wtorek, 23 sierpnia 2016

Rozdział 117 – "Mags..."

ANNIE


Otwieram oczy. Mam wrażenie, że moja głowa za chwilę wybuchnie i rozsypie się na drobne kawałeczki. Przez zasłonki do mojego pokoju przedzierają się promienie słoneczne, które rażą moje oczy, co tylko potęguje nieprzyjemne przeczucie dotyczące eksplozji mojej głowy. Z przyzwyczajenia próbuję zasłonić się przed nachalnymi promieniami swoimi dłońmi. Kiedy unoszę je do twarzy z przerażeniem odkrywam, że obydwie ręce mam obwinięte przesiąkniętym już krwią bandażem. Powoli wszystko zaczynam sobie przypominać. Przypominam sobie jak mój mózg zaczął wytwarzać okropne obrazy, które mogłam obserwować w lustrze. Przypominam sobie jak uderzyłam w jego srebrzystą powierzchnię, starając się zatrzymać tamte paskudne wizje. To wiele wyjaśnia. Najwyraźniej zbiłam lustro, raniąc przy tym dłonie. Świetnie. Po prostu świetnie. 
Z trudem wygrzebuję się spod kołdry i siadam na skraju łóżka. Mam na sobie koszulę nocną co oznacza, że mama musiała mnie przebrać zanim razem z tatą zanieśli mnie na tapczan. Spuszczam nogi na ziemię i wstaję. Mój żołądek właśnie w tej chwili przypomina mi o swoim istnieniu i domaga się jego natychmiastowego napełnienia. No tak... musiałam mieć atak przed obiadem. Oczywiście. Jakżeby inaczej. 
Staram się otworzyć drzwi, jednak z zabandażowanymi, bolącymi i chyba wciąż krwawiącymi dłońmi wydaje się to niemal niemożliwe. Ja jednak się nie poddaję i postanawiam obrać inną strategię, polegającą na otworzeniu drzwi za pomocą łokcia. Jednak pomysł ten okazje się nie być do końca trafiony, gdyż klamka zaczyna mi się w niego wżynać. Świetnie. Jestem uwięziona we własnym pokoju z żołądkiem, który coraz głośniej zaczyna domagać się jedzenia i głową, która za moment eksploduje,  a jakby tego było mało to jeszcze muszę zmienić bandaż. Biorę głęboki oddech. Na szczęście mam jeszcze jeden pomysł. Cofam się trochę i otwieram drzwi nogą. Kiedyś zawsze tak robiłam jak miałam brudne ręce. Udaje się. Oddycham z ulgą i wychodzę z pokoju, od razu zmierzając w stronę kuchni. Liczę na to, że znajdę tam mamę, albo tatę... albo, że chociaż są w domu. Sama aktualnie nie dam rady zrobić sobie czegoś do jedzenia. Gdyby nikogo nie było w domu zostałyby mi dwie opcje. Pierwsza: jeśli rodzice nie zamknęli drzwi na klucz to wyruszyć do cioci z prośbą o zapełnienie mojego biednego, pustego żołądka. Druga: siedzieć w domu i liczyć na to, że ktoś wróci tu jak najszybciej. Na szczęście z kuchni słychać czyjeś głosy. Nie jestem sama.

Wchodzę do pomieszczenia i zauważam, że ciocia postanowiła nas odwiedzić. Kiedy kobiety zauważają moją obecność ciocia od razu wstaje z miejsca i podchodzi do mnie.
— Annie! Słońce!!! Jak dobrze, że nic ci nie jest!!! Nie wiedzieliśmy co robić!! — krzyczy siostra mamy i obejmuje mnie. Jej uścisk jest tak silny, że niemal łamie mi żebra, co oczywiście tylko potęguje ból głowy. 
— Cześć, ciociu...  łamiesz mi żebra — wyduszam z siebie. Nacisk na moje żebra od razu zelżał. — Co miało mi być? Po prostu miałam atak... to nic poważnego. Miewałam je nie jeden raz — mówię. 
— Annie... byłaś nieprzytomna kilka dni... — oznajmiła. Jej słowa wprawiają mnie w osłupienie. Jednak ja staram się robić dobrą minę do złej gry. Kobieta przestaje mnie obejmować, a ja zajmuję miejsce przy stole.
 — Mam rozumieć, że przez kilka dni nic nie jadłam? W takim razie... co jest na śniadanie? — pytam i uśmiecham się.  
 —  A co byś chciała? — pyta moja mama. 
— Cokolwiek... byle szybko i dużo. Padam z głodu — oznajmiam. Mój brzuch chyba uznał, że nie brzmię zbyt wiarygodnie i postanowił się za mną wstawić, burcząc tak głośno, że najprawdopodobniej usłyszeli to sąsiedzi i pomyśleli, że zraz zawali się dom. Uśmiecham się lekko pod nosem.
— Właśnie słyszę — powiedziała mama i ruszyła w stronę lodówki. Ciocia w tym czasie usiadła naprzeciwko mnie. 
— Annie... musimy ci coś powiedzieć... — zaczyna siostra mojej mamy. Jednak nie kończy, gdyż kobieta, która wydała mnie na ten świat gromi ją wzrokiem. — Musimy jej powiedzieć! — oznajmia, patrząc na moją matkę. 
— Nie. Nie musimy — krótko ucina jej siostra.
 — Owszem, musimy.
— To jest moja córka i ja będę o tym decydować! — krzyknęła moja matka.
— Ale to ja zajmowałam się nią przez ostatnich kilka lat! — warknęła ciotka.
— Jestem już dorosła. Chyba mam prawo decydować czy chcę coś usłyszeć czy nie. Powiedzcie mi o co chodzi — oznajmiam. Moja mama właśnie w tej chwili stawia przede mną talerz z jajecznicą. Zaczynam jeść. 
— Annie... kiedy byłaś nieprzytomna... Finnick dzwonił do nas codziennie... i pewnego dnia powiedział nam, że... — zaczęła ciotka. Przełknęłam kolejny gryz jajecznicy i spojrzałam na nią ponaglająco. 
— Mags... Mags jest w szpitalu. — I właśnie w tej chwili wszystko co udało mi się zjeść do tej pory, ponownie ląduje na talerzu. Tym razem nie wygląda tak apetycznie jak poprzednio. 


_________________________________________________________________________________


Kolejny rozdział właśnie został wstawiony!! Mam nadzieję, że się Wam podoba... całkiem przyjemnie mi się go pisało i mam nadzieję, że Wam przyjemnie się go czytało :D
Pod poprzednim rozdziałem pisałam Wam o koncie na Wattpadzie... TU jest do niego link :D
Kolejnego postu (tym razem nie będzie to rozdział) możecie spodziewać się w niedzielę (28.08.2016r.)
Na razie to chyba tyle :) 

