środa, 30 września 2015

Rozdział 80 - Stłuczona waza

ANNIE


   Mój ojciec stoi przy krześle, na którym rozwiesiliśmy ubrania do wyschnięcia. Patrzy na nas, a w jego oczach maluje się dziwna mieszanka uczuć, których nie potrafię nawet określić.
-Zaraz będzie tu Lindsey. Lepiej... no właśnie. - Mówi i wskazuje głową na krzesło.
   Mój ukochany podchodzi do krzesła i zdejmuje z niego moje ubrania. Wraca do mnie, całuje w policzek i podaje ubrania.
-Wiesz gdzie jest łazienka? - Pyta unosząc brwi. Kiwam głową, a on uśmiecha się. - To idź się przebrać. Ja mam założyć tylko koszulkę. - Znów kiwam głową i odchodzę.

-Dobrze, ale później. Nie zostawię jej tu samej. - Stoję na schodach, a do moich uszu docierają strzępki rozmowy Finnicka z moim ojcem.
-Rozumiem. - Mój ojciec mówi cicho i spokojnie, ale w jego głosie słychać stanowczość i pewność siebie.
   Kiedyś uważałam, że mój ojciec to wysoki i bardzo postawny mężczyzna. Tak też go zapamiętałam. Jednak... kiedy zobaczyłam go stojącego obok Finnicka... no cóż... zmieniłam zdanie. Finnick jest niesamowicie przystojny, wysoki i bardzo dobrze zbudowany. Przy nim każdy wygląda jak zagłodzony mikrus.

   Przebranie się zajęło mi tylko kilka chwil. Jednak ciągle jestem w łazience. Dla mnie jesteś najpiękniejsza na całym świecie. Spoglądam na swoje odbicie w lustrze, próbując dostrzec to piękno, o którym mówił Finnick. 
   Wielkimi, zielonymi oczami, oceniającymi każdy milimetr mojej twarzy wpatruje się we mnie zwyczajna dziewczyna, o rudo-brązowych falowanych włosach, które nie zawsze chcą z nią współpracować i wolą żyć własnym życiem. Jej twarz jest trochę opalona, ale nie za bardzo. Ma łagodne rysy twarzy i ledwie widoczne piegi, które pojawiają się, kiedy spędza za wiele czasu na dworze. Dziewczyna musi stać na palcach, aby udało jej się dostrzec każdy element twarzy. Teraz sprawdza jak wygląda z uśmiechem wykrzywiając nieco swoje delikatne, jasnoróżowe usta. Bardziej przypomina to jednak grymas, mający tylko udawać uśmiech. Jej myśli krążą wokół jednego pytania. Co on we mnie widzi? 
   Nie jestem piękna. Nawet nie jestem ładna, a kocha mnie ktoś taki jak Finnick. Kocha mnie najprzystojniejszy młody mężczyzna, jaki kiedykolwiek chodził po tej ziemi, który może mieć każdą dziewczynę, a wybrał mnie. Dlaczego? 
   Dlaczego woli być z brzydką, niestabilną psychicznie dziewczyną, która ma koszmary związane z jego śmiercią, niż być z jakąkolwiek inną dziewczyną? Niż być z jakąś normalną, piękną, odważną i mądrą dziewczyną? 
   Bo cię kocha. Słyszę cichy szept w mojej głowie. Wreszcie udaje mi się uśmiechnąć, ale po moim policzku spływa pojedyncza łza, którą szybko wycieram skrawkiem mojej niebieskiej koszulki. 
   Bądź dzielna. Bądź silna.  Napominam się w myślach. Unoszę wysoko podbródek i wychodzę z łazienki. Na dole słyszę krzyk mamy i podniesiony głos Finnicka. W tym momencie kolana się pode mną uginają i aby nie upaść łapię się pierwszej lepszej rzeczy stojącej po mojej prawej stronie. Pech chciał, że była to jakaś waza, a gdy spadła roztrzaskała się na miliony kawałeczków. Ja również upadłam, przy okazji raniąc dłonie i nogi. 


FINNICK 


   Krótką, ale ostrą wymianę zdań z panią Crestą przerywa odgłos tłuczonej wazy i jęk Annie. Od razu bladnę i ruszam pędem po schodach. Państwo Cresta biegną za mną.
   Po niecałej minucie jestem obok Annie i pomagam jej się podnieść. W jej oczach zaczynają gromadzić się łzy. 
-Prze... przepraszam. Ja... ja... nie chciałam. To był... był... wypadek. - Łka. Przytulam ją. 
-Najważniejsze, że tobie nic poważnego się nie stało. - Szepczę do jej ucha. - Waza to tylko waza. Nie ma dla mnie żadnej wartości. Ciebie kocham ponad życie. - Dodaję. 
   Odsuwam się od niej na odległość moich ramion i kciukami delikatnie wycieram jej łzy. Tak jak kiedyś robiła to moja mama, kiedy płakałem. 
   Raz w życiu, kiedy widziałem, że moja mama płakała... tata też otarł jej łzy w ten sposób. Później pocałował ją w czoło, a ona uśmiechnęła się, wtedy tego nie zauważałem, ale teraz wiem, że zawsze jak on był to uśmiechała się szczerze, a kiedy wypłynął jej uśmiech stawał się inny... bardziej sztuczny. Nie chciała, żebym widział jej ból, więc ukrywała go pod wieloma maskami, ukrywała go pod setkami uplecionych sieci, ukrywała go pod miliardami węzłów, ukrywała go pod uśmiechem, ukrywała go przede mną. 
   Tak jak kiedyś mój ojciec, ja również całuję Annie w czoło, ciągle trzymając jej twarz w moich dłoniach. 
-Annie! Co ci się stało? - Krzyczy pani Cresta, kiedy tylko wbiegnie na górę. Po chwili odpycha mnie od córki. - Chodź trzeba zdezynfekować te rany. - Odwraca do mnie głowę. - Masz coś co mogłoby mi w tym pomóc? - Pyta głosem, tnącym powietrze jak brzytwa. W odpowiedzi na zadane przez nią pytanie przecząco kręcę głową. - To przydaj się na coś idź do sklepu po bandaże. 
   Ta kobieta coraz bardziej działa mi na nerwy. Nie dość, że rozpanoszyła się w moim domu, odepchnęła od Annie, to jeszcze teraz twierdzi, że nie jestem do niczego potrzebny. Mam ochotę coś jej zrobić, ale próbuję się nie denerwować i tolerować tą kobietę - co jest bardzo trudne - ze względu na Annie. 
   Wracam ze sklepu i przynoszę bandaże i jakieś środki do dezynfekcji ran - przy okazji kupiłem pudełko kostek cukru. Idę do salonu i podaję matce Annie środki dezynfekujące i bandaże. 
-Dłużej się nie dało?! - Sarkastycznie pyta pani Cresta. Na mojej twarzy pojawia się grymas, który miał udawać uśmiech. Ta kobieta działa mi na nerwy. 
   Moja ukochana chyba to zauważa, bo robi minę jakby chciała mnie przeprosić. Do niej uśmiecham się szczerze, kiwając przy tym głową. 
-Przesuń się, bo zasłaniasz mi światło. - Głos tej kobiety znów tnie powietrze. Mam ochotę jej coś zrobić. Odwracam się i idę do kuchni, gdzie siedzi pan Cresta. Kiedy mnie zauważa uśmiecha się. 
-Teraz możemy iść. Nie zostanie sama. - Oznajmia. 
-Dobrze. - Odpowiadam. 


