraszam. - Szepczę jej do ucha. Annie spogląda w górę. Patrzy prosto w moje oczy.
-To ja przepraszam. Tylko proszę cię... nigdy więcej mnie tak nie strasz. - Szepcze i łapie mnie za rękę, w której jak się okazuje cały czas trzymam skrawek materiału z tego domku.
-Co to jest? - Annie odsuwa się ode mnie, podnosi moją dłoń i patrzy mi prosto w oczy. Pierwszy raz nie potrafię odczytać emocji, które nią targają.
Już chcę odpowiedzieć, nawet otwieram usta, kiedy ona wyrywa mi materiał z dłoni i osuwa się na krzesło.
-Moja sukienka... - Szepcze, bardziej do siebie niż do mnie. - To ten sam materiał, ten sam kolor, ten sam... - Podnosi wzrok z nad skrawka materiału i patrzy mi w oczy, ciągle z nieznanymi przeze mnie emocjami. - Skąd to masz? - Nie potrafię nawet odczytać jej tonu. Co się ze mną dzieje? Może powinienem zapytać, czy to jest w ogóle moja wina? Może ja jej po prostu nie znam tak dobrze jak bym chciał i jak powinienem?
-Znalazłem. - Odpowiadam chłodno. Chyba zbyt chłodno. Dlaczego odpowiedziałem takim tonem? Czy właśnie okazało się, że nie znam samego siebie? Annie patrzy na mnie jakby była obrażona.
-Gdzie? - Pyta wściekła niczym osa. Podziwiam ją. Ja nie potrafię co chwila zachowywać się zupełnie inaczej niż zaledwie parę sekund temu. Chociaż może potrafię... nie wiem.
-Czy muszę ci się ze wszystkiego tłumaczyć? Ty jakoś mi nie mówiłaś, że kiedy będą Igrzyska to będziesz mieszkać u rodziców! - Wyrzucam jej.
-Więc w tym leży problem! Masz do mnie pretensje, że mam zamiar podczas kiedy ciebie i Mags nie będzie mieszkać u rodziców! - Wykrzykuje.
-Nie! Nie dlatego! Mam do ciebie pretensje, że nic mi nie powiedziałaś! - Nie pozostaję jej dłużny i odkrzykuję.
-Po prostu masz mi za złe, że próbuję odbudować relacje z rodzicami! - Krzyczy i oskarżycielsko wskazuje na mnie palcem.
-Czy ty oszalałaś?! Myślisz, że miałbym do ciebie o to pretensje?! - Krzyczę i krzyczałbym bym dalej, gdyby do kuchni nie weszła Mags i nie postanowiła zwrócić na siebie uwagę poprzez stłuczenie talerza.
-Cisza! Waszą kłótnię pewnie słychać na drugim końcu dystryktu! - Mags piorunuje mnie wzrokiem. Jestem jednak zbyt wściekły, żeby pokornie spuścić głowę, co to, to nie. Dlatego wpatruję się na nią wręcz wyzywająco, okazując w ten sposób, że mogę się kłócić.
-Daj mi te klucze i pozwól wyjść. - Cedzę przez zęby. Mags rzuca do mnie pęczek kluczy.
-I nie wracaj do póki nie ochłoniesz. - Warczy.
W szybkim tempie opuszczam dom. Nie obchodzi mnie nawet płacz Annie. Chociaż część mnie chcę pobiec i ją przytulić to druga część jest na nią wściekła. Nie dość, że od miesiąca ukrywa przede mną, że chce mieszkać z rodzicami, kiedy ja będę mentorem, to jeszcze myśli, że mam pretensje o to, że odbudowuje z nimi relacje. Nie rozumiem jej. Czy ona myśli, że jestem takim egoistą? Chociaż momentami nie rozumiem sam siebie i zachowuję się jak egoista. Przecież gdybym nim nie był to wróciłbym i otarł jej łzy, a nie biegł dalej przed siebie do starego domu, nie zważając na nic. Nawet na tłumy gapiów, którzy zatrzymują się kiedy mnie zauważają, albo wyglądają zza drzwi. Może jednak jestem egoistą? A może nie jestem egoistą? Kim ja właściwie jestem?
_________________________________________________________________________________
Kolejny rozdział z perspektywy Finnicka... na razie najlepiej mi się pisze właśnie z jego perspektywy.
W poprzednim rozdziale napisałam, że uważniejsi czytelnicy coś zauważą i zauważyliście... tak myślę, bo skomentowała tylko kkamilla (za co baaaardzo dziękuję). Z grubsza chodziło mi wtedy właśnie o to wszystko. Przygotowałam (jakiś czas temu... chyba jeszcze w wakacje) rozdziały do rozdziału 77 (o ile mnie pamięć nie myli) i kiedy je opublikuję to będzie wiadomo o co dokładnie mi chodziło i co się wydarzy i wydarzyło (a będzie tego całkiem sporo).
Dobra... muszę się ogarnąć, bo piszę baaardzo chaotycznie.
Kolejny rozdział pojawi się jutro, albo w sobotę. Mam nadzieję, że do tego czasu skomentujecie ten rozdział (tak na marginesie to nie jestem nim jakoś zachwycona, ani szczególnie z niego dumna), wyrażając tym samym opinię o nim i... no cóż... sprawiając mi tym wielką radość (bo każdy komentarz sprawia mi wielką radość).
Napiszę jeszcze, że chwilowo nie mam weny i nie mogę się wziąć za pisanie, więc jeśli to potrwa trochę dłużej i po opublikowaniu rozdziały 77 nadal nie będę miała weny to rozdziały będą rzadziej, ale spokojnie... BĘDĄ. Wena jak na razie mnie opuściła, ale wiem, że wkrótce powróci i to ze zdwojoną siłą.
No to chyba wszystko... do kolejnego rozdziału lub do komentarzy, bo pamiętajcie, że staram się odpisywać na każdy komentarz :)
wtorek, 8 września 2015
Rozdział 71 - Domek poza Dystryktem
FINNICK
Wychodzę z wody, jestem już poza Dystryktem Czwartym. Strażnik Dystryktu jest około 100 metrów za mną. Idę dziką plażą, rozkoszując się spokojem, który mnie ogarnął, kiedy tylko zanurzyłem twarz w wodzie i pierwszy raz od pięciu lat nie zniknął kiedy się z niej wynurzyłem. Słońce, które zdążyło już przegonić noc i na dobre zagościć na niebie, oświetla las, do którego - nie wiem czemu - się kieruję.
Po dziesięciu minutach marszu zauważam wydeptaną dróżkę, prowadzącą do małego domku. Pewnie ktoś postawiło go jeszcze przed nastaniem Mrocznych Dni. Na pewno, bo w brudnych oknach dostrzegam ledwo wiszące, zżółknięte firanki, na których wyszyty jest stary symbol Dystryktu Czwartego. Czyli dwie ryby przebite trójzębem. Za tło - na symbolu - robi statek, który każdy z nas zna bardzo dobrze, ale nikt nigdy go nie widział. Podobno zatonął w przeddzień wybuchu rebelii. Nazywał się Dar Panem i był trzy razy większy od Strażnika Dystryktu. Słyszałem o nim wiele legend i wiele przepowiedni z nim związanych, jedna mówiła, że jego wrak odnajdzie się dzień przed wybuchem kolejnej - tym razem zwycięskiej - rebelii. Oczywiście wszystko to bzdury, w które nie wierzę.
Powoli zbliżam się do drzwi, za którymi zamknięto świat sprzed Mrocznych Dni. Nie wiem po co tam idę, chyba chcę po prostu zaspokoić swoją ciekawość. Naciskam klamkę i delikatnie popycham drzwi, które otwierają się ze skrzypnięciem. Przekraczam próg, a podłoga z każdym moim kolejnym krokiem wydaje skrzypnięcia, czasem ciche, czasem głośne. Zapach morza, starości i zasuszonych kwiatów wypełnia moje nozdrza. Rozglądam się dookoła. Ktoś, kto zostawił ten domek, albo czegoś szukał i bardzo się śpieszył, albo był na coś wściekły i wyżył się na meblach oraz wszystkim co znajduje się w środku. Wszędzie panuje nieład.