środa, 17 sierpnia 2016

Rozdział 116 – Tajemnice

FINNICK


Nienawidzę siebie. Nienawidzę siebie za to, że siedzę w najlepszej restauracji w Kapitolu razem z kobietą pochodzącą z tego paskudnego miasta, a Annie mogą śnić się teraz koszmary, a Mags pilnuje naszych trybutów, choć nie czuje się dziś najlepiej. Zrobiłem wszystko co w mojej mocy, żeby zapewnić moim bliskim bezpieczeństwo, ale mimo to spędzając czas z jakąś obrzydliwą Kapitolinką z dala od osób, na których mi zależy czuję się podle. Obok Annie są jej rodzice, prosiłem również Evelyn i Marlene, żeby się nią opiekowały. A jeśli chodzi o Mags... błagałem chyba wszystkich zwycięzców, żeby się do mnie odezwali, gdyby źle się poczuła. 
— Wciąż nie mogę uwierzyć, że spotkałeś się ze mną... że wybrałeś mnie z tłumu tych wszystkich kobiet.... oczywiście ja zawsze wiedziałam, że jestem wyjątkowa, ale kiedy się ze mną umówiłeś... poczułam się jeszcze bardziej wyjątkowa... sam rozumiesz — mówi kobieta, której własnością na kilka dni się stałem. Zastanawia mnie czy ona jest tak głupia, żeby wierzyć, że umówiłem się z nią z własnej woli... chociaż chyba jednak wolę nie wiedzieć. Uśmiecham się do niej ze zrozumieniem, a ona kontynuuje swój monolog.  — Zawsze wszyscy mi powtarzali, że jestem wyjątkowa. No wiesz... dziadkowie, rodzice, mąż... jednak teraz, kiedy ty się ze mną umówiłeś... rozumiesz... ich słowa się potwierdziły — oznajmia i robi pauzę... domyślam się, że chce usłyszeć to również ode mnie. 
— Bo jesteś wyjątkowa — mówię i uśmiecham się do niej uwodzicielsko.
— Och... mówisz to pewnie każdej — oznajmia Kapitolinka. Ma rację. Mówię to każdej... ale tylko jedna dziewczyna jest dla mnie wyjątkowa i wcale nie pochodzi ona z Kapitolu, pochodzi z Czwórki, ma cudowne rudobrązowe włosy i zielone oczy, jest miła, zabawna, kochana, naturalna i najwspanialsza na całym świecie, wygrała Siedemdziesiąte Głodowe Igrzyska, a ja zrobię wszystko, aby ją chronić. — Och... prawie zapomniałam!! Mam dla ciebie drobny upominek... jako pamiątka naszej pierwszej randki... — mówi i wyciąga spod stołu małą paczuszkę. — To zegarek. 
— Dziękuję — oznajmiam i uśmiecham się do niej. — Chociaż... nie przepadam za prezentami... coś innego cenię sobie o wiele bardziej.
— Och... a co takiego? — pyta. Nachylam się w jej kierunku i szepczę wprost do jej ucha.
— Tajemnice. — Zaraz po wyszeptaniu tego słowa, odsuwam się od niej. 
— Tajemnice? — pyta, zdziwiona.
— Tajemnice. Sekrety. Coś, czego nie powinien wiedzieć nikt spoza wąskiego grona osób... jeśli ktoś mi to mówi... wiem, że wiele dla tej osoby znaczę, bo mi ufa — oznajmiam, rozsiadając się na krześle. W rzeczywistości nie zależy mi na zaufaniu nikogo z nich. Po prostu wolę posiadać wiedzę, którą w przyszłości mógłbym wykorzystać niż bezsensowny upominek, przez który będę czuć do siebie wstręt i obrzydzenie. 
— I każdy mówi ci jakąś tajemnicę? — pyta. Przytakuję. — Och... a zdradzisz mi czyjąś tajemnicę?
 — Wybacz, ale nie mogę — odpowiadam. 
— A swoją?
— Nie mam żadnych tajemnic — oznajmiam. — Ale chętnie usłyszę coś o tobie... — mówię.
Nagle podchodzi do nas kelner. Myślę, że chce zebrać zamówienia, ale to co mi mówi, sprawia, że ziemia usuwa mi się spod nóg. Mags jest w szpitalu.


Minął kolejny dzień. Z Mags nie jest dobrze. Ciągle jest nieprzytomna. Z Annie nie jest dobrze. Jeszcze się nie wybudziła. Ze mną nie jest dobrze. Czuję się pusty. Z trybutami nie jest dobrze. Mają mnie za mentora. Nie radzą sobie. Jeden z nich jest ranny. Ciężko ranny. Nie mam zbyt wielkich nadziei na ich szczęśliwy powrót. 
Ruszam w stronę windy. Klikam przycisk i drzwi rozsuwają się, zapraszając mnie do środka. Unoszę palec i chcę kliknąć przycisk z numerem cztery. Jednak coś mnie powstrzymuje. Decyduję się kliknąć na przycisk z liczbą dwanaście. Winda rusza w górę. Po chwili zatrzymuje się, a ja wysiadam. 
— Haymitch? — pytam, ruszając w stronę salonu. 
— A któż to postanowił mnie odwiedzić? — wybełkotał mentor Dwunastki. — Co cię do mnie sprowadza? 
Nie odpowiedziałem. Podszedłem bliżej. Na mojej twarzy można był wyczytać powód mojej wizyty. Haymitch pokiwał głową ze zrozumieniem. 
— Chcesz się napić? — spytał. Przytaknąłem. 


_________________________________________________________________________________ 


Oto kolejny rozdział. Szczerze? Nie mam pojęcia co o nim myśleć (o braku pomysłu na tytuł już nawet nie wspomnę). Po prostu nie wiem. Początek napisałam już jakiś czas temu. Końcówkę dziś. Mam nadzieję, że nie jest aż źle i chociaż trochę się Wam spodobało i napiszecie mi co sądzicie w komentarzu. 
Mam do Was ogromną prośbę... napiszcie mi w komentarzu jaką miniaturkę (na blog z miniaturkami) chcielibyście przeczytać. Jednak... mam jeszcze jedną prośbę, aby był to pomysł na tak smutną i płaczliwą miniaturkę, że jak będę ją pisać to łzy będą mi płynąć strumieniami. 
Jest jeszcze jedna sprawa... założyłam nowe konto na Wattpadzie (miałam kiedyś, ale zapomniałam hasła... i loginu...) i postanowiłam, że również tam będę publikować moje miniaturki (z bloga z miniaturkami). Najważniejsze jednak są dla mnie te blogi i to tu najpierw będzie wszystko publikowane. Link Do tamtego opowiadania na Wattpadzie wkrótce się tu pojawi :) 
Do końca wakacji planuję opublikować jeszcze dwa rozdziały i jeden trochę inny, tajemniczy post z pewną niespodzianką :)  