_________________________________________________________________________________


   Kolejny rozdział dodany. Pisałam go przez kilka dni, ale nie miałam na to za dużo czasu. Dlatego przepraszam za jakiekolwiek błędy. Kiedy indziej je poprawię. Sami rozumiecie szkoła i w ogóle... na razie nie mam czasu. 
   Mam nadzieję, że rozdział Wam się spodobał i go skomentujecie. Kolejny będzie w sobotę. 
   Wspominałam już, że mam problemy z tytułami? 

niedziela, 27 września 2015

Rozdział 79 - "Nienawidzę kiedy płaczesz"

FINNICK


   Słońce chyli się ku zachodowi, barwiąc przy tym niebo na wiele niesamowitych odcieni. Wiatr delikatnie powiewa, rozwiewając moje włosy. Biorę głęboki oddech. Jestem spokojny. Nie denerwuję się niczym. Wreszcie mogę być szczęśliwy. Chociaż przez parę minut. Słychać jedynie szum fal i skrzeczenie mew latających nad naszymi głowami. Annie zasnęła na moich kolanach, a ja gładzę ją po głowie. Chciałbym utknąć w tej chwili na zawsze. Chcę tu zostać, chcę być szczęśliwy. Już na zawsze.
   Patrzę na fale, które delikatnie kołyszą łodzie, przycumowane do pomostu, znajdującego się naprzeciw mnie i Annie. Jakąś godzinę temu postanowiliśmy przejść się trochę plażą i rozłożyliśmy tam koc, na którym teraz siedzę, a Annie leży. Na niektórych łodziach porozsiadały się mewy. Lubię te ptaki. Czasem nawet im zazdroszczę, tego, że mogą być wolne. Mogą odlecieć i nigdy już tu nie wrócić.
   Niebo przysłaniają ciemne chmury, które zapowiadają deszcz. Postanawiam więc obudzić Annie i wrócić do domu.
-Annie? - Szepczę jej do ucha. Dziewczyna otwiera swoje cudowne, zielone oczy.
-Tak? - Pyta zaspana.
-Zbiera się na deszcz. Pora wracać. - Mówię, a z nieba zaczynają spadać krople.
-Ja nigdzie nie idę. - Oznajmia. - Lubię deszcz. - Uśmiecha się.
   Wstaję i podaję rękę mojej ukochanej. Annie patrzy na mnie zdziwiona.
-Ja nigdzie nie idę. - Mówi kręcąc głową. - Zostaję na plaży.
-Obydwoje zostaniemy, ale... może... pospacerujemy? - Pytam, spuszczając przy tym głowę. Nie wiem czemu. Czasami sam siebie nie rozumiem. Nie rozumiem, czemu moje reakcje są takie, a nie inne. Czy tylko ja tak mam?
   Annie łapie mnie za rękę. Mój wzrok momentalnie na nią pada. Uśmiecha się. Ja też. Wtedy podciągam ją, a ona wstaje.
   Stoimy teraz naprzeciw siebie, trzymając się za ręce, patrząc sobie prosto w oczy, milcząc. W tej chwili nie potrzebujemy żadnych dźwięków, żadnych słów. Po prostu patrzymy na siebie, patrzymy w swoje oczy. Była cała mokra i łapczywie łapała oddech, a mimo to moje serce prawie wyskoczyło mi z piersi. W ten sposób Seanner opisał to co poczuł, kiedy po raz pierwszy spojrzał na Penny. To samo czuję teraz ja, chociaż widziałem Annie już miliony razy. Może moja ukochana nie łapie łapczywie oddechu, ale mżawka przemoczyła ją do suchej nitki. Jednak moje serce - tak jak niegdyś serce Seannera - próbuje wyskoczyć mi z piersi. Bije tak głośno, że niemal zagłusza szum fal. Uwielbiam te uczucie. Tę cudowną pauzę, kiedy myślę tylko o tym jak bardzo jej oczy są zielone, usta delikatne i ciepłe, a jej twarz idealna, kocham ją. Kocham ja całą. Kocham ja całym sobą. Chociaż do niedawna nie wiedziałem co to jest prawdziwa miłość. Teraz już wiem, że kiedy kochasz twoje serce bije tylko dla tej jednej wyjątkowej osoby. Codziennie budzisz się tylko po to aby rozmyślać o ukochanej. Niczego nie pragniesz bardziej jak jej szczęścia. Chociaż mógłbyś przypłacić za to życiem. To właśnie jest miłość. Cieszysz się razem z tą drugą osobą, razem z nią płaczesz, możesz cierpieć, jeśli tylko ona będzie szczęśliwa. To właśnie jest miłość. To właśnie jest miłość. 
   Nie panuję nad sobą. Podchodzę do Annie i całuję ją. Muszę. Muszę. Muszę. Nasze usta łączą się w długim pocałunku. Nasze dusze zbliżają się do siebie. Pocałunek się kończy. Spoglądam w jej oczy. W te jej cudowne, zielone oczy, które tak kocham.
-Marzyłam o pocałunku w deszczu. - Wyznaje, a na jej cudownej, delikatnej twarzy maluje się uśmiech. 
-Ja marzyłem o spełnieniu twoich marzeń. - Szepczę prosto do jej ucha. - Kocham cię. Kocham cię najbardziej na świecie. - Wyznaję jej, chociaż ona słyszała to ode mnie miliony razy. 