Domek nie jest duży, ale mimo to znajdują się tu trzy pomieszczenia.
Jeden to z pewnością kuchnia, poznałem to po meblach - które może są zniszczone, ale można jeszcze poznać co jest czym - raczej co czym było - i po stłuczonych naczyniach, a także nożach i widelcach powbijanych w mały stolik.
Kolejny to łazienka. Tutaj tylko lustro zostało stłuczone, na kawałkach ciągle znajduje się zaschnięta krew.
Trzeci pokój, jako jedyny został zamknięty.
Powoli zbliżam się do drzwi, rozum podpowiada mi, abym uciekał, ale serce chce zobaczyć co się tam znajduje. Naciskam klamkę i delikatnie popycham drzwi, a te otwierają przede mną swoją tajemnicę, ukazując co ukrywały za sobą przez te wszystkie lata.
Ten pokój najbardziej uległ zniszczeniu. Stojąca na środku kanapa jest poszarpana, tapeta nałożona na ściany pozrywana, a w miejscu gdzie jest cała znajduje się zaschnięta krew - zapewne tej samej osoby, której krew znalazłem na stłuczonym lustrze w łazience- jedyne co jest nietknięte to maszyna do szycia stojąca na stoliku w rogu pokoju, niektóre materiały też nie są zniszczone, przynajmniej te leżące na stoliku.
Po podłodze walają się również pogniecione papiery, a na poszarpanej - niegdyś zapewne niebieskiej - kanapie dostrzegam otwarty zeszyt. Podnoszę go i czytam.
Widziałam wszystko. Oni chcieli, żebym to widziała. Chcieli, żebym widziała jak jego oczy gasną, jak z ust wycieka krew, plamiąc wszystko co było obok niego. Podbiegłam tam. Trzymałam go za rękę w ostatnich chwilach jego życia. Płakałam, a moje słone łzy skapywały na jego twarz. Uśmiechnął się do mnie po raz ostatni, poruszył ustami, mówiąc bezgłośne "kocham cię" i blask jego oczu zniknął raz na zawsze. Pozostał tylko ból w moim sercu, którego nijak nie da się zagłuszyć. Cierpienie pozostanie we mnie do końca mojego życia.
Kiedyś powtarzali mi, że Kapitol jest dobry, że ludzie tam martwią się o nas. Na początku im wierzyłam. Teraz nie uwierzę. Nie uwierzę w nic co mają mi do powiedzenia. Mogłabym wykrzyczeć wszystkim, że skoro Kapitol tak się o mnie troszczy, to dlaczego zmusili miłość mojego życia do poślubienia innej kobiety i pozwolili na to, aby wybrano mi na męża, kogoś kogo nigdy nie pokocham? Dlaczego zabili kogoś kogo kochałam? Kogoś kogo naprawdę kochałam? Dlaczego zniszczyli mój świat?
Teraz będą zmuszać nasze dzieci do bratobójczej walki na arenie. Walka ta określona została mianem Głodowych Igrzysk, a dzień, kiedy ofiary - dzieci w wieku od dwunastu do osiemnastu lat, nazywani również trybutami - mają być losowane do udziału w tej walce nazywany ma być dożynkami. Moja córka weźmie w tym udział dopiero za parę lat, a ja już się boję i już wiem w co ją ubiorę.
Kiedyś uszyłam sukienkę w kolorze morskiej zieleni, uszyłam ją tylko po to, aby nigdy nie zapomnieć jego oczu, bo miały ten sam odcień. Niestety nie starczyło mi materiału na uszycie sukienki, w której będę mogła chodzić ja, więc uszyłam ją z myślą o moich dzieciach, które na pewno kiedyś do niej dorosną. Teraz wiem kiedy będą mogły ją zakładać. Teraz będzie to mój mały bunt. Chociaż tylko ja będę o nim wiedzieć. Dla mnie to jednak wystarczy.
Pod moimi stopami zauważam mały kawałek materiału. Materiału w kolorze moich oczu. Morska zieleń. Materiał. Sukienka. To może oznaczać tylko jedno... ukochanym tej kobiety był ktoś z mojej rodziny.
Tata opowiadał mi kiedyś, że kolor oczu mam po nim, a on po swoim tacie, który miał to po swoim tacie i tak dalej. Mówił mi, że zawsze najstarsze dziecko w naszej rodzinie dziedziczyło kolor oczu po ojcu i tylko jego najstarsze dziecko znów dziedziczyło kolor oczu po nim. Powiedział mi kiedyś, że gdybym miał starszego brata, to on miałby taki kolor oczu jak on i to jego dziecko by go odziedziczyło, moje nie. Czasami kolor odrobinę się zmieniał, ale niewiele. Mojego ojca był ciemniejszy, a mój jest jaśniejszy. Podobno tylko my mamy takie oczy.
Ukochany tej kobiety to na pewno był mój przodek. Tylko dlaczego nigdy o tym nie słyszałem? Wiem, że odpowiedź na to pytanie mogę znaleźć tylko jeśli mój przodek również spisywał swoje myśli i są one ukryte na strychu w miejscu, które niegdyś było dla mnie domem.
_________________________________________________________________________________
Tamten rozdział chyba był lepszy, ale nie zmienia to faktu, że z tego też jestem dumna. Mam nadzieję, że Wam również się spodobał i wyrazicie swoją opinię w komentarzu.
Uważni czytelnicy na pewno zauważyli, że... no właśnie... że co? Zauważyliście coś? Jeśli tak to napiszcie mi to w komentarzu, a ja pod kolejnym rozdziałem, lub pod Waszymi komentarzami napiszę o co mi chodziło.
Nie przedłużając... do następnego rozdziału (lub komentarzy, bo pamiętajcie, że zawsze staram się na każdy z komentarzy odpowiedzieć), który będzie już w ten czwartek :)
Wychodzę z wody, jestem już poza Dystryktem Czwartym. Strażnik Dystryktu jest około 100 metrów za mną. Idę dziką plażą, rozkoszując się spokojem, który mnie ogarnął, kiedy tylko zanurzyłem twarz w wodzie i pierwszy raz od pięciu lat nie zniknął kiedy się z niej wynurzyłem. Słońce, które zdążyło już przegonić noc i na dobre zagościć na niebie, oświetla las, do którego - nie wiem czemu - się kieruję.
Po dziesięciu minutach marszu zauważam wydeptaną dróżkę, prowadzącą do małego domku. Pewnie ktoś postawiło go jeszcze przed nastaniem Mrocznych Dni. Na pewno, bo w brudnych oknach dostrzegam ledwo wiszące, zżółknięte firanki, na których wyszyty jest stary symbol Dystryktu Czwartego. Czyli dwie ryby przebite trójzębem. Za tło - na symbolu - robi statek, który każdy z nas zna bardzo dobrze, ale nikt nigdy go nie widział. Podobno zatonął w przeddzień wybuchu rebelii. Nazywał się Dar Panem i był trzy razy większy od Strażnika Dystryktu. Słyszałem o nim wiele legend i wiele przepowiedni z nim związanych, jedna mówiła, że jego wrak odnajdzie się dzień przed wybuchem kolejnej - tym razem zwycięskiej - rebelii. Oczywiście wszystko to bzdury, w które nie wierzę.
Powoli zbliżam się do drzwi, za którymi zamknięto świat sprzed Mrocznych Dni. Nie wiem po co tam idę, chyba chcę po prostu zaspokoić swoją ciekawość. Naciskam klamkę i delikatnie popycham drzwi, które otwierają się ze skrzypnięciem. Przekraczam próg, a podłoga z każdym moim kolejnym krokiem wydaje skrzypnięcia, czasem ciche, czasem głośne. Zapach morza, starości i zasuszonych kwiatów wypełnia moje nozdrza. Rozglądam się dookoła. Ktoś, kto zostawił ten domek, albo czegoś szukał i bardzo się śpieszył, albo był na coś wściekły i wyżył się na meblach oraz wszystkim co znajduje się w środku. Wszędzie panuje nieład.
Domek nie jest duży, ale mimo to znajdują się tu trzy pomieszczenia.