niedziela, 7 sierpnia 2016

Rozdział 115 – Spotkanie z Lorą

ANNIE


Dystrykt Czwarty piękny jest o każdej porze roku, o każdej porze dnia i nocy. Dystrykt Czwarty piękny jest zawsze. Jednak w nocy najłatwiej jest dostrzec jego urok. Tylko wtedy nie krążą po nim ludzie i lepiej można się wszystkiemu przyjrzeć. Idę właśnie do miasteczka. Nawet nie wiem po co. Nie wiem kiedy wyszłam. Nie wiem czy powiedziałam rodzicom. Idę tam. Księżyc w całej swej okazałości oświetla moją drogę. 
Pamiętam, że jak byłam małą dziewczynką lubiłam razem z siostrą wymykać się z domu nocą. Zawsze włóczyłyśmy się po Czwórce bez celu i unikałyśmy strażników. Pamiętam jak raz jeden z nich nas złapał. Miałyśmy szczęście, bo trafiłyśmy na dobrego człowieka, który nie ukarał nas, a jedynie odprowadził do domu i wcześniej powiedział, że nie możemy wychodzić nocą z domu same, bo jest to niebezpieczne. Więcej już nie wyszłyśmy. Tydzień później moja siostra została wylosowana do Głodowych Igrzysk. 
Teraz znów wyszłam nocą. Nawet nie wiem czemu. Nie pamiętam momentu, w którym opuściłam dom. Wiem, że Plac Główny przyciąga mnie do siebie. Muszę tam iść.
Każdy kolejny krok sprawia, że w moim sercu zaczynają namnażać się wątpliwości. Czemu w ogóle tam idę? Czemu nie mogę zawrócić? Co ja tu w ogóle robię? Serce zaczyna bić mi coraz szybciej.
Już prawie jestem. Powoli zbliżam się do sceny, na której rok temu stałam jako trybutka, a w tym roku jako zwyciężczyni. Kiedy na nią patrzę widzę dwójkę dzieci. To dziewczynki. Podchodzę bliżej.
Jedna z nich ma rudobrązowe falowane włosy. Jest też niższa od drugiej dziewczynki o pięknych blond włosach, błyszczących w świetle księżyca. Podeszłam na tyle blisko, że mogę lepiej się im przyjrzeć. Wyższa dziewczynka jest śliczna. Jej błyszczące oczy w odcieniu liści osadzonych na drzewach właśnie omiotły spojrzeniem wszystko dookoła. Jednak wydały się mnie nie zauważyć.
— To ty będziesz Lolitą, a ja będę sobą — oznajmiła młodszej dziewczynce, której chyba się to nie spodobało. 
 — Ja się tak nie bawię!! Zawsze jestem Lolitą, a ty jesteś sobą!! Dlaczego chociaż raz nie mogę być tobą?? — spytała oburzona dziewczynka. 
— Już o tym rozmawiałyśmy... nie możesz być mną, bo ja jestem mną... — starsza dziewczynka zaczęła jej tłumaczyć, choć widać, że była lekko zniecierpliwiona. 
— No i co z tego? Pozwól mi chociaż raz być tobą!! — błagała młodsza z nich. — Dlaczego nie chcesz mi pozwolić?
 — Bo nie jesteś mną, tylko moją młodszą siostrą... — mówiła już wyraźnie zniecierpliwiona. 
— Dobra. Będę Lolitą...  — odparła młodsza dziewczynka. Starsza ucieszyła się i zeszła ze sceny. — Ale wolałabym być tobą — dodała pod nosem młodsza z nich. Starsza albo udała, że nie słyszy, albo naprawdę nie usłyszała. 
— Zaczynaj!! — krzyknęła starsza z sióstr. Na twarzy młodszej pojawił się grymas niezadowolenia, który zaraz przemienił się w wymuszony uśmiech. 
—  Witajcie moi drodzy na Sześćdziesiątych trzecich dożynkach, poprzedzających Sześćdziesiąte trzecie Głodowe Igrzyska!! Cóż mogę tylko życzyć wam pomyślnych Głodowych Igrzysk i niech los zawsze wam sprzyja! Panie mają pierwszeństwo!  — krzyknęła młodsza dziewczynka, naśladując ton Lolity i podeszła do miejsca, gdzie podczas dożynek stoi kula wypełniona nazwiskami dziewczynek. — Trybutką reprezentującą Dystrykt Czwarty w Sześćdziesiątych trzecich Głodowych Igrzyskach zostaje... Lora Cresta!!! — Kiedy słyszę te nazwisko robi mi się słabo, ale patrzę dalej. Dziewczynka po usłyszeniu swojego nazwiska rozpromienia się i rusza przed siebie,  aby za chwilę znaleźć się na scenie. Kiedy już stanie obok młodszej siostry wpatruje się z uśmiechem przed siebie. Po chwili jej młodsza siostra ją obejmuje. 
— Annie... co ty robisz? — pyta. 
— Naprawdę chcesz się zgłosić? Chcesz mnie zostawić? — pyta młodsza siostra, hamując łzy, które zaczynały napływać do jej oczu. 
— Annie... nie zostawię cię. Nie teraz. Zgłoszę się jak będę miała osiemnaście lat... wtedy na pewno wygram, będziemy bogate i szczęśliwe, a on wreszcie zwróci na mnie uwagę!! — rozmarzyła się starsza dziewczynka. 
— Jaki "on"? Kim jest "on"? — zaczęła dopytywać młodsza dziewczynka. 
— Och... nieważne. Kiedyś się dowiesz — szybko ucięła starsza z sióstr. — A teraz wracajmy do domu.

Dziewczynki natychmiast zniknęły. Ja stoję tak jeszcze chwilę. Wpatrując się w pustą już teraz scenę. Ja... nie tak to pamiętam. Co więcej... nie pamiętam, żeby coś takiego miało w ogóle miejsce...
Na chwilę zamykam swoje pełne łez oczy. Po chwili znów je otwieram. Teraz wszystko się zmienia. Znajduję się w domu, w którym spędziłam pierwsze dziesięć lat swojego życia. Dokładniej jestem przed pokojem Lory. Tak samo jak dziesięcioletnia dziewczynka, którą niegdyś byłam. Tylko, że ona przykłada swoje ucho do drzwi. Czuję wszystko to co czułam wtedy. Jestem zła, bo moja starsza siostra przyprowadziła do domu koleżankę i zamknęły drzwi od pokoju, żebym nie słuchała o czym mówią. Przecież zawsze byłyśmy tylko we dwie. Nie potrzebowałyśmy więcej przyjaciół... nikt nie chciał się z nami przyjaźnić! No dobra... nikt nie chciał przyjaźnić się ze mną... Lora była wręcz rozchwytywana. Każdy zawsze się do niej odzywał, zagadywał ją, chciał się z nią spotkać. Na mnie nie zwracali uwagi... oczywiście poza chwilami, kiedy stawałam się ofiarą i każdy się na mnie wyżywał. Jednak nie jest to ważne. Nie w tej chwili. Czuję również smutek. Przecież... to moja siostra i moja przyjaciółka. Jak ona może mieć przede mną tajemnice?! Jednak w środku mnie czai się jeszcze jedno uczucie – wstyd. Przecież... nie powinnam podsłuchiwać. Chociaż... podsłuchiwanie chyba nie jest tak złe jak to co zrobiła moja siostra, prawda??
Wszystko również słyszę.
— Ale... myślisz, że on mnie lubi? W końcu... ty znasz go najlepiej... — niepewnie zaczęła moja siostra. 
— Nie wiem. Nie mam pojęcia... szczerze? Jakoś mało mnie on obchodzi... jest... jest głupi i tyle. Kompletnie nie rozumiem czym wy się tak zachwycacie — oznajmiła jej koleżanka. 
— Przestań. Mówisz tak tylko dlatego, że wyrzucił ci odpadki z kosza na głowę. On jest niesamowity! Taki... taki uroczy! Inteligentny! Silny! I potwornie przystojny!!  — moja siostra zaczęła bronić tajemniczego chłopaka, który najwidoczniej wówczas się jej podobał. Zaczynam czuć zniecierpliwienie. Tak bardzo chcę poznać imię tego chłopaka...
— Wcale nie!! F... — I w tym momencie uderzam łokciem w drzwi, co przerywa rozmowę dziewczyn.  
Moja siostra momentalnie otwiera drzwi. Kiedy zauważa dziesięcioletnią mnie, skuloną pod drzwiami zaczyna krzyczeć. Czy... czy tak naprawdę było? Ona... ona kiedykolwiek podniosła na mnie głos? Znów zamykam oczy. Tym razem długo zwlekam z otworzeniem ich, ale ostatecznie robię to. Teraz znów stoję przed sceną. Jednak tym razem świeci słońce. Na placu, przed sceną zebrał się tłum ludzi. Oznacza to jedno. Dożynki. Tylko które?
— Lora Cresta!!! — oznajmia z uśmiechem Lolita. Już wiem, które to dożynki. 
Śliczna dziewczynka o falowanych blond włosach, opadających na jej ramiona, wyszła z tłumu. Widać było przerażenie malujące się na jej twarzy. Zaraz z tłumu rozległ się głośny krzyk.
— Nie!! Nie ona!! Weźcie mnie!! Ja jestem bezużyteczna! Ja jestem niepotrzebna!! Zostawcie ją, a weźcie mnie!! — krzyki młodszej z sióstr szybko zostały uciszone, lecz wciąż rozbrzmiewały w mojej głowie. 
Naprawdę tak powiedziałam? Powiedziałam, że jestem bezużyteczna? Czy... czy ja naprawdę tak się czułam? Zawsze podziwiałam moją siostrę i chciałam być taka jak ona. To jest prawda. Ale... nie pamiętam, żebym tak mówiła. Moje oczy wypełniają się łzami. Upadam na ziemię jak szmaciana lalka. Zanoszę się szlochem tak głośnym, że niemal czuję jak rozrywa mi głowę. Nie, to nie szloch. Ja... słyszę wszystkie słowa, które wypowiedziała do mnie moja siostra. Słyszę co mówiłam ja. Słyszę krzyki. Słyszę jej ostatni krzyk. Wszystko to rozbrzmiewa naraz w mojej głowie. Chaos. W mojej głowie panuje chaos. Czuję jak wszystkie te dźwięki napierają na moją czaszkę, łamiąc ją na drobne kawałeczki. Czuję jak się rozpadam. Czy ten krzyk w mojej głowie kiedyś ustanie?
Ktoś klęka obok mnie i delikatnie głaszcze mnie po głowie. Dźwięki w mojej głowie powoli cichną. W końcu znikają. Podnoszę się, a moim oczom ukazuje się dwudziestoletnia, młoda kobieta. Długie blond włosy opadają kaskadą na jej ramiona. Biała sukienka, w którą jest ubrana jest delikatnie rozwiewana przez wiatr. Wygląda pięknie. Jest taka jaką by była gdyby dane było dożyć jej tego wieku.
— Annie... — szepcze i pomaga mi ustać. 
— Lo... Lora... co... co tu robisz? Dlaczego widziałam to wszystko? Dlaczego? — pytam.
— Annie... masz teraz wszystko o czym marzyłam — wzdycha. 
— O czym ty mówisz? Co mam? — pytam.
— Wszystko. Nie wiesz o czym mówię, prawda? W moim pokoju, głęboko pod łóżkiem znajdziesz coś co pozwoli ci zrozumieć – mój pamiętnik. Możesz go przeczytać — oznajmia i przytula mnie.
Odwzajemniam uścisk, lecz po chwili Lora znika, a ja zostaję sama. Bez niej czuję się słaba. Zupełnie jakbym była drzewem tak delikatnym, że byle wiatr lub deszcz może je przewrócić, a ona, kiedy była przy mnie była moją podpórką. Nie pozwalała mi upaść. "Ja jestem bezużyteczna!" Jestem bezużyteczna bez moich bliskich. Jestem zbyt słaba by poradzić sobie bez osób, które mnie kochają i są kochane przeze mnie.
Upadam. Nie dam rady sama wstać. Ludzie zauważają mnie. Podchodzą. Wyciągają ręce w moją stronę. Myślę, że chcą mi pomóc. Lecz oni tego nie robią. Zamiast tego dotykają mnie. Ich dotyk pali moją skórę. Chcę krzyczeć, ale nie mogę. Nie mam już na to siły.
— Słodkich snów, Rybko. 
Jego głos mnie uspokaja. Wiem, że jestem bezpieczna, bo mam jego. To on jest moją podporą. On nie pozwoli mi upaść. Zaciskam mocno powieki. Wiem, że kiedy znów otworzę oczy będę w domu.