-Zaprowadzisz mnie tam? - Pyta Annie, kiedy tylko usiądziemy na kanapie w moim starym domu. Rozpadało się na dobre i zaczęło grzmieć. Mój stary dom jest bliżej niż dom Mags, a ja miałem klucze, więc nie musieliśmy długo uciekać.
-Gdzie? - Pytam.
-No wiesz... do tego domku. - Mówi cicho, ledwie słyszalnym szeptem.
-Nie. - Odpowiadam. Annie podnosi na mnie wzrok i odstawia kubek herbaty na stolik.
-Jak to "nie"? - Pyta... sam nie wiem czy jest zdenerwowana czy zaskoczona moją odpowiedzią.
-Po prostu nie. - Mówię niewzruszony.
-Dlaczego? - Annie dopytuje jak mała dziewczynka, której odmówi się kupna słodyczy... albo kostek cukru, które w mojej rodzinie uznawane były za najlepsze przekąski.
-Sama powiedziałaś, że to niebezpieczne. - Odpowiadam.
-Ale ty tam byłeś! Ja też chcę! - Prawie krzyczy.
-Nie rozumiesz, że jeśli coś by ci się stało, to nigdy bym sobie tego nie darował?! - Mówię tym samym tonem co Annie.
-Ale ty tam byłeś! I chyba jakoś się nie przejmowałeś, że coś może ci się stać! - Annie wykrzykuje.
-Bo to tylko moje życie! - Odkrzykuję. - Tylko moje życie... - Powtarzam szeptem.
-Jak to "tylko"? To jest "aż" twoje życie. Dobrze wiesz, że cenię je bardziej niż własne. - Mówi, a jej oczy robią się szklane.
   Jeśli zginiesz ja się zabiję. Gdyby Annie nie ceniła mojego życia, to nigdy nie wypowiedziałaby tych słów, a ona je wypowiedziała. To chyba coś znaczy. Jednak każdy dobrze wie, że jej życie jest więcej warte niż moje. Dlatego tak bardzo staram się je bronić.
-Nie płacz... proszę. Nienawidzę kiedy płaczesz. - Mówię patrząc jej prosto w oczy. W tym momencie mrok, panujący w moim domu rozświetliła błyskawica. Parę minut później usłyszeliśmy głośny grzmot. Annie się zatrzęsła. Od zawsze bała się burzy.
-Więc mnie przytul... dobrze wiesz, że boję się burzy. - Uśmiecha się, a jej delikatną twarz znów rozświetla blask błyskawicy. Wygodnie siadam na kanapie i rozkładam ramiona, w jej kierunku.
-Chodź tu do mnie... - Szepczę. Annie przysuwa się do mnie, kładzie głowę na mojej piersi, a ja obejmuję ją.
   Moja ukochana odchyla głowę, tak aby móc mnie zobaczyć. Nasze oczy przyzwyczaiły się już do ciemności, więc możemy patrzeć na siebie, nawet wówczas kiedy pioruny nie rozświetlają pokoju. Kocham cię. Szepcze bezgłośnie. Ja ciebie też. Odpowiadam bezgłośnie - tak jak ona.


    Plaża. Piasek. Ja. Trójząb. Krew. Plaża. Piasek. Ja. Trójząb. Krew. Rozglądam się dookoła. Jestem sam. Zupełnie sam. Tylko plaża. Piasek. Ja. Trójząb. Krew. Tylko plaża. Piasek. Ja. Trójząb. Krew. 
      Armata wyrasta jak spod ziemi. Odwracam głowę w jej kierunku. Huk. Zdjęcie mojej pierwszej ofiary, wyświetlane na niebie. 
Kolejna armata wyrasta spod ziemi. Odwracam głowę w jej kierunku. Huk. Zdjęcie kolejnej ofiary. Schemat powtarza się wkoło i wkoło, aż na niebie pojawia się zdjęcie Rose Strong. Mojej ostatniej ofiary. Czy postać na zdjęciu może się ruszać? Nie? To dlaczego ona uśmiecha się szyderczo, dlaczego przekręca głowę? 
   Czyjaś dłoń dotyka mojego ramienia. Odwracam się gwałtownie. To Ben. To Ben. To Ben.
-Finnick! Szybko oni ją zabiją! Nie pozwól na to! Uratuj ją! - Krzyczy chłopiec. 
     Na początku nie zrozumiałem. Później usłyszałem zrozpaczone wołanie o pomoc. To była Annie!
Razem z Benem ruszamy w tamtym kierunku. Biegnę do niej ile sił w nogach. 
     Docieram na miejsce. To tu jest moja ukochana. Dostęp do niej blokuje mi tłum ludzi. Próbuję się przepchnąć, ale to na nic. Oni stoją tam jak jakieś posągi. Krzyk Annie słabnie, a w moich oczach zbierają się łzy. W końcu Annie cichnie. Z moich oczu wylewają się potoki łez. Z ust wydobywa się głośny krzyk. Wszystkie głowy zwracają się ku mnie.
                        K i e d y ś    z n a ł e m    i c h    w s z y s t k i c h !  
   To ja ich zabiłem. To ja ich skrzywdziłem. To ja zabiłem ich bliskich. To ja je porzuciłem. Teraz wszyscy patrzą na mnie. Na moje łzy. Na moje cierpienie. Uśmiechają się triumfująco. Z koła wychodzi Rose. 
-Za to, że wygrałeś. Za to, że ją kochasz. - Wypowiada i przebija moje serce włócznią.. 


   Gwałtownie otwieram oczy. Żyję. Leżę na kanapie, a Annie śpi, wtulona we mnie. Policzki mam mokre od łez, które naprawdę lały się z moich oczu. Burza - zupełnie jak noc - dobiegła końca. Teraz świeci słońce.
   Drzwi gwałtownie się otwierają. Annie budzi się, błyskawicznie otwierając oczy. Oddycha szybko. Zbyt szybko. Zupełnie jak wtedy, kiedy ma atak. Próbuje się wyrwać, ale ja ją trzymam i nie puszczam. Jej oczy znajdują się jakby za mgłą, a łzy leją się z nich strumieniami, ale nie krzyczy.
-Już dobrze... jestem tu. Nic ci nie grozi... - Szepczę prosto do jej ucha.
-Finnick? Ty żyjesz? - Pyta, a jej oczy powoli wracają do normalności.
-Oczywiście, że żyję. Dlaczego miało by być inaczej? - Pytam.
-Bo... ja... nie chcę o tym mówić... - Szepcze.
   Rozlega się głośne chrząknięcie. Ja i Annie odwracamy głowy w tamtym kierunku. Widzimy jej ojca, który lustruje nas wzrokiem.
   Kiedy przybiegliśmy do domu, woda lała się z nas strumieniami. Musieliśmy się przebrać, a były tu tylko moja koszulka i spodenki, które przyniosłem tu wczoraj po odprowadzeniu ukochanej do domu i miałem się w nie dziś ubrać, ale nie zrobiłem tego, bo w nocy - jeszcze zanim poprosiłem Mags o pomoc w zorganizowaniu urodzin - wybłagałem od niej przyniesieni mi lepszych ubrań od za luźnej koszulki i zwykłych krótkich spodenek. Dlatego też ja założyłem spodenki, a Annie moją za luźną koszulkę, która wygląda na niej jak bardzo krótka sukienka. Ubrania rozwiesiliśmy na krzesłach. Wyszło więc na to, że ja nie mam bluzki, a moja ukochana spodni. Teraz siedzimy na kanapie wtuleni w siebie, a na naszych twarzach maluje się rumieniec. Wyobrażam sobie jak musi to wyglądać.