Jeden to z pewnością kuchnia, poznałem to po meblach - które może są zniszczone, ale można jeszcze poznać co jest czym - raczej co czym było - i po stłuczonych naczyniach, a także nożach i widelcach powbijanych w mały stolik.
Kolejny to łazienka. Tutaj tylko lustro zostało stłuczone, na kawałkach ciągle znajduje się zaschnięta krew.
Trzeci pokój, jako jedyny został zamknięty.
Powoli zbliżam się do drzwi, rozum podpowiada mi, abym uciekał, ale serce chce zobaczyć co się tam znajduje. Naciskam klamkę i delikatnie popycham drzwi, a te otwierają przede mną swoją tajemnicę, ukazując co ukrywały za sobą przez te wszystkie lata.
Ten pokój najbardziej uległ zniszczeniu. Stojąca na środku kanapa jest poszarpana, tapeta nałożona na ściany pozrywana, a w miejscu gdzie jest cała znajduje się zaschnięta krew - zapewne tej samej osoby, której krew znalazłem na stłuczonym lustrze w łazience- jedyne co jest nietknięte to maszyna do szycia stojąca na stoliku w rogu pokoju, niektóre materiały też nie są zniszczone, przynajmniej te leżące na stoliku.
Po podłodze walają się również pogniecione papiery, a na poszarpanej - niegdyś zapewne niebieskiej - kanapie dostrzegam otwarty zeszyt. Podnoszę go i czytam.
Widziałam wszystko. Oni chcieli, żebym to widziała. Chcieli, żebym widziała jak jego oczy gasną, jak z ust wycieka krew, plamiąc wszystko co było obok niego. Podbiegłam tam. Trzymałam go za rękę w ostatnich chwilach jego życia. Płakałam, a moje słone łzy skapywały na jego twarz. Uśmiechnął się do mnie po raz ostatni, poruszył ustami, mówiąc bezgłośne "kocham cię" i blask jego oczu zniknął raz na zawsze. Pozostał tylko ból w moim sercu, którego nijak nie da się zagłuszyć. Cierpienie pozostanie we mnie do końca mojego życia.
Kiedyś powtarzali mi, że Kapitol jest dobry, że ludzie tam martwią się o nas. Na początku im wierzyłam. Teraz nie uwierzę. Nie uwierzę w nic co mają mi do powiedzenia. Mogłabym wykrzyczeć wszystkim, że skoro Kapitol tak się o mnie troszczy, to dlaczego zmusili miłość mojego życia do poślubienia innej kobiety i pozwolili na to, aby wybrano mi na męża, kogoś kogo nigdy nie pokocham? Dlaczego zabili kogoś kogo kochałam? Kogoś kogo naprawdę kochałam? Dlaczego zniszczyli mój świat?
Teraz będą zmuszać nasze dzieci do bratobójczej walki na arenie. Walka ta określona została mianem Głodowych Igrzysk, a dzień, kiedy ofiary - dzieci w wieku od dwunastu do osiemnastu lat, nazywani również trybutami - mają być losowane do udziału w tej walce nazywany ma być dożynkami. Moja córka weźmie w tym udział dopiero za parę lat, a ja już się boję i już wiem w co ją ubiorę.
Kiedyś uszyłam sukienkę w kolorze morskiej zieleni, uszyłam ją tylko po to, aby nigdy nie zapomnieć jego oczu, bo miały ten sam odcień. Niestety nie starczyło mi materiału na uszycie sukienki, w której będę mogła chodzić ja, więc uszyłam ją z myślą o moich dzieciach, które na pewno kiedyś do niej dorosną. Teraz wiem kiedy będą mogły ją zakładać. Teraz będzie to mój mały bunt. Chociaż tylko ja będę o nim wiedzieć. Dla mnie to jednak wystarczy.
Pod moimi stopami zauważam mały kawałek materiału. Materiału w kolorze moich oczu. Morska zieleń. Materiał. Sukienka. To może oznaczać tylko jedno... ukochanym tej kobiety był ktoś z mojej rodziny.
Tata opowiadał mi kiedyś, że kolor oczu mam po nim, a on po swoim tacie, który miał to po swoim tacie i tak dalej. Mówił mi, że zawsze najstarsze dziecko w naszej rodzinie dziedziczyło kolor oczu po ojcu i tylko jego najstarsze dziecko znów dziedziczyło kolor oczu po nim. Powiedział mi kiedyś, że gdybym miał starszego brata, to on miałby taki kolor oczu jak on i to jego dziecko by go odziedziczyło, moje nie. Czasami kolor odrobinę się zmieniał, ale niewiele. Mojego ojca był ciemniejszy, a mój jest jaśniejszy. Podobno tylko my mamy takie oczy.
Ukochany tej kobiety to na pewno był mój przodek. Tylko dlaczego nigdy o tym nie słyszałem? Wiem, że odpowiedź na to pytanie mogę znaleźć tylko jeśli mój przodek również spisywał swoje myśli i są one ukryte na strychu w miejscu, które niegdyś było dla mnie domem.
_________________________________________________________________________________
Tamten rozdział chyba był lepszy, ale nie zmienia to faktu, że z tego też jestem dumna. Mam nadzieję, że Wam również się spodobał i wyrazicie swoją opinię w komentarzu.
Uważni czytelnicy na pewno zauważyli, że... no właśnie... że co? Zauważyliście coś? Jeśli tak to napiszcie mi to w komentarzu, a ja pod kolejnym rozdziałem, lub pod Waszymi komentarzami napiszę o co mi chodziło.
Nie przedłużając... do następnego rozdziału (lub komentarzy, bo pamiętajcie, że zawsze staram się na każdy z komentarzy odpowiedzieć), który będzie już w ten czwartek :)
sobota, 5 września 2015
Rozdział 70 - "Czasami chciałbym być jak fala"
FINNICK
Słońce powoli powraca z daleka i znów wpływa na niebo, rozjaśniając mrok nocy. Wokół słychać szum fal, które zderzają się z moimi bosymi stopami, po to aby wkrótce znów powrócić do morza. Czasami chciałbym być jak fala. Chciałbym móc wrócić do tego co było kiedyś.
Chciałbym znów mieć pięć lat i spędzać całe dnie razem z ojcem na plaży, a raczej w wodzie, bo wtedy uczył mnie posługiwania się trójzębem i łowienia ryb, później wracaliśmy do domu i mama uczyła mnie wiązania węzłów i wyplatania sieci. Jeszcze wtedy kapitanem statku był mój dziadek, a tata tylko czasami z nim pływał, dlatego dużo czasu spędzał ze mną, później sam został kapitanem i już nie było tak samo. Mama cały czas wyplatała sieci, ale nie dla zarobku, bo pieniędzy nam nie brakowało, robiła to, żeby coś robić i - choć nie chciała się przyznać - aby nie czuć się samotna. Nigdy nie lubiła bezczynnie siedzieć, a samotność jej tego nie ułatwiała. Pamiętam, że czasami jak był sztorm, a tata był na morzu, to razem z mamą wyplataliśmy sieci lub wiązaliśmy węzły, aby zapomnieć o wszystkim i nie martwić się, że już nigdy możemy go nie zobaczyć. Nie były to zwykłe węzły, ale bardzo skomplikowane i trudne do opanowania, przynajmniej dla osób spoza naszego dystryktu. Cały czas pamiętam jak je wiązać, chociaż dawno tego nie robiłem.