_________________________________________________________________________________


Ach... i kolejny rozdział wstawiony!!! Oczywiście na samym początku zadam Wam standardowe pytanie... jak się podoba? Bardzo zależy mi na waszej opinii :) Mi... szczerze? Całkiem dobrze się to pisało... chociaż na początku plan na rozdział 115 był inny... jednak strasznie ciężko mi się wtedy pisało, więc postanowiłam napisać coś takiego :) 
Ogólnie rozdział jest tak trochę o niczym, ale... czasem dobrze coś takiego napisać :) Od razu przepraszam jeszcze za błędy... niestety nie mam czasu ich teraz poprawić :) 
Jak czujecie się z tym, że mamy już sierpień? Ja strasznie... jest mi tak dziwnie... ale myślę, że to u mnie norma... zawsze jak sobie uświadamiam, że czas płynie potwornie szybko to czuję taki uścisk w sercu... jednak nie czas na takie przemyślenia. 
No dobra... nie przedłużam już. Mam nadzieję, że rozdział się Wam spodobał :) Na następny (mam nadzieję) nie będziecie musieli tak długo czekać :) 

niedziela, 17 lipca 2016

Rozdział 114 – Atak

ANNIE


Woda. Dla każdego obywatela Czwórki ma ona ogromne znaczenie. Świadczy o tym chociażby to, że każde święta lub uroczystości odbywają się na plaży i są w jakiś sposób z wodą powiązane. Dla mnie woda jest również jednym z najlepszych środków uspokajających. Stoję teraz na plaży. Zamykam oczy i wsłuchuję się w szum morza. Podchodzę bliżej wody. Teraz fale, uderzające o brzeg delikatnie obmywają moje bose stopy. Oddycham głęboko i mimowolnie się uśmiecham. Wiatr wieje mi w twarz i rozwiewa rudobrązowe kosmyki moich włosów. Czuję się tak dobrze. Brakuje tu tylko Finnicka. Chciałabym móc teraz spojrzeć w jego oczy, wtulić się w niego, znów poczuć motylki w brzuchu, które towarzyszą mi zawsze, kiedy on jest obok mnie, znów poczuć się wyjątkowa. Chciałabym, żeby był tu przy mnie. Wtedy wszystko byłoby idealnie. 
Otwieram oczy i postanawiam się przejść. Idę jednak tuż przy brzegu, aby fale obmywały moje nogi prawie cały czas. 

Przechodzę obok trójki roześmianych dzieci. Bawią się beztrosko, pluskając w wodzie. Uśmiecham się do nich. Oni do mnie machają, a ja odmachuję, lecz już za chwilę ruszam w dalszą drogę. 
Mimo mojego młodego wieku niestety nie pamiętam już jak to było nie mieć zmartwień. Igrzyska prześladowały mnie od kiedy skończyłam dziesięć lat. Wtedy straciłam Lorę. Od tamtego czasu nigdy nie czułam się jak inne osoby w moim wieku. Zawsze byłam bardziej zmartwiona, smutna, wystraszona niż reszta. Teraz wiem, że nic mi nie grozi, bo Finnick dba o moje bezpieczeństwo. Jednak ja ciągle się boję. Nie boję się już Głodowych Igrzysk, bo je wygrałam. Nie boję się Snowa. Boję się swoich ataków. Boję się, że kiedyś skrzywdzę kogoś przez taką chwilę słabości jaką jest ten atak. Boję się, że zrobię coś głupiego i skrzywdzę Finnicka. Nie mogę go skrzywdzić. Kocham go. Kocham go najbardziej na świecie i nie mogę pozwolić aby cierpiał przeze mnie. 

Po kilku godzinach spędzonych na chodzeniu w tę i z powrotem po plaży, wreszcie postanawiam wrócić do domu. Może potem jeszcze przejdę się do miasteczka, ale teraz jestem głodna jak wilk, więc chyba czas wracać i liczyć na to, że mama zrobiła już obiad. Przypominam sobie jak kiedyś, kiedy jeszcze była Lora moja mama gotowała nam obiady. Zawsze były pyszne. Najbardziej lubiłam krewetki. Niestety byliśmy biedni, więc nie zawsze mogliśmy sobie pozwolić na takie rarytasy. Pamiętam jak kiedyś spytałam jej czemu te krewetki są takie dobre. Odpowiedziała mi, że to przez sekretny składnik. Zaciekawiona dopytywałam jaki to składnik. Mama uśmiechnęła się do mnie i delikatnie odgarnęła niesforny kosmyk moich włosów, a potem powiedziała "miłość". Kiedyś była zupełnie inną osobą niż teraz. Śmierć Lory ją zmieniła. Teraz wszędzie widzi jakieś spiski i chce trzymać mnie z dala od otaczającego nas świata. Zupełnie jakby bała się ponownie mnie utracić. Na szczęście tata jest taki sam jak zawsze. Jest miły, ciepły, serdeczny i pozwala mi dokonywać samodzielnych wyborów, bo wie, że nikt nie przeżyje mojego życia za mnie. 