_________________________________________________________________________________


   Nie miałam pomysłu na tytuł... tak bardzo to widać? Teraz trochę o rozdziale... chyba nawet mi się udał, jak myślicie? Udał się? Kolejny będzie prawdopodobnie w środę, ale może być trochę później. Zrobię jednak wszystko co w mojej mocy, żeby był w środę. Wypadałoby też napisać coś dla odmiany oczami Annie... jak myślicie? Chociaż nawet jak napiszę coś oczami Annie, to wcisnę choćby krótki fragment oczami Finnicka, bo... bo tak. Tak na serio to dlatego, że jakoś lepiej pisze mi się oczami Finnicka... przynajmniej na razie.
   Jak na razie nie zmieniam wyglądu bloga, ponieważ... stwierdziłam, że i tak będę robiła nowe szablony i to będzie bez sensu zmieniać wygląd bloga średnio raz na tydzień, więc poczekam, aż stworzę ten jeden, jedyny i niepowtarzalny szablon, a wtedy zmienię ten obecny na tamten.
   Bardzo dziękuję za tak miłe komentarze pod moimi rozdziałami... jak je czytam to aż nachodzi mnie chęć na pisanie! Więc dziękuję wszystkim, którzy zostawiają komentarze!
UWAGA! AKCJA ZE SŁOWAMI!
Słowo: Miłość
             W rozdziale mogliście przeczytać moją definicję tego słowa (było nawet kilkakrotnie podkreślone "To właśnie jest miłość"), która może nie jest... najlepsza... najładniej ubrana w słowa i ogólnie... no nie jest "naj", ale jest prosto z serca i myślę, że to docenicie i w komentarzu napiszecie czym miłość jest dla Was... bo mam nadzieję, że skomentujecie ten rozdział :)
Na blogu życie to nie bajka pojawił się kolejny rozdział :)

sobota, 26 września 2015

Rozdział 78 - "Po co więc to ukrywać?"

FINNICK


   Zdaję sobie sprawę, że jeśli podaruję Annie naszyjnik z kamieniem o kolorze jej oczu, to na pewno zaczną się pytania. Tylko... jaki mam wybór? Teraz już za późno. Najwyżej wszystko jej opowiem. To i tak musiało się kiedyś stać. Po co więc to ukrywać? Ona ma prawo wiedzieć.
   Moja dłoń wsuwa się pod krzak, w którym ukryłem pudełko z naszyjnikiem. Sprawnie je wyciągam, a już po chwili podaję Annie.
-To dla mnie? - Pyta. Kiwam głową w odpowiedzi. - Chcesz dać mi prezent po tym co dziś odwaliłam? - Jest zdziwiona. Uśmiecham się.
-Nieważne co odwaliłaś. Ja i tak cię kocham. - Odpowiadam. - Otwórz.
   Annie otwiera pudełko, kładzie je na kolanach i spogląda na naszyjnik.
-Jest piękny. Dziękuję. - Mówi i przesuwa się bliżej mnie.
   Dokładnie w momencie, kiedy nasze usta łączą się w pocałunku, z jej kolan spada pudełko, a poduszeczka, na której leżał naszyjnik wypada ze środka. Odsuwamy się od siebie i podnosimy pudełko i poduszkę. Zauważamy, że pod nią krył się liścik. Annie bierze go do ręki i czyta na głos.
-Droga Penny... - Patrzy na mnie pytająco.
-Czytaj dalej. Nie przerywaj aż do końca. Proszę. - Mówię.
-Chciałem napisać ci długi list, w którym opisałbym moją miłość do ciebie i cierpienie jakie czuję kiedy obserwuję ciebie jak wraz z nim i waszym dzieckiem spacerujecie po Czwórce. Widzę sztuczny uśmiech na twojej twarzy i ból w oczach. Próbujesz zachować pozory szczęścia, a przez to każdy myśli, że takie życie naprawdę ci pasuje. Ja jednak znam cię bardzo dobrze i wiem co czujesz. Wystarczy jedno spojrzenie na ciebie i już wiem wszystko. Zdaję sobie sprawę, że te cierpienie, które jest tak dobrze widoczne w twoich cudownych, zielonych oczach pojawia się, kiedy tylko dostrzegasz mnie z tym samym sztucznym uśmiechem na spacerze z moją ciężarna żoną. Zrezygnowałem jednak z pisania tak bardzo długiego listu. Napiszę tylko, że cię kocham i dalej będę walczył o to, abyśmy kiedyś mogli być razem, abyśmy kiedyś mogli być szczęśliwi. Jeśli czytasz ten list, to akcja się udała i mogłem dać ci naszyjnik z kamieniem o kolorze twoich oczu. Wszystkiego najlepszego moja ukochana. Twój Seanner. - Annie dalej patrzy na mnie pytająco. - Kto to Seanner? Kto to Penny? - Pyta mnie.
-Seanner był moim pradziadkiem. Penny... prawdopodobnie twoją prababcią. - Oznajmiam.
-Co? - Pyta. - Ale... co? Skąd wiesz? Penny i Seanner byli razem? Ale...? Co? - Annie nic nie rozumie, a ja - chociaż nie wiem wiele więcej niż ona - muszę jej to wytłumaczyć.
-Po tym jak dowiedziałem się, że zataiłaś przede mną plany mieszkania u rodziców podczas igrzysk nie mogłem spać, bo zastanawiałem się dlaczego mi nie powiedziałaś. Miałem już dość i musiałem iść na plażę, woda zawsze pomagała mi trzeźwo myśleć, więc około drugiej rano wyszedłem z domu i poszedłem na plażę. Kiedy słońce zaczęło wschodzić... zorientowałem się, że jestem w Przystani Wraków...
-Byłeś w Przystani Wraków?! To niebezpieczne! Coś mogło ci się stać! - Zaczyna krzyczeć.
-Ale się nie stało. Mogę mówić dalej? - Annie skruszona, kiwa głową. - Widziałem Strażnika Dystryktu i przypomniały mi się słowa ojca... postanowiłem go opłynąć i wydostać się poza dystrykt. Kiedy wyszedłem z wody byłem... spokojny, szczęśliwy... Poczułem się wolny. - Przypominam sobie to niesamowite uczucie. Po chwili jednak uświadamiam sobie, że muszę skończyć opowieść. - Nieważne. Poszedłem do lasu i znalazłem tam domek, bardzo zniszczony domek. W środku był pamiętnik, na ostatniej stronie kobieta napisała, że jej prawdziwy ukochany zginął, a ona to widziała. Napisała, że uszyła sukienkę w kolorze jego oczu, w kolorze morskiej zieleni. Znalazłem ten kawałek materiału i... nawet nie zauważyłem, że go zabrałem. Później już w starym domu, kiedy ty poszłaś ja okryłem pamiętniki Seannera, trochę dowiedziałem się o nim i o Penny i o Mrocznych Dniach. Znalazłem tam też ten naszyjnik... okazało się, że ten kamień jest w kolorze oczu Penny. Kiedy już wszystko przygotowałem do twoich urodzin i miałem jeszcze dwie godziny... czytałem te pamiętniki. Dowiedziałem się, że od kiedy wyszli za mąż... widywali się tylko przypadkiem, na ulicy. Pewnego razu wreszcie umówili się na spotkanie. Tylko... Seanner nie dotarł. Zginął w akcji, a Penny to widziała. - Oznajmiam. Annie na mnie patrzy. Mija tak kilka minut.
-Dlaczego? - Pyta.
-Co "dlaczego"?
-Dlaczego się nie spotykali, kiedy wyszli za tamtych ludzi?
-Z tego czego się dowiedziałem z pamiętników, to rozwody nie były możliwe, a oni raczej nie chcieli spędzić reszty życia na kłótni z małżonkami. - Odpowiadam zgodnie z prawdą.
-Więc woleli cierpieć, żeby tylko pozostać wiernymi osobom, których nie kochali? - Pyta.
-Na to wychodzi. - Odpowiadam. Po tych słowach zapada niezręczna cisza, którą wkrótce przerywa głos Annie.
-Czym dla ciebie jest wierność? - Pyta speszona.
-Według mnie wierność nie ma jednej definicji, bo każdy inaczej patrzy na świat, a samej wierności jest wiele rodzajów. Chociażby wierność swoim zasadom, sowim przekonaniom, kiedy masz wyrobione zdanie na jakiś temat i nie zamierzasz go zmieniać, chociaż momentami może utrudniać ci życie.  Można powiedzieć, że ten rodzaj wierności jest fundamentem życia. Bez niej nie istniejesz. Wierność w związku, kiedy najbardziej na świecie kochasz swoją drugą połówkę, zawsze jesteś z nią szczery i nigdy jej nie zdradzisz. To tylko dwa przykłady, a już mogą zobrazować jak wielką wartość ma wierność.  - Odpowiadam zgodnie z tym co naprawdę myślę.