Docieram na skraj Dystryktu. Nie poznaję tego po siatce, która znajduje się na granicy dwóch światów w mieście, bo najzwyczajniej jej tu niema. Przecież jest pod napięciem, a woda jest przewodnikiem prądu, więc byłoby to niebezpieczne. Poznaję to po tym, że jestem w miejscu zwanym Przystań Wraków, jest to miejsce w Czwórce, o którym wiedzą tylko jego mieszkańcy i władze w Kapitolu. To właśnie tu znajdują się wszystkie wraki łodzi i statków, które zatonęły, ciągnąc w wodę wielu ludzi z naszego dystryktu i tylko nielicznym udało się nie pójść na dno wraz z nimi, później wyciągniętymi przez ludzi i sprowadzonymi tu, aby leżały na piasku i skutecznie blokowały drogę poza dystrykt. Na samym końcu Przystani Wraków - a co za tym idzie na końcu Czwórki - znajduje się potężny okręt, powstały jeszcze przed nastaniem Mrocznych Dni - jakby nie patrzeć, to wszystkie statki, które się tu znajdują są jeszcze sprzed tej tragicznie stłamszonej rebelii, a zaraz po niej każdy, oprócz jednego, został przestrzelony i trafił tu - Strażnik Dystryktu - bo tak nazwaliśmy ten okręt, chociaż pierwotnie nazwany był Perła Światów, uznaliśmy jednak, że Strażnik Dystryktu teraz lepiej pasuje - stoi przede mną w całej swej okazałości i zasłania wszystko co jest poza dystryktem. Podobno kiedyś wiele osób próbowało wspiąć się na niego i w jakiś sposób przedostać się poza granicę naszego świata, nikomu jednak się to nie udało.
-Finnick, pamiętaj, że jeśli kiedykolwiek sytuacja w Panem stanie się nie do zniesienia i zapragniesz uciec, to nigdy, pod żadnym pozorem nie przechodź przez Strażnika Dystryktu. Jest on pełen pułapek. Możesz go jednak opłynąć. Nikt nie pomyślał o pułapkach w wodzie, wiem coś o tym. - Mój ojciec zawsze tak mawiał kiedy pływaliśmy i łowiliśmy, po czym zawsze puszczał do mnie oczko.
Przypominam sobie jego roześmianą twarz, która zawsze była uśmiechnięta. Przypominam sobie jego oczy, bardzo podobne do moich, ale trochę ciemniejsze. Przypominam sobie jego usta, które tak ochoczo rozciągał w uśmiechu, odsłaniając rządek biały, równych zębów. Przypominam sobie jego jasnobrązowe włosy, które zawsze widziałem z góry, kiedy tata nosił mnie na swoich plecach. Tak za tym tęsknię. Tak za nimi tęsknię.
Nim się spostrzegę wskakuję do wody i płynę dookoła Strażnika Dystryktu. Moje słone łzy mieszają się ze słoną, morską wodą. Płynę dalej, nie zważając na nic. Po prostu płynę. Pozwalam wodzie ocierać łzy, które wypływają z moich oczu na wspomnienie rodziców.
Gdy był sztorm, a tata był na morzu, jeszcze zanim z mamą zaczęliśmy wiązać węzły lub pleść sieci, ja zawsze płakałem, bo bałem się, że nigdy go już więcej nie zobaczę. Mama ocierała łzy wypływające z moich oczu, swoimi ciepłymi, delikatnymi dłońmi, na których malowało się wiele blizn od wyplatania sieci. Później przytulała mnie, alby ukryć swoje łzy, a jej jasnobrązowe długie włosy opadały na moją twarz, pachniały tak pięknie. Pachniały morzem i jakimiś kwiatami, uwielbiałem ten zapach, kojarzył mi się z domem i bezpieczeństwem, tak bardzo teraz tego potrzebuję. Kiedy już udało jej się opanować płacz i przestała mnie przytulać to spoglądała na mnie swoimi ciemnoniebieskimi oczami, które błyszczały po powodzi łez, jaką wylała i uśmiechała się pytająco, spoglądając na sznury. Ja zawsze uśmiechałem się i kiwałem głową. Wtedy braliśmy się za węzły i nie przerywaliśmy pracy nawet jeśli nie było światła.
Pewnego razu statek taty się spóźniał, a niedługo przed planowanym powrotem był sztorm, mama cały czas siedziała na plaży i płakała wpatrując się w pustą przestrzeń malującą się przed nią. Dziesięcioletni wówczas ja łowiłem ryby i przygotowywałem je do jedzenia, a potem zanosiłem jej, martwiłem się o nią i starałem się nie płakać. Wiedziałem, że muszę być silny dla niej, ale strasznie się bałem. Nie chciałem go stracić. Nie tak. Nie chciałem, żeby wypłynął i nigdy nie wrócił. W ten sposób pięć lat temu straciłem ich obojga. Wypłynęli statkiem i nie wrócili. Musieli. Po miesiącu Kapitol uznał ich za martwych i zbudowano kolejny statek. Nowym kapitanem został pan Molin, ojciec Evelyn. Ja jednak ciągle mam nadzieję, że moi rodzice żyją i wrócą, kiedy tylko rządy Snowa dobiegną końca.
Czasami zastanawiam się czy jestem do nich podobny. Czy jestem podobny do moich rodziców? Może trochę z wyglądu. Oczy i włosy taty, uśmiech mamy. Marzę jednak, żeby mieć ich charakter, marzę, aby być człowiekiem, tak jak byli oni. Rodzice trybutów powinni płakać nie dlatego, że ich dzieci idą na rzeź, ale dlatego, że jeśli wrócą to wrócą jako potwory. Jestem potworem. Kiedy miałem czternaście lat stałem się potworem. Stałem się kapitolińską maszyną do zabijania, później "idealnym" kapitolińskim zmiechem.
_________________________________________________________________________________
No i jak się podobało??? Bo ja jestem bardzooooo dumna z tego rozdziału. Tak... to jeden z tych rozdziałów, z których jestem dumna i jeden z tych rozdziałów, o których pisałam w poście z ogłoszeniami i "akcją ze słowami". Może nie dzieje się tu nic takiego, ale ja jestem bardzo dumna z tego rozdziału.
No dobrze... kolejny rozdział będzie we wtorek.
Mam nadzieję, że spodobał Wam się ten rozdział i go skomentujecie. Wtedy będę wiedziała czy naprawdę jest dobry, czy jest zupełnie odwrotnie.
Słońce powoli powraca z daleka i znów wpływa na niebo, rozjaśniając mrok nocy. Wokół słychać szum fal, które zderzają się z moimi bosymi stopami, po to aby wkrótce znów powrócić do morza. Czasami chciałbym być jak fala. Chciałbym móc wrócić do tego co było kiedyś.
Chciałbym znów mieć pięć lat i spędzać całe dnie razem z ojcem na plaży, a raczej w wodzie, bo wtedy uczył mnie posługiwania się trójzębem i łowienia ryb, później wracaliśmy do domu i mama uczyła mnie wiązania węzłów i wyplatania sieci. Jeszcze wtedy kapitanem statku był mój dziadek, a tata tylko czasami z nim pływał, dlatego dużo czasu spędzał ze mną, później sam został kapitanem i już nie było tak samo. Mama cały czas wyplatała sieci, ale nie dla zarobku, bo pieniędzy nam nie brakowało, robiła to, żeby coś robić i - choć nie chciała się przyznać - aby nie czuć się samotna. Nigdy nie lubiła bezczynnie siedzieć, a samotność jej tego nie ułatwiała. Pamiętam, że czasami jak był sztorm, a tata był na morzu, to razem z mamą wyplataliśmy sieci lub wiązaliśmy węzły, aby zapomnieć o wszystkim i nie martwić się, że już nigdy możemy go nie zobaczyć. Nie były to zwykłe węzły, ale bardzo skomplikowane i trudne do opanowania, przynajmniej dla osób spoza naszego dystryktu. Cały czas pamiętam jak je wiązać, chociaż dawno tego nie robiłem.