Pogrążona w myślach nawet nie zauważam, kiedy docieram do domu. Otwieram drzwi i wchodzę do środka. 
— Mamo! Tato! Już jestem! — krzyczę, choć nie muszę. Skrzypiąca podłoga i tak zdradziła moją obecność. 
— To dobrze! Idź myj ręce, bo mama już obiad zrobiła... pośpiesz się, bo krewetki długo na ciebie nie poczekają — odkrzykuje mój tata. Kiedy tak mówi czuję jakbym wróciła do czasów dzieciństwa. Czuję się jakbym znów miała dziesięć lat. Czuję się jakby Lora tu była. 
Lora. Moje serce zaczyna bić trochę mocniej niż zwykle. Ignoruję to. Idę do łazienki. Myję ręce i patrzę w lustro. Nie widzę tam siebie. Widzę Lorę. Jej twarz jest sina. Biorę głęboki oddech. Widzę siebie. Zamykam oczy, a kiedy je otwieram spoglądam w lustro raz jeszcze. Widzę Bena. Chłopca, który razem ze mną trafił na zeszłoroczną arenę Głodowych Igrzysk. Za nim jest chłopak z Dwójki, który zabił mojego sojusznika w zeszłym roku. Zbliża się do Bena. Ma w dłoni miecz. Krzyczę. Krzyczę, żeby Ben uciekał. On nie ucieka. Chłopak odcina mu głowę. Potem Ben znika. Na jego miejscu pojawia się Finnick. Jego głowa również jest odcięta. Nie mogę na to patrzeć. Uderzam w lustro pięściami. Zaczynam płakać i krzyczeć. Ktoś otwiera drzwi do łazienki. Nie wiem kto. Nie potrafię go dostrzec, gdyż łzy zamazują mi widok na świat. Potem widzę już tylko ciemność. Nie czuję nic. Nawet bólu w dłoniach.


FINNICK


Annie miała atak. Trzy słowa. Tylko trzy słowa. Trzy słowa, które sprawiły, że przestałem logicznie myśleć. Trzy słowa, które sprawiły, że osunąłem się na kolana. Trzy słowa, które sprawiły, że ciężko mi złapać oddech.
Liczę do dziesięciu. Jeden. To nie działa. Dwa. Czy ludziom to pomaga? Trzy. Mi nie pomaga. Cztery. Muszę się uspokoić. Pięć. Ale jak? Sześć. Wdech. Siedem. Wydech. Osiem. Nadal nie działa. Dziewięć. Musi pomóc. Dziesięć. Annie mnie potrzebuje. No właśnie... Annie mnie potrzebuje. Kolejne trzy słowa. Tylko trzy słowa. Tym razem te trzy słowa pomogły mi odzyskać kontrolę nad sobą. Te trzy słowa pomogły mi złapać oddech.
Szybko podnoszę słuchawkę i znów wybieram jej numer. Pierwszy sygnał. Czekam. Drugi. Zaczynam się niecierpliwić. Trzeci. Cisza. Czwarty. Nadal nic. Łzy napływają do moich oczu. Jest tak źle? Piąty. Ktoś podnosi słuchawkę.
— Halo? Ja przepraszam, że odłożyłem słuchawkę... źle się poczułem. Co z nią? Już dobrze? Udało się zatrzymać atak? Co go wywołało? Mogę z nią porozmawiać? — zasypuję pytaniami osobę, która odebrała. 
— Nic się nie stało Finnick... Annie teraz śpi. Dostała dużo silnych środków uspokajających i zasnęła. Nie wiemy co wywołało atak. Poszła do łazienki i po chwili zaczęła krzyczeć. Rozbiła lustro... ale nie wiemy co się dokładnie działo... pewnie sama ci powie — odpowiada pan Cresta.— Dobrze... ale ja chcę chociaż usłyszeć jak oddycha... proszę. 
— Dobrze. Poczekaj chwilę... — mówi mężczyzna. Słyszę, że gdzieś idzie. Włącza głośnomówiący. 
Słyszę jej miarowy oddech. Jest spokojny, rytmiczny. Uspokoiła się. Czuję niewyobrażalną ulgę. Wiem, że już jej lepiej. 
— Słodkich snów, Rybko — szepczę.


_________________________________________________________________________________


Oto kolejny rozdział :) Mam nadzieję, że się Wam podoba :D Ja szczerze powiedziawszy nie wiem co o nim sądzić...chociaż... myślę, że nie jest zły... krótki, ale nie zły :D 
W ogóle... już dawno nie było tak, żebym napisała prawie cały (no bo fragment części oczami Finnicka pisałam wcześniej)  rozdział w jeden dzień... a raczej dwie, trzy godziny... może to dlatego, że aktualnie jestem nad morzem na wyjeździe wakacyjnym i wreszcie mogę się wyciszyć i tak jak Annie poczuć jak fale obmywają moje nogi... a ja... naprawdę pasuję do Czwórki... uwielbiam wodę :D Ale to nieważne... zaczynam rozpisywać się bezsensu XD 
Chciałam jeszcze podziękować Wam, bo wielkimi krokami zbliżamy się do 40 000 wyświetleń (co prawda teraz jest około 39 100, ale ostatnio dziennie było tu ponad 100 wyświetleń :D Dziękuję za to baaaaardzo :D 
Ach! Przepraszam, jeśli wkradł się tu jakiś błąd (rozumiecie... zmiana klawiatury XD) i jak jakiś zauważyliście to śmiało mi piszcie :D 
I bym zapomniała... zakładka Gamemaker na blogu z miniaturkami już jest otwarta :D

piątek, 8 lipca 2016

Rozdział 113 – Koszmar

FINNICK


Uderzył mnie w twarz. Policzek mnie zapiekł, ale nie zwróciłem na to uwagi. Wpatrywałem się w niego, mówiąc mu w ten sposób, że ja się go nie boję. Już dawno minęły te czasy, kiedy Finnick Odair bał się czegokolwiek. Stał naprzeciwko mnie. Spojrzałem wprost w jego oczy. Był wściekły. Przypominał węża bardziej niż zwykle. Jednak ja też nie wyglądałem na aniołka. Miałem czerwony policzek, a w moich oczach czaiła się ogromna wściekłość. Nie było we mnie już nic ludzkiego. 
Jednym palcem uniósł mój podbródek do góry. Jego paznokieć wbił się w moją skórę niczym szpilka. Śmiał się. Śmiał mi się prosto w twarz, a ja nie mogłem z tym nic zrobić. 
— Nadal będziesz taki dzielny? — On nie mówi. On syczy.
— Nie boję się ciebie — warknąłem, wytrącając jego rękę spod mojego podbródka. — Nic mi nie zrobisz.
— Nie. Tobie nie... ale co byś zrobił gdyby wszystkie osoby, na których ci zależy nie miały tyle szczęścia co ty? — spytał. W jego oczach widziałem moje odbicie. Okazałem słabość. Zaczął się śmiać. Nie. To nie był śmiech. To był złowieszczy rechot. Nienawidzę go. Słyszę jak otwierają drzwi... tylko... nie widzę, które dokładnie.  
— Finnick? Jak ty śpisz? — Usłyszałem głos Mags. Chwilę... czy ona powiedziała "śpisz?"