_________________________________________________________________________________


   Rozdział jest... taki sobie. Zdaję sobie sprawę i baaardzo Was za to przepraszam. W nagrodę jutro spróbuję dodać kolejny.
Tak jak napisałam pod poprzednim postem... stworzyłam kilka szablonów i proszę Was o pomoc w wyborze jednego z nich.  Konkretnie są dwa szablony (były cztery, ale dwa, które stworzyłam na początku... no cóż... łagodnie mówiąc.... były nieudane), może nie są one cudowne i wspaniałe, ale jednak sama je robiłam i jestem z nich dumna. Nie przedłużając: w komentarzu pod tym rozdziałem napiszcie, który wygląd podoba Wam się bardziej:
ten (oznaczcie go jako #1)
czy ten (#2)

  Być może nowy rozdział pojawi się już jutro, więc proszę o jak najszybsze skomentowanie tego rozdziału :)

UWAGA!! AKCJA ZE SŁOWAMI!! 
Słowo: Wierność
              Koniecznie napiszcie mi w komentarzu czym wierność jest dla Was. To była moja definicja, chociaż szczerze przyznam, że miałam problem, żeby ubrać to w słowa, ale jakoś mi to chyba wyszło :)

środa, 23 września 2015

Rozdział 77 - Marlene

FINNICK



-Czy to nie mogło poczekać do rana? Musiałeś budzić mnie o drugiej w nocy? - Pyta zaspana Mags.
-Nie, nie mogło. Musiałem. Wybacz. - Odpowiadam szybko.
-Dobrze, to co chciałeś? - Pyta, przecierając oczy.
-Jutro urodziny Annie. Chcę zrobić jej niespodziankę. Ty musisz odegrać bardzo ważną rolę. - Odpowiadam.
-Jaką? - Pyta.
-Nie wypuszczaj jej z domu do godziny trzeciej. O trzeciej poproś ją, żeby poszła do sklepu. - Oznajmiam.
-To wszystko? - Pyta.
-Tak. - Odpowiadam. - Zgadzasz się?
-Dobrze. Zgadzam się, a teraz daj mi spać. Proszę. - Odpowiada Mags.
-Dobrze, dziękuję. - Mówię i odwracam się, a Mags zamyka okno.

   Wszystko już jest gotowe. Dochodzi trzecia, więc idę szybko pod sklep.
   Siedzę na ławce stojącej niedaleko sklepu i czekam na Annie. Nagle dobiega mnie jakiś głos.
-Finnick? - Odwracam się i widzę wysoką blondynkę stojącą przed wejściem do sklepu. - To ty? - Pyta i podchodzi do mnie.
-Tak. - Mówię trochę speszony. Skąd ona mnie zna? No tak... jestem zwycięzcą. Tylko, że... ona też wygląda znajomo. Kim ona jest?
-Nie poznajesz mnie? - Dziewczyna zauważyła, że niepewnie się jej przyglądam. Powoli zbliża się do mnie. Ja również wstaję, a dziewczyna cały czas idzie w moim kierunku.
-A powinienem? - Pytam.
-Nie... przecież nikt normalny nie pamięta swojej kuzynki, z którą stracił kontakt w wieku dziesięciu lat. - Mówi ironicznie. Już wiem kto to jest. To jest Marlene. Córka siostry ciotecznej, mojej mamy.
-Wybacz Marlene. - Mówię zawstydzony, że jej nie poznałem.
-Czyli znasz moje imię. - Mówi i uśmiecha się. - Tak na serio to... no kurcze... wiesz, że nie umiem przepraszać... no dobra... przepraszam, że od kiedy skończyliśmy dziesięć lat nie odzywałam się do ciebie i nawet nie przyszłam się z tobą pożegnać, kiedy cię wylosowali.  - Mówi.
-Nic się nie stało. - Odpowiadam pewnie i szybko, bo nie chcę wracać do tematu naszej kłótni sprzed wielu lat - Dlaczego więc teraz się do mnie odzywasz? - Pytam.
-Bo głupio mi z tego powodu...  no zachowywałam się jak rozwydrzony bachor, ale to nie tylko dlatego się odzywam, bo widzisz... za tydzień wychodzę za mąż... - Mówi.
-A co to ma do tego? - Pytam, przekręcając głowę na bok, zupełnie jak wtedy, gdy byłem dzieckiem i czegoś nie zrozumiałem.
-Chciałam cię zaprosić. Możesz przyjść z osobą towarzyszącą. - Uśmiecha się. - Przyjdziesz?
-Jasne. - Odpowiadam. - W sumie... czemu nie? - Dodaję.
-Nie poznaję cię! Finnick, którego znałam nigdy by się nie zgodził! Kim jesteś i co zrobiłeś z moim przystojnym i wkurzającym kuzynem? - Mówiąc to mierzy mnie wzrokiem i porusza brwiami, a potem uśmiecha się drwiąco, tak jak zawsze. - Może przystojny nadal jesteś, ale nie trzeba siłą wyciągać cię na spotkanie z ludźmi. Serio... to nie ten sam Finnick. - Żartuje Marlene. Mi jednak nie jest do śmiechu.
-Poprzedni Finnick zginął na arenie. - Oznajmiam posępnie. Marlene robi wielkie oczy i przestaje się śmiać. Przez moją uwagę zrobiło się niezręcznie.
-Dobra... nieważne. Nie wygłaszaj takich uwag na ślubie, dobrze? Ja muszę już lecieć. W tygodniu podam ci zaproszenia dla ciebie i dla osoby towarzyszącej. Cześć! - Mówi, staje na palcach i całuje mnie w policzek. Po czym odchodzi. Zaraz jednak czuję na tym policzku uderzenie, więc obracam się i widzę ją... jest wściekła jak osa. Annie. Z jej oczu natarczywie wypływają łzy.
-Zdrajca! - Wykrzykuje.
  Zanim ja zorientuję się co się właśnie stało, ona obraca się i rusza pędem przez Plac Główny.  Ja ruszam za nią. Teraz każdy mieszkaniec Dystryktu Czwartego się nam przygląda, ale ja o to nie dbam. Biegnę za Annie, próbując ją złapać, aż w końcu udaje mi się to na samym środku placu. Wtedy obejmuję ją w talii i podnoszę. Annie próbuje się wyrwać i kopie mnie. Cieszę się, że jest taka lekka i sporo mniejsza ode mnie.
-Zostaw mnie!! Nienawidzę cię! Puść! - Krzyczy na cały głos. Mimo płaczu słychać ją wyraźnie. Widzę oczy ludzi, które są wlepione prosto w nas. Moją twarz oblewa rumieniec. Nie zważam jednak na to i idę dalej, kierując się prosto do naszego miejsca.