Docieram na skraj Dystryktu. Nie poznaję tego po siatce, która znajduje się na granicy dwóch światów w mieście, bo najzwyczajniej jej tu niema. Przecież jest pod napięciem, a woda jest przewodnikiem prądu, więc byłoby to niebezpieczne. Poznaję to po tym, że jestem w miejscu zwanym Przystań Wraków, jest to miejsce w Czwórce, o którym wiedzą tylko jego mieszkańcy i władze w Kapitolu. To właśnie tu znajdują się wszystkie wraki łodzi i statków, które zatonęły, ciągnąc w wodę wielu ludzi z naszego dystryktu i tylko nielicznym udało się nie pójść na dno wraz z nimi, później wyciągniętymi przez ludzi i sprowadzonymi tu, aby leżały na piasku i skutecznie blokowały drogę poza dystrykt. Na samym końcu Przystani Wraków - a co za tym idzie na końcu Czwórki - znajduje się potężny okręt, powstały jeszcze przed nastaniem Mrocznych Dni - jakby nie patrzeć, to wszystkie statki, które się tu znajdują są jeszcze sprzed tej tragicznie stłamszonej rebelii, a zaraz po niej każdy, oprócz jednego, został przestrzelony i trafił tu - Strażnik Dystryktu - bo tak nazwaliśmy ten okręt, chociaż pierwotnie nazwany był Perła Światów, uznaliśmy jednak, że Strażnik Dystryktu teraz lepiej pasuje - stoi przede mną w całej swej okazałości i zasłania wszystko co jest poza dystryktem. Podobno kiedyś wiele osób próbowało wspiąć się na niego i w jakiś sposób przedostać się poza granicę naszego świata, nikomu jednak się to nie udało.
-Finnick, pamiętaj, że jeśli kiedykolwiek sytuacja w Panem stanie się nie do zniesienia i zapragniesz uciec, to nigdy, pod żadnym pozorem nie przechodź przez Strażnika Dystryktu. Jest on pełen pułapek. Możesz go jednak opłynąć. Nikt nie pomyślał o pułapkach w wodzie, wiem coś o tym. - Mój ojciec zawsze tak mawiał kiedy pływaliśmy i łowiliśmy, po czym zawsze puszczał do mnie oczko.
Przypominam sobie jego roześmianą twarz, która zawsze była uśmiechnięta. Przypominam sobie jego oczy, bardzo podobne do moich, ale trochę ciemniejsze. Przypominam sobie jego usta, które tak ochoczo rozciągał w uśmiechu, odsłaniając rządek biały, równych zębów. Przypominam sobie jego jasnobrązowe włosy, które zawsze widziałem z góry, kiedy tata nosił mnie na swoich plecach. Tak za tym tęsknię. Tak za nimi tęsknię.
Nim się spostrzegę wskakuję do wody i płynę dookoła Strażnika Dystryktu. Moje słone łzy mieszają się ze słoną, morską wodą. Płynę dalej, nie zważając na nic. Po prostu płynę. Pozwalam wodzie ocierać łzy, które wypływają z moich oczu na wspomnienie rodziców.
Gdy był sztorm, a tata był na morzu, jeszcze zanim z mamą zaczęliśmy wiązać węzły lub pleść sieci, ja zawsze płakałem, bo bałem się, że nigdy go już więcej nie zobaczę. Mama ocierała łzy wypływające z moich oczu, swoimi ciepłymi, delikatnymi dłońmi, na których malowało się wiele blizn od wyplatania sieci. Później przytulała mnie, alby ukryć swoje łzy, a jej jasnobrązowe długie włosy opadały na moją twarz, pachniały tak pięknie. Pachniały morzem i jakimiś kwiatami, uwielbiałem ten zapach, kojarzył mi się z domem i bezpieczeństwem, tak bardzo teraz tego potrzebuję. Kiedy już udało jej się opanować płacz i przestała mnie przytulać to spoglądała na mnie swoimi ciemnoniebieskimi oczami, które błyszczały po powodzi łez, jaką wylała i uśmiechała się pytająco, spoglądając na sznury. Ja zawsze uśmiechałem się i kiwałem głową. Wtedy braliśmy się za węzły i nie przerywaliśmy pracy nawet jeśli nie było światła.
Pewnego razu statek taty się spóźniał, a niedługo przed planowanym powrotem był sztorm, mama cały czas siedziała na plaży i płakała wpatrując się w pustą przestrzeń malującą się przed nią. Dziesięcioletni wówczas ja łowiłem ryby i przygotowywałem je do jedzenia, a potem zanosiłem jej, martwiłem się o nią i starałem się nie płakać. Wiedziałem, że muszę być silny dla niej, ale strasznie się bałem. Nie chciałem go stracić. Nie tak. Nie chciałem, żeby wypłynął i nigdy nie wrócił. W ten sposób pięć lat temu straciłem ich obojga. Wypłynęli statkiem i nie wrócili. Musieli. Po miesiącu Kapitol uznał ich za martwych i zbudowano kolejny statek. Nowym kapitanem został pan Molin, ojciec Evelyn. Ja jednak ciągle mam nadzieję, że moi rodzice żyją i wrócą, kiedy tylko rządy Snowa dobiegną końca.
Czasami zastanawiam się czy jestem do nich podobny. Czy jestem podobny do moich rodziców? Może trochę z wyglądu. Oczy i włosy taty, uśmiech mamy. Marzę jednak, żeby mieć ich charakter, marzę, aby być człowiekiem, tak jak byli oni. Rodzice trybutów powinni płakać nie dlatego, że ich dzieci idą na rzeź, ale dlatego, że jeśli wrócą to wrócą jako potwory. Jestem potworem. Kiedy miałem czternaście lat stałem się potworem. Stałem się kapitolińską maszyną do zabijania, później "idealnym" kapitolińskim zmiechem.
_________________________________________________________________________________
No i jak się podobało??? Bo ja jestem bardzooooo dumna z tego rozdziału. Tak... to jeden z tych rozdziałów, z których jestem dumna i jeden z tych rozdziałów, o których pisałam w poście z ogłoszeniami i "akcją ze słowami". Może nie dzieje się tu nic takiego, ale ja jestem bardzo dumna z tego rozdziału.
No dobrze... kolejny rozdział będzie we wtorek.
Mam nadzieję, że spodobał Wam się ten rozdział i go skomentujecie. Wtedy będę wiedziała czy naprawdę jest dobry, czy jest zupełnie odwrotnie.
czwartek, 3 września 2015
Rozdział 69 - "Wybaczam"
ANNIE
-Co wy robicie? - Pyta Mags i patrzy po kolei na każdego z nas. Wszyscy zaczynamy się rumienić i spuszczamy głowy. Czuję się jak mała dziewczynka przyłapana na jedzeniu słodyczy przed obiadem. - Jak wy się zachowujecie? Na dole cały czas siedzą Lindsey, Tom i Elen. Wszyscy chcą się z tobą zobaczyć. - Oznajmia i patrzy na mnie.
-To niech tu przyjdą. - Mówię.
-Oni chcą porozmawiać z tobą na osobności. - "Ale ja nie chcę" Myślę, jednak nie powiem tego. Moja mentorka patrzy na Evelyn i Finnicka. To znaczy, że chce, żeby poszli. - Każdy osobno. - Mówi i wychodzi, a Finnick z Evelyn idą za nią.
-Annie... przepraszam. - To pierwsze słowa mojej matki, które wypowiedziała zaraz po wejściu do tego pokoju.
-Za co? - Pytam. - Za co przepraszasz?
-Dobrze wiesz. - Patrzy na mnie. - Za wszystko. Za to, że cię zostawiliśmy. Za to, że wróciliśmy. Za to, że przez nas leżałaś w szpitalu. Za to, że musiałaś uciszać naszą kłótnię. Za to, że zasłabłaś. - Mówi. Głos się jej łamie, a oczy zaczynają błyszczeć. - Przepraszam.
-Wybaczam. - Chyba postradałam zmysły, ale w sumie to nadal jest moja matka. Mogła mnie skrzywdzić, mogła mnie zostawić, ale to nadal moja matka i jakaś część mnie dalej ją kocha.
-Naprawdę? - Pyta z nadzieją, a jedna łza spływa po jej policzku. Nie chcę, żeby płakała. Nie chcę, żeby cierpiała. Dlatego uśmiecham się i kiwam głową na potwierdzenie tych słów, a raczej jednego słowa.