Zamykam oczy.  


Kiedy je otwieram nie widzę już Snowa. Widzę tylko... podłogę pod szafką nocną. Najwyraźniej spadłem z łóżka. Chcę wstać i wtedy odkrywam, że spadłem tylko po części... dokładniej tylko moją twarzą. Świetnie... chyba ta wizyta u Haymitcha przed snem nie była zbyt dobrym pomysłem. I dlaczego boli mnie głowa?

— Która godzina? — spytałem, próbując się podnieść. Efekt jest taki, że cały ląduję na podłodze. 
— Trzecia po południu — oznajmiła. — Tak, Finnick... nasi trybuci już wjechali na arenę, a ja przyszłam tu tylko z prośbą, żebyś mnie zastąpił, bo nie czuję się najlepiej — dodała.
— Dobra... nie ma sprawy... — odpowiedziałem, podnosząc się z podłogi. — Ale weź mi  powiedz... mamy coś na ból głowy? — spytałem.


Od dobrych trzech godzin śledzę każdy ruch moich trybutów. Ich i jeszcze jednej osoby. Sam nie wiem czemu obserwuję Johannę. Myślę, że w jakiś sposób udało mi się ją polubić... a może to dlatego, że jako jedna z nielicznych dała radę przebić się przez moją maskę. Ciężko mi to ocenić. Jednak nie ulega wątpliwości, że obserwuję ją jak swoją trybutkę. Dziewczyna zresztą radzi sobie dziesięć razy lepiej niż moi trybuci... areną w tym roku jest las iglasty, pośrodku którego są jakieś bagna. Wody raczej za dużo nie ma. W tym roku arena jest dla Czwórki nie najlepsza... zwłaszcza jeśli brać pod uwagę, że każdy z trybutów otrzymał grubą kurtkę... co oznacza, że noce będą tam wyjątkowo zimne.
Zastanawiam się jak długo wytrzymają moi trybuci. Oczywiście jako mentor chciałbym, żeby wygrali, jednak wiem, że nie wytrzymają za długo. To jest przecież oczywiste. Nie są przyzwyczajeni do warunków panujących na arenie. W Czwórce pożywienie zdobywa się głównie w wodzie. Wiem, że na szkoleniach nawet nie spojrzeli na stoisko z roślinami. Nie wiedzą jak zdobyć pożywienie w razie gdyby tego potrzebowali. Podobnie zresztą jest z wodą pitną. Nie wiedzą jak ją zdobyć, więc liczyć mogą jedynie na przychylność sponsorów. O temperaturze nawet nie ma sensu wspominać. W Czwórce zarówno dnie jak i noce są bardzo ciepłe.
Widać zresztą, że moi trybuci nie są zadowoleni z tegorocznej areny. Johanna za to czuje się jak ryba w wodzie. Zabrała spod Rogu Obfitości plecak i dwa topory i teraz z dala od wszystkich trybutów buduje szałas. Według mnie to właśnie ona ma największe szanse w tych Głodowych Igrzyskach.



Wieczorem, kiedy Mags już odpoczęła i zdecydowała się zająć naszymi tegorocznymi trybutami, ja postanowiłem zadzwonić do Annie. Potem mam iść do Kapitolinki, która wykupiła mnie na cztery dni. Nie chcę nawet znać jej imienia. Nie chcę wiedzieć kim jest kobieta, która traktuje mnie jakbym był rzeczą, którą można kupić i wyrzucić po kilku dniach. Wiem jedynie gdzie mieszka i jak wygląda. Snow pokazał mi jej zdjęcie. Ma około trzydziestu lat. Włosy w kolorze neonowego różu z pasemkami w odcieniu równie jaskrawej zieleni. Oczy o barwie ciemnego fioletu. Przesadnie wyeksponowane policzki. Usta powiększane dziesiątki razy. Ubrana ma być w żółtą suknię, przyozdobioną różowymi falbanami. Zwyczajna kobieta pochodząca z Kapitolu, która nie ma w sobie nic naturalnego. Mam nadzieję, że sekrety, jakimi się ze mną podzieli, będą choć trochę wartościowe. 

Biorę telefon. Wybieram numer. Czekam. Pierwszy sygnał. Czekam. Drugi sygnał. Czekam. Trzeci sygnał. Trochę się denerwuję, ale czekam. Czwarty sygnał. Ktoś podnosi słuchawkę. 
— Annie? Rybko? Co słychać? — pytam i uśmiecham, bo zaraz usłyszę głos mojej ukochanej. 
— Finnick? — w słuchawce rozlega się głos. Tylko, że to nie jest głos mojej Annie.
— Pan Cresta? — pytam zdezorientowany. 
— Tak, to ja. Muszę ci coś powiedzieć... — zaczyna, a ja wstrzymuję oddech. — Annie miała atak. 
Czuję jak ziemia usuwa się spod moich nóg. Pan Cresta mówi coś jeszcze, ale ja nic nie rozumiem. Odkładam słuchawkę, a w mojej głowie echem odbijają się te trzy okropne słowa.

Annie miała atak.
Miała atak, a mnie przy niej nie było.  


_________________________________________________________________________________



Taaak, wiem... rozdział do najdłuższych nie należy, ale... zaczyna się akcja... no dobra... zaczyna się na samym końcu rozdziału, ale ważne, że coś zaczyna się dziać :D
Mam nadzieję, że chociaż trochę się Wam podoba :)  Choć ja jakoś dumna nie jestem. No, ale to nie jest ważne... najważniejsze jest dla mnie co Wy o tym myślicie :) 
Jak mijają Wam wakacje? Jesteście z nich zadowoleni? Bo ja muszę przyznać, że bardzo :D
No dobra... nie przedłużam już :D Mam nadzieję, że w komentarzu napiszecie mi co sądzicie o tym rozdziale :D

środa, 6 lipca 2016

"Niech Trybuci Zmartwychwstaną!" + kilka małych ogłoszeń

Myślę, że najlepiej będzie jeśli zacznę od najważniejszego czyli od wydarzenia "Niech Trybuci Zmartwychwstaną".
Oczywiście ja (jak to ja) na wstępie pokrótce wytłumaczę co te wydarzenie ma na celu i dlaczego zdecydowałam się je wspierać. Potem wkleję opis wydarzenia prosto z facebooka :) 

Wydarzenie to ma na celu... no... jakby to powiedzieć swoimi słowami... obudzenie Trybutów (chyba nie muszę tłumaczyć, że Trybuci to fani Igrzysk Śmierci, prawda? :D). Ostatnio nasz fandom trochę przysypia, co bardzo mi się nie podoba. Chociaż... jeśli mam być szczera podejrzewałam, że po premierze ostatniej części może... no... zrobić się cicho w naszym fandomie. Jednak wierzę, że dzięki temu wydarzeniu trochę uda się go obudzić :D
Dlaczego zdecydowałam się wspierać tą akcję? Dlatego, że uważam, iż książki autorstwa Suzanne Collins są nie tylko wspaniale napisane i ciekawe, ale również niosą ze sobą naprawdę ogromny przekaz i... kurcze... przecież nie możemy o nich zapomnieć, prawda? Każda książka, która pomaga nam w inny sposób spojrzeć na świat zasługuje na to, aby zostać zapamiętana przez nas do końca życia, czyż nie? 
Co prawda... uważam, że nazwa wydarzenia powinna brzmieć raczej "Niech Trybuci Powstaną!". Jednak jest to tylko moja opinia :) I nie zmienia to faktu, że wydarzenie to pomoże nam utrwalić miłość do tej trylogii :)

OPIS WYDARZENIA:

"UWAGA! WAŻNE! Jesteś zajęty? Przeczytaj, proszę.
Nie masz czasu? Tym bardziej przeczytaj. Twoje życie to dosłownie jeden wielki grafik? Zatrzymaj się. Weź głęboki wdech. Wydech. Już? Okay, przeczytaj chociaż pierwszy akapit. Nie pożałujesz.