-Zostaw mnie! Nie chcę na ciebie patrzeć! - Krzyczy Annie, kiedy wreszcie docieramy na miejsce. Delikatnie wypuszczam ją z rąk. Ona chce iść, ale ja łapię ją za rękę.
-O co ci w ogóle chodzi?! - Pytam zdenerwowany.
-Jak to o co? Od kiedy z nią jesteś? - Pyta, a łzy wypływają jej z oczu. Wreszcie zaczynam rozumieć o co chodzi. Ona myślała, że mnie i Marlene coś łączy. Wybucham głośnym, niepohamowanym śmiechem. - Co cię tak śmieszy?
-Ty myślałaś, że mnie i Marlene coś łączy? - Pytam przez śmiech. - To moja kuzynka.
-Co? Jak? Czemu nic nie wiedziałam? Wyszłam na kretynkę! - Denerwuje się Annie. - Powinieneś mi powiedzieć!
-Kiedy? Jak uderzałaś mnie w twarz? Czy wyzywałaś jak cię tu niosłem? - Pytam z ironią. Annie robi się czerwona.
-Przepraszam. Jestem idiotką. Teraz pewnie nie chcesz mnie znać. - Mówi ze spuszczoną głową.
-Gdyby to nie były twoje osiemnaste urodziny, to nie wybaczyłbym ci tego tak szybko. - Mówię, a Annie podnosi głowę. W tym momencie odsłaniam schowany za krzakiem kosz z jedzeniem.
-Co? - Zdumiewa się Annie.
-Dziś są  twoje urodziny. Dlatego wszystko przygotowałem i wybaczam ci... bo szkoda, żeby jedzenie się zmarnowało. - Śmieję się
-Aha. Dzięki. Miło mi. Wybaczasz mi, bo jedzenie nie może się zmarnować. Taki narzeczony to skarb. - Mówi z wyraźną ironią w głosie.
-A jakim skarbem jest narzeczona, która uderza cię w policzek, kiedy czekasz na nią, żeby podarować jej prezent urodzinowy, tylko dlatego, że myślała, że coś łączy cię z twoją kuzynką, o której istnieniu nie wiedziała. Później jeszcze ucieka, a kiedy ją złapiesz to zacznie cię kopać i wyzywać. - Mówię... trochę się z nią drocząc. Nawet nie trochę.
-Bardzo śmieszne. - Odpowiada z obrażoną miną.
-Moja kochana... może i ci wybaczyłem, ale akurat ten wybryk będę wypominał ci bardzo długo. Nawet przy naszych wnukach, żeby wiedzieli jaką wybuchową mają babcię. - Żartuję.
-Tak? A ja powiem im, że jak ich dziadek zobaczył mnie na balu w Kapitolu i zapytałam go gdzie był, to on tylko się na mnie patrzył i odpowiedział, że "był... tam... no... gdzieś... w tym... no". - Oznajmia i uśmiecha się ironicznie.
-To był cios poniżej pasa. - Oznajmiam dalej się śmiejąc.
-Tak... docinek i ciosów poniżej pasa uczę się od najlepszych. - Odpowiada z ironicznym uśmiechem.
-Ode mnie? - Pytam, poruszając zalotnie brwiami.
-Od Evelyn. Wybacz, ale jej nikt nie dorówna. - Śmieje się.
-Tak... współczuję biedakowi, który będzie musiał spędzić z nią resztę życia... chociaż... wątpię, żeby kogoś znalazła.
-Daj spokój... Evelyn jest piękna i mądra, a jak kogoś lubi, to nie dogryza mu aż tak. - Annie broni przyjaciółki. Ja wybucham śmiechem.
-Serio w to wierzysz? - Pytam przez śmiech.
-Ja to wiem. Finnick... możesz jej nie lubić, ale musisz przyznać, że jest ładna. - Evelyn jest wysoką, czarnowłosą dziewczyną o zielonych oczach i bladej cerze... tak, jest ładna, ale nie tak jak moja kochana Annie
-Nie tak jak ty. - Odpowiadam.
-Finnick... ja nie jestem ładna. - Kręcę głową i podchodzę do niej. Obejmuję dłońmi jej twarz i mówię:
-Dla mnie jesteś najpiękniejsza na całym świecie. - Całuję ją w czubek nosa i kontynuuję. - Do tego najbardziej wybuchowa. - Annie zaczyna się śmiać. Kocham jej śmiech. Kocham te chwile, kiedy się śmieje i jest szczęśliwa.
-Dobra. Siadaj, zjemy coś i dostaniesz ode mnie prezent. - Mówię.
-Jak chcesz. - Odpowiada z szerokim uśmiechem na ustach.


_________________________________________________________________________________


   Dziś rozdział składa się prawie z samych dialogów... nie jest jakiś idealny, ale chyba ujdzie. Mam nadzieję, że postanowicie poprawić mi humor (który psuje mi szkoła) i go skomentujecie. Przepraszam jeśli pojawiły się tu jakieś błędy, ale jestem już wykończona i nie mam siły ich teraz poprawiać... poprawię w weekend. Nowy rozdział będzie w sobotę, albo już w piątek wieczorem.
   Stworzyłam kilka szablonów na tego bloga i w sobotę (albo piątek) poproszę Was o pomoc w wyborze, który szablon  jest najlepszy (a może raczej... wygląda chociaż odrobinę lepiej niż pozostałe), ale to dopiero w sobotę (albo piątek).
   Muszę też napisać coś związanego z "akcją ze słowami". Chyba będzie trzeba zmienić odrobinę zasady... nie jakoś bardzo, ale chodzi mi o to, że ja nie dam napisać w każdym rozdziale po kolei mojej definicji tego słowa, więc słowa nie będą po kolei i nie w każdym rozdziale. Mam nadzieję, że Wam to nie przeszkadza i mi wybaczycie. Liczę też na to, że wybaczycie mi, że zapomniałam o napisaniu w tym rozdziale mojej definicji słowa "wierność".
   Wybaczcie, że dziś tak nieogarnięcie piszę, ale nie mam już na nic siły.
   Na blogu Życie to nie bajka pojawił się pierwszy rozdział. Zachęcam do przeczytania i skomentowania.