-W końcu jesteście moimi rodzicami. Może nie byliście idealni, a przez waszą lekkomyślność... - "Lekkomyślność"... musiałam się powstrzymać, żeby nie powiedzieć "głupotę" - wszystko wygląda jak wygląda, ale przynajmniej się staracie. - Nie wierzę, że to mówię. - Ja też mogę się postarać i... - Nie wierzę, że to mówię. - i... będę was odwiedzać, żebyśmy mogli spędzić razem więcej czasu. - Dalej nie wierzę, że to mówię. Moja mama chyba też. Widzę zdumienie na jej twarzy. Zaraz jednak jej twarz się rozpogadza i jest znów szczęśliwa. Zupełnie jak wtedy kiedy byłyśmy na plaży i uczyła mnie i Lorę wyplatać sieci i robić bransoletki z muszelek, kiedy zobaczyła, że zaczęło nam wychodzić była dumna i szczęśliwa. Wyglądała tak jak teraz. Była wtedy trochę młodsza, ale nie zmienia to faktu, że teraz też jest ze mnie dumna, bo postanowiłam im wybaczyć.
-Będzie nam bardzo miło. Kocham cię córeczko. - Mówi i przytula mnie.
-Ja... ciebie... też. - Odpowiadam z trudem. Cząstka, która nadal ich kocha ma silną konkurencję, ponieważ dalej jestem na nich zła i ta jedna cząstka mnie nigdy im tego nie zapomni, ale chyba warto spróbować nawiązać z nim kontakty. "Tak będzie lepiej. Dla ciebie i dla nich. Wiesz, że oni nadal cię kochają, a ty kochasz ich." Rozbrzmiewa jakiś głos w mojej głowie. Czyj to głos? Brzmi inaczej niż mój, ale nie różni się aż tak bardzo. Jest dość podobny do głosu mamy. Jest taki delikatny, ale potrafi też ciąć jak brzytwa, chociażby jak wtedy kiedy zganił mnie za nawrzeszczenie na Finnicka. Chociażby jak wtedy kiedy miałam siedem lat i nakrzyczała na mnie za podsłuchiwanie jej rozmów z koleżankami, tylko wtedy ten głos był bardziej dziecięcy. Lora. To Lora jest głosem rozsądku w mojej głowie. Moja kochana siostrzyczka zamiast zostać w moim sercu, została w moim sercu i w mojej głowie. Mam ochotę się rozpłakać, ale ze szczęścia. Moja siostra nigdy do końca mnie nie opuściła. Dalej jest przy mnie. To pozostanie moją tajemnicą. Nikomu tego nie zdradzę.
-Annie? W porządku? - Pyta mama.
-Tak, a czemu miałoby nie być w porządku? - Pytam.
-Bo zadałam ci to pytanie po raz dziesiąty, a ty cały czas patrzyłaś się w ścianę. - Oznajmia.
_________________________________________________________________________________
Tak jak obiecałam wstawiłam dziś kolejny rozdział. Jest średni, a ja nie mam siły go poprawić.
Następny rozdział będzie w sobotę, albo niedzielę.
Mam nadzieję, że wyrazicie swoją opinię dotyczącą tego rozdziału w komentarzach.
Tak w ogóle to baaardzo dziękuję za te 5000 wyświetleń!!! To dla mnie baardzo ważne! Dziękuję!
-Co wy robicie? - Pyta Mags i patrzy po kolei na każdego z nas. Wszyscy zaczynamy się rumienić i spuszczamy głowy. Czuję się jak mała dziewczynka przyłapana na jedzeniu słodyczy przed obiadem. - Jak wy się zachowujecie? Na dole cały czas siedzą Lindsey, Tom i Elen. Wszyscy chcą się z tobą zobaczyć. - Oznajmia i patrzy na mnie.
-To niech tu przyjdą. - Mówię.
-Oni chcą porozmawiać z tobą na osobności. - "Ale ja nie chcę" Myślę, jednak nie powiem tego. Moja mentorka patrzy na Evelyn i Finnicka. To znaczy, że chce, żeby poszli. - Każdy osobno. - Mówi i wychodzi, a Finnick z Evelyn idą za nią.
-Annie... przepraszam. - To pierwsze słowa mojej matki, które wypowiedziała zaraz po wejściu do tego pokoju.
-Za co? - Pytam. - Za co przepraszasz?
-Dobrze wiesz. - Patrzy na mnie. - Za wszystko. Za to, że cię zostawiliśmy. Za to, że wróciliśmy. Za to, że przez nas leżałaś w szpitalu. Za to, że musiałaś uciszać naszą kłótnię. Za to, że zasłabłaś. - Mówi. Głos się jej łamie, a oczy zaczynają błyszczeć. - Przepraszam.
-Wybaczam. - Chyba postradałam zmysły, ale w sumie to nadal jest moja matka. Mogła mnie skrzywdzić, mogła mnie zostawić, ale to nadal moja matka i jakaś część mnie dalej ją kocha.
-Naprawdę? - Pyta z nadzieją, a jedna łza spływa po jej policzku. Nie chcę, żeby płakała. Nie chcę, żeby cierpiała. Dlatego uśmiecham się i kiwam głową na potwierdzenie tych słów, a raczej jednego słowa.
-W końcu jesteście moimi rodzicami. Może nie byliście idealni, a przez waszą lekkomyślność... - "Lekkomyślność"... musiałam się powstrzymać, żeby nie powiedzieć "głupotę" - wszystko wygląda jak wygląda, ale przynajmniej się staracie. - Nie wierzę, że to mówię. - Ja też mogę się postarać i... - Nie wierzę, że to mówię. - i... będę was odwiedzać, żebyśmy mogli spędzić razem więcej czasu. - Dalej nie wierzę, że to mówię. Moja mama chyba też. Widzę zdumienie na jej twarzy. Zaraz jednak jej twarz się rozpogadza i jest znów szczęśliwa. Zupełnie jak wtedy kiedy byłyśmy na plaży i uczyła mnie i Lorę wyplatać sieci i robić bransoletki z muszelek, kiedy zobaczyła, że zaczęło nam wychodzić była dumna i szczęśliwa. Wyglądała tak jak teraz. Była wtedy trochę młodsza, ale nie zmienia to faktu, że teraz też jest ze mnie dumna, bo postanowiłam im wybaczyć.
-Będzie nam bardzo miło. Kocham cię córeczko. - Mówi i przytula mnie.
-Ja... ciebie... też. - Odpowiadam z trudem. Cząstka, która nadal ich kocha ma silną konkurencję, ponieważ dalej jestem na nich zła i ta jedna cząstka mnie nigdy im tego nie zapomni, ale chyba warto spróbować nawiązać z nim kontakty. "Tak będzie lepiej. Dla ciebie i dla nich. Wiesz, że oni nadal cię kochają, a ty kochasz ich." Rozbrzmiewa jakiś głos w mojej głowie. Czyj to głos? Brzmi inaczej niż mój, ale nie różni się aż tak bardzo. Jest dość podobny do głosu mamy. Jest taki delikatny, ale potrafi też ciąć jak brzytwa, chociażby jak wtedy kiedy zganił mnie za nawrzeszczenie na Finnicka. Chociażby jak wtedy kiedy miałam siedem lat i nakrzyczała na mnie za podsłuchiwanie jej rozmów z koleżankami, tylko wtedy ten głos był bardziej dziecięcy. Lora. To Lora jest głosem rozsądku w mojej głowie. Moja kochana siostrzyczka zamiast zostać w moim sercu, została w moim sercu i w mojej głowie. Mam ochotę się rozpłakać, ale ze szczęścia. Moja siostra nigdy do końca mnie nie opuściła. Dalej jest przy mnie. To pozostanie moją tajemnicą. Nikomu tego nie zdradzę.
-Annie? W porządku? - Pyta mama.
-Tak, a czemu miałoby nie być w porządku? - Pytam.
-Bo zadałam ci to pytanie po raz dziesiąty, a ty cały czas patrzyłaś się w ścianę. - Oznajmia.
_________________________________________________________________________________
Tak jak obiecałam wstawiłam dziś kolejny rozdział. Jest średni, a ja nie mam siły go poprawić.
Następny rozdział będzie w sobotę, albo niedzielę.
Mam nadzieję, że wyrazicie swoją opinię dotyczącą tego rozdziału w komentarzach.
Tak w ogóle to baaardzo dziękuję za te 5000 wyświetleń!!! To dla mnie baardzo ważne! Dziękuję!
wtorek, 1 września 2015
Ogłoszenia i "akcja ze słowami"
Zaczniemy od "akcji ze słowami".