Jeśli to czytasz, to prawdopodobnie jesteś, byłeś/aś lub zapomniałeś/aś, że jesteś trybutem. Spokojnie, można to jeszcze naprawić. Na pewno jesteś prawdziwym fanem / prawdziwą fanką, jeśli dotarłeś/aś do tego momentu. Otóż, administracja grupy „Trybuci-Polska” wpadła na pomysł, by zjednoczyć wszystkich fanów trylogii „Igrzyska Śmierci”. Z naszych obserwacji wynika, że fandom ten nie ma się zbyt dobrze.... Można powiedzieć, że umiera. Stąd nasz pomysł. Ta akcja.

Na czym ona polega? Otóż, każdy kto choć trochę poczuwa się członkiem fandomu, a nie zwykłym, przeciętnym sezonowcem ma obowiązek (powiedziałbym wręcz, że jego honorem jest!) wziąć udział w tym wydarzeniu (kliknąć "wezmę udział"). Do czego to zobowiązuje? Od chwili zgłoszenia, osoba, która to zrobiła ma obowiązek dodawać w dowolnej grupie lub na dowolnej stronie (jeśli na takiej zarządza/adminuje), lub nawet na forum tego wydarzenia CO TYDZIEŃ do końca wakacji przynajmniej jeden post dotyczący igrzysk. Jaki? Nieważne. Ty wybierasz! Dyskusja, ankieta, wykreślanka, pytanie które chciałbyś/chciałabyś zadać Suzanne Collins, COKOLWIEK! Ważne, by fandom ożył, by ludzie znowu zaczęli się jarać igrzyskami. Dobrze wiemy, że jedna iskra jest w stanie wzniecić pożar. Niech tą iskrą będzie właśnie ten post!

Postanowiliśmy również zorganizować podczas wakacji trzy nieobowiązkowe (ale zachęcamy!) dni tematyczne:
22.07.2016 – „Dzień Filmu” – czyli każdy w ten dzień ogląda swoją ulubioną część igrzysk (UWAGA! Wersja hard: możesz obejrzeć wszystkie cztery części; Wersja turbohard: możesz przeczytać swoją ulubioną część) 
 05.08.2016 – „Dzień Wstążki” – czyli każdy zaopatruje się w białą i złotą wstążkę, które może dumnie w tym dniu wszystkim prezentować (UWAGA! Nie musi być wstążka. Masz fandomową czapkę/koszulkę/cokolwiek? Włóż to!)
19.08.2016 – „Dzień Randomowego Trybuta” (UWAGA! Dla odważnych!) – jeśli jesteś w grupie i zaciekawiła cię jakaś osoba albo ktoś skomentował post na stronce dotyczącej igrzysk, napisz do niego (UWAGA! Można po prostu wejść w zakładkę „Członkowie” na dowolnej grupie dotyczącej igrzysk i napisać do kogoś przypadkowego lub do kogoś, kto bierze udział w tym wydarzeniu :D ) 

I niech los zawsze wam sprzyja!

PS Współpracujemy z:
1) Grupami: "Trybuci - Polska", "Kocham Igrzyska Śmierci", "Fandoms"
2) Stronami: "Nie śpię, bo czytam igrzyska śmierci", "Moje serce staje w Pierścieniu Ognia", "Niezgodnych Trybutów Wina"
3) Blogami: http://hungergamesmyworld.blogspot.com/ , zakrconawsloncu.wordpress.com"

Co o tym myślicie? Podoba Wam się ten pomysł? Mam nadzieje, że w komentarzu napiszecie mi co o tym myślicie :)

OGŁOSZENIA:

1. Jutro podobny post znajdzie się na moim blogu z miniaturkami.
2. Wkrótce do zakładki "Polecam!!" dodana zostanie nowa książka (nic więcej na razie nie zdradzam), więc zachęcam do odwiedzenia tej zakładki :D
3. Nowe rozdziały w wakacje postaram dodawać się raz w tygodniu. 
4. Kolejny rozdział jest ukończony w 50%. Zostanie dodany najprawdopodobniej w piątek. 


Dziękuję bardzo za uwagę :) 
Pozdrawiam 
love dream 

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Rozdział 112 — Odrobina Szczęścia

ANNIE


Na prośbę Evelyn wyszłam z pokoju. Nie mam pojęcia dlaczego robi taką tajemnicę z tego kim jest ta trybutka, ale nie zamierzam się z nią kłócić, więc potulnie jak baranek zamykam za sobą drzwi swojego pokoju i ruszam do salonu, w którym siedzą moi rodzice. Dziwnie się czuję w tym domu. Dziwnie się czuję przy rodzicach. Przez wiele lat myślałam, że więcej ich nie zobaczę. Jednak... mimo krzywdy jaką mi wyrządzili swoim zniknięciem... cieszę się, że znów ich mam. 
Pierwszy zauważa mnie ojciec. 
— Annie? Co tu robisz? Myślałem, że rozmawiasz z Finnickiem. — Na dźwięk imienia Finnicka, wypowiedzianego przez mojego ojca, matka wzdrygnęła się i zrobiła zdenerwowaną minę. Jej reakcja zawsze po części mnie śmieszy a po części boli.
— Evelyn chciała z nim porozmawiać — odpowiadam i zajmuję miejsce w fotelu, stojącym naprzeciwko kanapy, okupowanej przez moich rodziców.  
 — I ty tak po prostu wyszłaś z pokoju? A jeśli oni knują jakiś spisek? — pyta moja matka. Zaczynam się śmiać, myśląc, że ta kobieta po prostu żartuje. Jednak po zażenowanej minie ojca i wściekłej minie matki orientuję się, że wcale nie żartowała. 
— Ty chyba nie mówisz tego na poważnie? Finnick mnie kocha i na pewno nie będzie knuł jakiegoś spisku z moją najlepszą przyjaciółką — mówię.
— Jesteś pewna? — pyta moja matka.
— Ożeniłem się z paranoiczką — oznajmia mój ojciec, chowając twarz w dłoniach. Swoją uwagą udaje mu się mnie rozśmieszyć.
— Dlaczego ty tak bardzo nie lubisz Finnicka? — pytam matki po chwili.
— Bo mam przeczucie, że cię skrzywdzi — oznajmia stanowczo.
— Kobieto! Miałaś przeczucie, że dobrze zrobimy jeśli na jakiś czas znikniemy z życia naszej córki! — prawie krzyczy mój ojciec. 
— Jak możesz?  — zaczyna moja matka, nie dane jest jej jednak dokończyć, ponieważ postanawiam jej przerwać.
— Czy moglibyście się nie kłócić? — pytam. Rodzicom nie udaje się odpowiedzieć, bo z mojego pokoju słyszymy wiązankę przekleństw. Wywracam oczami i idę do Evelyn. 
Otwieram drzwi i widzę moją przyjaciółkę, która właśnie kopie łóżko i znów przeklina, łapiąc się za nogę. Czasem zastanawiam się która z nas jest tą nienormalną.
— Evelyn! Na Strażnika Dystryktu! Co ty wyrabiasz? — krzyczę. Dziewczyna patrzy na mnie jak na wariatkę. 
— "Na Strażnika  Dystryktu"? — pyta, wciąż trzymając się za nogę. 
— Oj... bo pomyślałam, że fajnie byłoby gdyby było jakieś powiedzonko dotyczące tylko i wyłącznie naszego dystryktu, a na szybko nic innego nie wpadło mi do głowy... — zaczynam się głupio tłumaczyć. Evelyn wybucha śmiechem. 
— Zachowujesz się jak dziecko — mówi przez śmiech. Robię obrażoną minę.
— Och... czyżby? Kto to mówi... przed chwilą kopnęłaś moje łóżko... mogę wiedzieć co ono ci zrobiło? — pytam. Mina od razu jej rzednie. 
— Nieważne — urywa ostro.
— Zgaduję, że ma to coś wspólnego z rozmową z Finnickiem... o co chodzi? — pytam.
— Nieważne. Może... pogadamy o czymś innym? — Evelyn próbuje wymigać się od odpowiedzi. Dziś dam jej spokój, ale jutro mam zamiar dowiedzieć się wszystkiego od Finnicka. 