sobota, 19 września 2015

Rozdział 76 - "Już wiem o czym zapomniałem"

FINNICK



Dzień 54
  
   Dziś są urodziny Penny. Kończy 18 lat. Postanowiłem, że dziś pokażę jej domek, który budowałem sam, przez poprzedni miesiąc. Postanowiłem, że jej go podaruję. Zasługuje na miejsce, gdzie zawsze będzie mogła się schować, gdzie będzie mogła być sobą, tak jak jest przy mnie. Chciałbym powiedzieć jej dziś, że ją kocham. Tylko nie wiem jak. Mam jej powiedzieć "Słuchaj Penny... kocham cię. Nieważne, że nikt nie zaakceptuje naszego związku. Nieważne, że za dwa lata, kiedy skończę 22 lata będę musiał poślubić jakąś dziewczynę, do której nie poczuję tego co poczułem do ciebie. Nieważne, że za dwa lata, kiedy ty skończysz 20 lat będziesz musiała wyjść za jakiegoś innego chłopaka.  Nieważne, że nasz związek nie ma przyszłości. Bo ja cię kocham." TO mam jej powiedzieć? Nawet jak powiem zwykłe "Kocham cię" to i tak ona wie, że nigdy nie będziemy mogli być razem. Chociaż ostatnio ludzie zaczynają się buntować. Przeczuwam najgorsze.
W Y B U C H N I E      R E B E L I A                                               
   Jestem pewien. Ludzie mają dość tego, że za bogatych decyduje Kapitol, a za biednych rodzice. To oni wybierają nam z kim mam spędzić resztę życia. To dlatego tak wiele osób chodzi ze spuszczonymi głowami, przez całe życie. To dlatego tak wiele osób przykleja sobie sztuczny uśmiech, a nie nosi z dumą prawdziwego. Ja też będę walczył. Zrobię wszystko, aby być z Penny. 


   Urodziny. Już wiem o czym zapomniałem. Musiałem przeczytać jak mijały pięćdziesiąt cztery dni z życia mojego przodka Seannera Odaira i dopiero jak napisał o urodzinach Penny zrozumiałem o czym zapomniałem. Jutro urodziny Annie. Ja nie mam prezentu, ani nawet pomysłu. 
   Mój wzrok pada na małe pudełeczko. Miałem je otworzyć dopiero jak dojdę do tego momentu w jednym z dziesięciu dzienników, ale otworzę je teraz. 
   Moja dłoń powoli wyciąga się w kierunku pudełeczka. Dosięga je i delikatnie ujmuje, przenosząc je przed moją twarz. Wtedy rozsuwam je, a moim oczom ukazuje się naszyjnik. Naszyjnik z kamieniem o kolorze oczu Annie. Nie rozumiem tego, a pragnę zrozumieć, toteż wertuję strony innych dzienników w poszukiwaniu jakiejkolwiek informacji i otrzymuję ją. Otrzymuję ją pod ostatnim wpisem w ostatnim dzienniku.


Dzień 1515 - Drugi miesiąc rebelii - Przegrywamy

   Dziś urodziny Penny. Kończy dziś 22 lata. To smutne, a jednak prawdziwe. Ona i ja mamy małżonków już od dwóch lat, mój syn ma urodzić się w przyszłym miesiącu, a Penny już urodziła córkę. To boli. Tak bardzo boli. Zaledwie cztery lata temu obchodziła osiemnaste urodziny, a ja pokazałem jej mój, a teraz nasz domek. Nienawidzę Kapitolu. Nienawidzę Panem. Nienawidzę Czwartego Dystryktu. Nigdy nie daruję sobie, że kiedyś - jeszcze cztery lata temu - myślałem, że mam szczęście. Nie mam szczęścia. Niestety. 
   Umówiliśmy się dziś z Penny o czternastej w naszym domku. Wtedy dam jej naszyjnik. W środku jest kamień, który jest w kolorze jej oczu. Pomyślałem, że może się ucieszyć. Zawsze cieszyła się z każdego prezentu jaki ode mnie dostała, bo dostała go ode mnie. Tak zawsze mówiła. Ten będzie wyjątkowy, bo napisałem jej w liście coś czego może nigdy się nie dowiedzieć, bo ja nie mam odwagi jej tego powiedzieć.
   Wcześniej jednak mam wziąć udział w jeszcze jednej, ostatniej akcji, która jeśli uda to może zwyciężmy, a jeśli się nie uda... zginę. Ja jednak staram się myśleć pozytywnie. Co może się nie udać? Wszystko się uda. Wszystko jest zaplanowane. Wszystko się uda. Uda się. Uda się. Uda się. Będę to powtarzać dopóki w to nie uwierzę. 


   Naszyjnik z kamieniem w kolorze oczu Penny. W kolorze oczu Annie. Materiał. Sukienka opisana w dzienniku mieszczącym się w domku poza dystryktem. Domek, o którym pisał Senner. Moje oczy. Oczy Sennera. Annie rozpoznała materiał. Na dożynkach, podczas których mnie wylosowali Annie miała sukienkę wykonaną z tego materiału. W poprzednim dzienniku dziewczyna opisywała śmierć ukochanego, który miał oczy w kolorze morskiej zieleni. To jest ostatni wpis, co oznacza, że Senner zginął podczas tej akcji. Był moim przodkiem i miał oczy w kolorze morskiej zieleni.
   Wszystko układa się w logiczną całość. Senner wybudował domek dla Penny. Domek ten znajduje się poza dystryktem i dziś go odkryłem. Wszystko było tak zniszczone, bo Penny była zrozpaczona po śmierci Sennera. Miesiąc po śmierci Sennera urodził się mój dziadek, a Penny jakiś czas wcześniej, albo później urodziła babcię Annie.
   Skoro Penny miała dostać ten naszyjnik, a go nie dostała - bo Senner zginął - to ja mogę go podarować Annie i będzie tak jakby naszyjnik wreszcie dotarł do Penny. Więc... czemu nie? Mam już prezent dla Annie. Teraz jeszcze muszę wymyślić jak i kiedy go jej podaruję.
   Nad ranem złowię kilka ryb i może uda mi się też złowić owoce morza. Pójdę do sklepu i kupię potrzebne składniki. Przygotuję ryby i - być może - owoce morza, a później spróbuję upiec jakieś ciasto - z tego co wiem, to mama miała zeszyt z przepisami, więc znajdę jakiś przepis na ciasto - jeszcze tej nocy, pójdę do Mags i wtajemniczę ją w mój plan i poproszę o to, żeby poprosiła Annie, żeby poszła do sklepu, ale dopiero około godziny trzeciej, a wcześniej, żeby nie wypuszczała jej z domu. Przed trzecią pójdę pod sklep i poczekam na Annie, a jak się zjawi zaprowadzę ją w nasze miejsce, gdzie przygotuję obiad. Oby to się udało. Oby Mags się zgodziła.