Bardzo, ale to BARDZO chciałbym podziękować wszystkim, którzy wzięli udział w tej akcji. Są to trzy osoby:
- kkamilla
- Mari
- zhal986
Teraz czas na wypisanie tych słów i rozdziałów, w których będziecie mogli przeczytać co one oznaczają dla mnie i w komentarzach pod tymi rozdziałami napisać mi co one oznaczają dla Was :)
- Wierność - Rozdział 77
- Miłość - Rozdział 78
- Uczciwość - Rozdział 79
- Zakochanie - Rozdział 80
- Zauroczenie - Rozdział 81
- Powaga - Rozdział 82
- Zdrada - Rozdział 83
- Wybaczenie - Rozdział 84
- Zaufanie - Rozdział 85
- Kłamstwo - Rozdział 86
- Rozczarowanie - Rozdział 87
- Nieufność - Rozdział 88
- Pomoc - Rozdział 89
- Wsparcie - Rozdział 90
- Zrozumienie - Rozdział 91
- Troska - Rozdział 92
- Bezpieczeństwo - Rozdział 93
- Szczęście - Rozdział 94
- Radość - Rozdział 95
- Przyjaźń - Rozdział 96
- Szczerość - Rozdział 97
- Strach - Rozdział 98
- Złość - Rozdział 99
- Zazdrość - Rozdział 100
- Smutek - Rozdział 101
- Rozgoryczenie - Rozdział 102
- Żenada - Rozdział 103
- Wiara - Rozdział 104
- Nadzieja - Rozdział 105
- Wolność - Rozdział 106
Wypadałoby jeszcze wyjaśnić dlaczego jest to dopiero od rozdziału 77. Odpowiedź jest prosta... mam już opracowane rozdziały do 76 włącznie i wolałabym ich nie zmieniać, zwłaszcza chodzi mi o rozdziały, z których jestem naprawdę dumna, ale nie będę teraz pisać o jakie dokładnie mi chodzi.
OGŁOSZENIA
Może raczej ogłoszenie... jak wiecie rozpoczął się rok szkolny (niestety...), więc rozdziały nie będą mogły być tak często. Przez pierwsze dwa tygodnie (nie licząc tego, który już teraz się rozpoczął) wstawię po trzy rozdziały, później... pewnie będę wstawiać dwa tygodniowo. Wypadałoby jeszcze ustalić w jakie dni będą się pojawiać. Ja na razie proponuję wtorki, czwartki i soboty. Znaczy przez dwa tygodnie, a później pomyślimy w jakie dni będą się pojawiały nowe rozdziały.
Pasują wam wtorki, czwartki i soboty?
Wspomnę jeszcze, że rozdział 69 pojawi się w ten czwartek.
Rozdział 68 - "Odpowiesz na moje pytania?"
FINNICK
Mam pustkę w głowie. Co odpowiedzieć? Nie powiem jej o tym co każe robić mi Snow. Nie powiem jej. Tylko, że trzeba coś powiedzieć, bo Evelyn nie odpuści. Patrzę na Annie. W moich oczach musiała malować się panika, bo kiedy Annie tylko mnie zobaczyła, to od razu zacisnęła usta i powiedziała:
-Finnick... możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Evelyn. Sama. - Jej głos był pewny.
Na mojej twarzy zagościła ulga. Chociaż nie chciałem zostawiać Annie samej, to wiedziałem, że kiedy ona sama porozmawia z Evelyn będzie znacznie lepiej, niż jakbym miał przy tym był.
Uśmiechnąłem się i wstałem po czym opuściłem pokój, zamykając za sobą drzwi. Nie odszedłem jednak od drzwi i próbowałem się przysłuchać rozmowie. Musiałem mieć pewność, że Annie sobie poradzi.
ANNIE
-Odpowiesz na moje pytania? - Pyta zniecierpliwiona Evelyn.
-Tylko na to dlaczego płakałam. - Oznajmiam stanowczo.
-Czemu tylko na to? - Jest trochę zdenerwowana. Słychać to w jej głosie.
-Bo to drugie to sprawa pomiędzy Finnickem i mną. - " a Snowiem" chcę dodać. Jednak nie zrobię tego. - Chcesz wiedzieć dlaczego płakałam, czy nie? Nie muszę ci tego mówić. - Evelyn myśli, że tylko ona potrafi być zdeterminowana i tu się zdziwi.
-Dobra. Mów. - Odpowiada, niezadowolona.
-Nawrzeszczałam na Finnicka, za to, że jest nadopiekuńczy. Później zdałam sobie sprawę z tego co powiedziałam i go przeprosiłam. Powiedziałam, że jestem potworem i powinnam zostać odizolowana. On odpowiedział, że z naszej dwójki to on jest potworem, a nie ja. Wzruszyłam się. - Odpowiadam. Po twarzy Evelyn przemyka zaskoczenie.
-Nie sądziłam, że... - Zaczyna Evelyn. Nie musi kończyć. Ja wiem co chce powiedzieć i kończę za nią.
-Finnick nie jest egoistą? - Pytam, po moim głosie może wyczuć, że jestem zdenerwowana. Evelyn opuszcza głowę. O to jej chodziło.
-Dlaczego tak go nie lubisz? Przecież kiedyś ci się podobał... - I już rozumiem. On nadal się jej podoba. Tylko, że ciężko jest jej patrzeć na nasz związek. Dlatego mści się na nim. Dlatego stara sobie wmówić, że jest okropny. - Nadal ci się podoba. Mam rację?
-Nie... to nie tak... on już mi się nie podoba. Tylko, że... ja słyszałam o nim różne rzeczy i... boję się, że ciebie skrzywdzi... jesteś moją przyjaciółką. - Chyba źle ją oceniłam. Mówi zbyt pewnie. Nie kłamie. Evelyn jest wredna, złośliwa, ale nie kłamie. Pewnie dlatego, że nie umie. Zawsze wtedy zaczyna się pocić i robi się czerwona. - Jak mogłaś pomyśleć, że czuję coś do twojego chłopaka? - Pyta. Ja patrzę na pierścionek. "Już nie chłopaka. Teraz już narzeczonego." Myślę i uśmiecham się. Evelyn mi się przygląda. Spogląda na moją dłoń. Spogląda na pierścionek. - Co to za pierścionek? - Pyta.
-Dostałam go od Finnicka. - Odpowiadam. Ciągle się uśmiecham.
-Zaręczyliście się? - Pyta. Jest wyraźnie zszokowana. Nic dziwnego. Chyba też bym się zdziwiła, gdyby ona się zaręczyła, albo nawet znalazła chłopaka. Nie chodzi o to, że Evelyn jest brzydka, bo nie jest. Ma piękne długie, czarne włosy i zielone oczy, jest strasznie blada, ale to tylko dodaje jej uroku. Chodzi o to, że jest złośliwa i większość osób z naszego dystryktu nie darzy jej sympatią.
-Tak. - Odpowiadam, Mój głos brzmi pewnie. Spodziewam się, że Evelyn na mnie naskoczy i zacznie krzyczeć, że jestem głupia i nieodpowiedzialna. Ona jednak tylko podchodzi do mnie i siada na skraju łóżka.
-Pokaż. - Mówi, a ja podaję jej swoją dłoń, tę na której mam pierścionek. - Jest piękny. - Oznajmia.
-Dziękuję. Finnick kazał wygrawerować w środku "Jeśli zginiesz ja się zabiję." - Mówię. Evelyn patrzy na mnie pytająco.
-Tak pożegnałam go przed jego Igrzyskami... - Evelyn mi przerywa.
-A tak... pamiętam jak Rose wspomniała o tym na wywiadzie. - Mówi.
-Właśnie. On powiedział mi to samo przed moim... wjazdem na arenę. Powiedział mi, że jego życie beze mnie nie miałoby sensu. - Oznajmiam.