FINNICK



Jaki wspaniały dzień. Po prostu świetny. Najpierw trybuci, teraz Evelyn... a jeszcze czeka mnie dziś spotkanie z pozostałymi zwycięzcami. Świetnie. W zeszłym roku sobie odpuściłem, ale w tym już muszę iść. Spotkanie ze zwycięzcami jednak nie jest takie złe. Lubię czasem porozmawiać z innymi zwycięzcami. Zdecydowanie gorsze jest to, że potem pewnie spotkam się ze Snowem i dowiem się jaka kobieta postanowiła kupić mnie na kilka najbliższych dni. Po prostu cudownie. Chyba nie mogło być lepiej. 

Po całym męczącym dniu wreszcie mogę wziąć prysznic, który zmyje ze mnie wszystkie zmartwienia tego dnia. To niesamowite w jaki sposób działa na mnie woda. Z każdym jej dotknięciem czuję jak wszystkie smutki odchodzą, czuję jak wszystkie problemy znikają. Wiem, że kiedy wyjdę spod prysznica wszystko do mnie powróci, ale teraz chcę jak najdłużej rozkoszować się tym wspaniałym uczuciem błogości, które mnie ogarnęło. Teraz mogę pogrążyć się w marzeniach, odłączając się od tego realnego świata, który czyha na mnie poza kabiną prysznica. Jednak nie chcę teraz o tym myśleć. Chcę myśleć o tym jak spełniam moje marzenia. Chcę myśleć o tym jak Panem staje się wolne. Chcę myśleć o tym jak z Annie biorę ślub. Chcę myśleć o tym jak razem z Annie wychowujemy nasze małe pociechy. Chcę myśleć o tym, że moje życie nawet w jednym stopniu nie przypomina tego obecnego. Chcę myśleć o tym, że jestem szczęśliwy jak każdy inny człowiek w moim wieku. Chcę myśleć o tym, że żyję jak chcę. Chcę myśleć, że dożyję czasów wolnego Panem, w którym moje dzieci mogłyby czuć się bezpiecznie. Chcę myśleć o odrobinie szczęścia. 
Odrobina szczęścia. To mi coś przypomniało. W trakcie mojej krótkiej rozmowy z Evelyn... zanim ta rozmowa przekształciła się w kłótnię, dziewczyna powiedziała mi, że będę wujkiem. Na samą myśl się uśmiecham. Lubię dzieci. Będę musiał spytać Annie czy już rozmawiała o tym z moją kuzynką. Jeśli tak i jeśli naprawdę Marlene oczekuje potomka to chyba odwiedzę jakiś sklep z zabawkami.

Po jakiejś godzinie wychodzę spod prysznica, ubieram się i ubrany, odświeżony i choć trochę zrelaksowany idę do salonu, gdzie na kanapie siedzi Mags. Siadam obok niej.
— Nad czym tak myślisz? — pytam.
 — Zastanawiam się nad taktyką naszych trybutów. Są denerwujący, ale trzeba im pomóc... — oznajmia moja mentorka. 
— Na arenie dołączą do Jedynki i Dwójki. No wiesz... zawodowcy powinni dołączyć do zawodowców, prawda? Dziewczyna na wywiadzie oczaruje sponsorów swoją pewnością siebie i zaradnością. Chłopak też będzie pewny siebie i zwróci ich uwagę swoją waleczną naturą. Co ty na to? — proponuję.
 — Finnick... jak ty to robisz? Jesteś mentorem znacznie krócej niż ja, a wymyślanie strategii nowych trybutów idzie ci znacznie łatwiej niż mi kiedykolwiek... chyba muszę zacząć się tego od ciebie uczyć — oznajmia kobieta z uśmiechem. 
— Nie mam pojęcia dlaczego... może mam wrodzony talent? Ludzie mają różne talenty... niektórzy do rysowania, inni do śpiewania, jeszcze inni do pisania... a ja do wymyślania taktyki... ktoś chce się wymienić na rysowanie, albo pisanie? Śpiewanie też może być — żartuję.  Mags zaczyna się śmiać. Śmiech ważnych dla mnie osób zawsze sprawia mi ogromną radość. 
— Oj Finnick, Finnick... nie wiem co ja bym bez ciebie zrobiła — mówi, rozciągając usta w uśmiechu.
— Na pewno byś się nudziła — oznajmiam.
— Na pewno — odpowiada.
— Wiesz... rozmawiałem dziś z Annie... i Evelyn i... z tego co wiem to... zostanę wujkiem. Podobno Marlene spodziewa się dziecka — oznajmiam.
— To wspaniale! — Mags cieszy się razem ze mną.
— Wiem, ale jeszcze nie jestem tego pewien...  — oznajmiam. 
— Ja jestem pewna. Będziesz wujkiem Finnick. Brat mi powiedział jak żegnał się ze mną przed Igrzyskami — oznajmia nasza tegoroczna trybutka, która właśnie wchodzi do salonu. 


 _________________________________________________________________________________


Dawno mnie nie było... przepraszam Was za to, ale zrozumiecie... najpierw zakończenie, a potem miałam małe problemy z komputerem (na szczęście nic poważnego i obeszło się bez naprawy). Zresztą nie będę się tłumaczyć. Zawiodłam Was i tyle. Bardzo Was za to przepraszam i mam nadzieję, że pomimo tak długiej przerwy zostaliście tu ze mną :)
Ten rozdział... przepraszam. Naprawdę ciężko znów wbić się w pisanie po tak długiej przerwie. Poza tym ten rozdział to tylko taka "przejściówka" i "zapychacz" (nie mam pojęcia czy ktoś oprócz mnie tak mówi na niektóre rozdziały, więc wyjaśnię o co chodzi), czyli... rozdział jest tylko po to, żeby nie przenosić się za bardzo w czasie do przodu i żebym znów mogła wbić się w rytm pisania. Poza tym... ten rozdział to tylko cisza przed burzą. Dlatego proszę... wybaczcie, że jest słaby i krótki. Potem będzie już lepiej :)
A poza tym... co myślicie o Finnicku jako wujku? Sprawdzi się w nowej roli? XD
Następny rozdział będzie... jak najszybciej. Jednak wcześniej pojawi się ostatnia miniaturka z serii o Fredzie i George'u na blogu z miniaturkami. Miniaturka jest ukończona w 50%. Dlatego długo na nią nie będziecie musieli czekać :)
Życzę Wam udanych wakacji!! :) ♥
PS Jeśli znaleźliście jakiś błąd to mi napiszcie w komentarzu, a ja poprawię :)
Och... no i nie wiem czy wiecie, ale dziś są trzydzieste urodziny Sama Claflina :) Z tej okazji życzę mu (choć wiem, że tego nie przeczyta) wszystkiego najlepszego, więcej wspaniałych ról we wspaniałych filmach, nagród i spełnienia marzeń :) 
Powered By Blogger