-To... to... takie... dziwne i słodkie jednocześnie. On naprawdę cię kocha.- Mówi, a łzy zaczynają spływać jej z oczu. Ciekawe dlaczego. Chyba jednak nigdy się nie dowiem, bo do pokoju zagląda nikt inny tylko Finnick. Spogląda na płaczącą Evelyn i patrzy na mnie pytająco. Niemal słyszę jak wypowiada "czemu ona płacze? Wróć... ona umie płakać?" Wtedy Eevlyn go zauważa i rzuca w niego poduszką. Finnick ją łapie i rzuca w nas. Wtedy ja rzucam w niego kolejną. Evelyn się uśmiecha, wyciera łzy i rzuca poduszką, którą rzucił w nas Finnick.
-Co to ma być? Jakiś atak na mnie? Czy co? - Żartuje i łapie poduszkę, którą rzuciłam w niego ja. Rzuca we mnie, a przez to nie udaje mu się złapać poduszki rzuconej przez Evelyn i dostaje w twarz. Rzucamy się tak jeszcze przez chwilę. Nasza zabawa kończy się, gdy do pokoju wchodzi Mags.
_________________________________________________________________________________
Bardzooo przepraszam za spóźnienie, niestety nie miałam na to wpływu.
Jak minęło Wam rozpoczęcie roku szkolnego? Mi koszmarnie długo się zeszło :(
Ten rozdział jest średni... no ale cóż... mam nadzieję, że poinformujecie mnie w komentarzu co sądzicie o tym rozdziale :)
Około godziny dwudziestej pojawi się post z ogłoszeniami i dotyczący "akcji ze słowami".
Mam pustkę w głowie. Co odpowiedzieć? Nie powiem jej o tym co każe robić mi Snow. Nie powiem jej. Tylko, że trzeba coś powiedzieć, bo Evelyn nie odpuści. Patrzę na Annie. W moich oczach musiała malować się panika, bo kiedy Annie tylko mnie zobaczyła, to od razu zacisnęła usta i powiedziała:
-Finnick... możesz wyjść? Chcę porozmawiać z Evelyn. Sama. - Jej głos był pewny.
Na mojej twarzy zagościła ulga. Chociaż nie chciałem zostawiać Annie samej, to wiedziałem, że kiedy ona sama porozmawia z Evelyn będzie znacznie lepiej, niż jakbym miał przy tym był.
Uśmiechnąłem się i wstałem po czym opuściłem pokój, zamykając za sobą drzwi. Nie odszedłem jednak od drzwi i próbowałem się przysłuchać rozmowie. Musiałem mieć pewność, że Annie sobie poradzi.
ANNIE
-Odpowiesz na moje pytania? - Pyta zniecierpliwiona Evelyn.
-Tylko na to dlaczego płakałam. - Oznajmiam stanowczo.
-Czemu tylko na to? - Jest trochę zdenerwowana. Słychać to w jej głosie.
-Bo to drugie to sprawa pomiędzy Finnickem i mną. - " a Snowiem" chcę dodać. Jednak nie zrobię tego. - Chcesz wiedzieć dlaczego płakałam, czy nie? Nie muszę ci tego mówić. - Evelyn myśli, że tylko ona potrafi być zdeterminowana i tu się zdziwi.
-Dobra. Mów. - Odpowiada, niezadowolona.
-Nawrzeszczałam na Finnicka, za to, że jest nadopiekuńczy. Później zdałam sobie sprawę z tego co powiedziałam i go przeprosiłam. Powiedziałam, że jestem potworem i powinnam zostać odizolowana. On odpowiedział, że z naszej dwójki to on jest potworem, a nie ja. Wzruszyłam się. - Odpowiadam. Po twarzy Evelyn przemyka zaskoczenie.
-Nie sądziłam, że... - Zaczyna Evelyn. Nie musi kończyć. Ja wiem co chce powiedzieć i kończę za nią.
-Finnick nie jest egoistą? - Pytam, po moim głosie może wyczuć, że jestem zdenerwowana. Evelyn opuszcza głowę. O to jej chodziło.
-Dlaczego tak go nie lubisz? Przecież kiedyś ci się podobał... - I już rozumiem. On nadal się jej podoba. Tylko, że ciężko jest jej patrzeć na nasz związek. Dlatego mści się na nim. Dlatego stara sobie wmówić, że jest okropny. - Nadal ci się podoba. Mam rację?
-Nie... to nie tak... on już mi się nie podoba. Tylko, że... ja słyszałam o nim różne rzeczy i... boję się, że ciebie skrzywdzi... jesteś moją przyjaciółką. - Chyba źle ją oceniłam. Mówi zbyt pewnie. Nie kłamie. Evelyn jest wredna, złośliwa, ale nie kłamie. Pewnie dlatego, że nie umie. Zawsze wtedy zaczyna się pocić i robi się czerwona. - Jak mogłaś pomyśleć, że czuję coś do twojego chłopaka? - Pyta. Ja patrzę na pierścionek. "Już nie chłopaka. Teraz już narzeczonego." Myślę i uśmiecham się. Evelyn mi się przygląda. Spogląda na moją dłoń. Spogląda na pierścionek. - Co to za pierścionek? - Pyta.
-Dostałam go od Finnicka. - Odpowiadam. Ciągle się uśmiecham.
-Zaręczyliście się? - Pyta. Jest wyraźnie zszokowana. Nic dziwnego. Chyba też bym się zdziwiła, gdyby ona się zaręczyła, albo nawet znalazła chłopaka. Nie chodzi o to, że Evelyn jest brzydka, bo nie jest. Ma piękne długie, czarne włosy i zielone oczy, jest strasznie blada, ale to tylko dodaje jej uroku. Chodzi o to, że jest złośliwa i większość osób z naszego dystryktu nie darzy jej sympatią.
-Tak. - Odpowiadam, Mój głos brzmi pewnie. Spodziewam się, że Evelyn na mnie naskoczy i zacznie krzyczeć, że jestem głupia i nieodpowiedzialna. Ona jednak tylko podchodzi do mnie i siada na skraju łóżka.
-Pokaż. - Mówi, a ja podaję jej swoją dłoń, tę na której mam pierścionek. - Jest piękny. - Oznajmia.
-Dziękuję. Finnick kazał wygrawerować w środku "Jeśli zginiesz ja się zabiję." - Mówię. Evelyn patrzy na mnie pytająco.
-Tak pożegnałam go przed jego Igrzyskami... - Evelyn mi przerywa.
-A tak... pamiętam jak Rose wspomniała o tym na wywiadzie. - Mówi.
-Właśnie. On powiedział mi to samo przed moim... wjazdem na arenę. Powiedział mi, że jego życie beze mnie nie miałoby sensu. - Oznajmiam.
-To... to... takie... dziwne i słodkie jednocześnie. On naprawdę cię kocha.- Mówi, a łzy zaczynają spływać jej z oczu. Ciekawe dlaczego. Chyba jednak nigdy się nie dowiem, bo do pokoju zagląda nikt inny tylko Finnick. Spogląda na płaczącą Evelyn i patrzy na mnie pytająco. Niemal słyszę jak wypowiada "czemu ona płacze? Wróć... ona umie płakać?" Wtedy Eevlyn go zauważa i rzuca w niego poduszką. Finnick ją łapie i rzuca w nas. Wtedy ja rzucam w niego kolejną. Evelyn się uśmiecha, wyciera łzy i rzuca poduszką, którą rzucił w nas Finnick.
-Co to ma być? Jakiś atak na mnie? Czy co? - Żartuje i łapie poduszkę, którą rzuciłam w niego ja. Rzuca we mnie, a przez to nie udaje mu się złapać poduszki rzuconej przez Evelyn i dostaje w twarz. Rzucamy się tak jeszcze przez chwilę. Nasza zabawa kończy się, gdy do pokoju wchodzi Mags.
_________________________________________________________________________________
Bardzooo przepraszam za spóźnienie, niestety nie miałam na to wpływu.
Jak minęło Wam rozpoczęcie roku szkolnego? Mi koszmarnie długo się zeszło :(
Ten rozdział jest średni... no ale cóż... mam nadzieję, że poinformujecie mnie w komentarzu co sądzicie o tym rozdziale :)
Około godziny dwudziestej pojawi się post z ogłoszeniami i dotyczący "akcji ze słowami".
Subskrybuj:
Posty (Atom)