_________________________________________________________________________________


   Jestem nawet dumna z tego rozdziału... nawet. Mam nadzieję, że Wam się spodobał i skomentujecie go, wyrażając tym samym opinię o nim. Kolejny rozdział pojawi się pewnie w środę (może trochę wcześniej), bo przez nawał nauki mam mało czasu na pisanie. Liceum to nie przelewki i muszę się postarać i zdobyć dobre oceny na koniec (zwłaszcza z przedmiotów, które na szczęście odejdą w drugiej klasie), dlatego rozdziały nie będą tak często jak w wakacje, albo nawet jak były przed wakacjami. Poza tym... staram się pisać jak najlepiej i trochę dłużej mi to zajmuje, bo... chyba można zauważyć różnicę pomiędzy starym rozdziałem 19, który pisałam dawno przez dziesięć minut, a rozdziałem 70, który napisałam niedawno, a zajęło mi to jakąś godzinę, a może nawet trochę dłużej.
   Mam w planach poprawienie starych rozdziałów. W każdym popoprawiam błędy, a kilka... uatrakcyjnię. Nie będę pisać ich od nowa, ani jakoś bardzo zmieniać, tylko dodam trochę więcej opisów, albo trochę zmienię dialogi, ale senes zachowam.
   Rozdziały, które na pewno uatrakcyjnię to: 10, 11, 12, 13, 14, 15, 17, 18, 19. Dam Wam znać kiedy będą poprawione.
   To chyba wszystko co chciałam napisać. 

środa, 16 września 2015

Rozdział 75 - Dzienniki

FINNICK


-Będę chciał tu nocować. - Oznajmiam. Annie patrzy na mnie zdziwiona. Rozmawialiśmy o czymś zupełnie innym, a ja nagle wypaliłem z nocowaniem w starym domu.
-Dlaczego? Myślałam, że nie jesteś na mnie zły za tamtą kłótnię i za zatajenie przed tobą tamtej informacji. - Mówi, a jej głos niebezpiecznie drży.
-To niema nic wspólnego z kłótnią. - Mówię szybko. - Ja chcę powspominać dawne lata. Chcę, żeby chociaż raz w roku ten dom nie stał pusty. - Tłumaczę się głupio. Annie chyba mi nie wierzy poznaję to po jej minie. - No i muszę coś przemyśleć.
-Nie wierzę ci. Powiedz prawdę. - Odzywa się chłodno.
-Jutro. Jutro wszystko ci wytłumaczę. Odpowiem na każde pytanie. Teraz nie chcę. Zwyczajnie nie chcę. - Mówię, a mój głos robi się coraz bardziej szorstki. Jeśli Annie dalej będzie się głupio upierać to znów się pokłócimy.
-Dobra. Odprowadzisz mnie? - Ton jej głosu zmienił się i znów mówi spokojnie.
-Jasne. - Odpowiadam  o wiele spokojniej niż wcześniej.

   Kolejne drzwi otwierają przede mną swoją tajemnicę. Tym razem to drzwi, które wprowadzają mnie do małego pokoiku. Moim oczom ukazuje się stara rybacka sieć, po której trzeba się wspiąć, aby dostać się na strych. Wspinam się powoli, a już po chwili jestem na miejscu. Moje nozdrza wypełnia zapach tajemnicy no i nie ukrywam, że starości też. Latarka, trzymana przeze mnie omiata snopem światła wszystko dookoła, aż natrafia na starą, zamkniętą, zakurzoną skrzynię. Ta skrzynia jakby mnie przyciąga samą swoją obecnością. Podchodzę do niej, a drewniane deski, robiące za podłogę na strychu, uginają się pod moim ciężarem. Z każdym krokiem denerwuję się coraz bardziej - i wcale nie tym, że mam wrażenie, że zaraz spadnę. - Czy ja znajdę cokolwiek w tej skrzyni? To cały czas zaprząta moje myśli. - No może jeszcze to, że mam wrażenie, że o czymś zapomniałem. Tylko nie mogę sobie przypomnieć o czym. - Do pokonania zostały mi zaledwie dwa kroki.
   Jeden. Dwa. Powoli docieram do skrzyni. Kucam i rękawem ścieram kurz, który osiadał na niej przez wszystkie te lata, czym wzbijam go w górę. Zobaczyć go mogę tylko kiedy świecę na niego latarką, ale mam wrażenie, że czuję, że słyszę jak z powrotem opada na ziemię. Oczywiście nie jest to możliwe, ale fajnie tak czasem mieć wrażenie, że można więcej niż jest to możliwe.
   Skrzynia na szczęście nie jest zamknięta na klucz. Dlatego nie mam problemu z otworzeniem jej. Raz, dwa, trzy. Daję sobie chwilę na uspokojenie się. Zaraz odkryję tajemnicę mojej rodziny. Już zaraz. Raz. Dwa. Trzy. Biorę głębszy wdech, zamykam oczy i otwieram skrzynię. Kiedy skrzypnie otwieram oczy i widzę różne zeszyty. Wyjmuję kilka, znajdujących się po prawej stronie, a gdy odłożę je na ziemi i znów spoglądam w skrzynię moim oczom ukazuje się małe pudełeczko. Biorę je do ręki i wyciągam ze skrzyni. Następnie moja dłoń nurkuje w skrzyni i zabiera ze środka resztę zeszytów. Tym razem nie znajduję już nic więcej.
 
   Zawsze lubiłem nasz salon. Przesiadywałem tu częściej niż we własnym pokoju. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że postanowiłem przejrzeć zawartość tamtej skrzyni, właśnie w salonie.
   Rozsiadam się wygodnie na kanapie, z której wcześniej musiałem zdjąć jakieś prześcieradło, nałożone, żeby meble się nie niszczyły. Biorę do ręki zeszyt, który był na samym spodzie z lewej strony, wygląda na najbardziej zniszczony, dlatego uważam, że to on jest wstępem do historii mojej rodziny. Otwieram go na pierwszej stronie i moje oczy już wyszukują informacji znajdujących się na tej stronie dziennika.


   Dzień 1 

   To dziś postanowiłem zacząć dokumentować swoje życie, życie marnego mieszkańca Dystryktu Czwartego, który nie panuje nad własnym losem. A jeśli ktoś - tak jak ja - należy do bogatej rodziny - jak nas nazywają? Elita Dystryktu - w Kapitolu wybierają dla nas drugą połówkę, a jeśli ktoś jest biedniejszy.... wybór należy do rodziców. Najgorsze jest to, że przez wszystkie lata chodzisz normalnie do szkoły, zaprzyjaźniasz się, a jeśli twoje serce zabije mocniej do kogoś, okazuje się, że nie możecie być razem. Dlaczego? Dlatego, że ta osoba pochodzi z biednej rodziny, której istnienie nie jest ważne, nie dla Kapitolu, gdzie wybierają dla mnie żonę. 
   Parę dni temu byłem na plaży. Postanowiłem połowić trochę ryb i zanieść je ubogim kalekom z naszego dystryktu. Ci ludzie nie mieli szczęścia w życiu i często nie mają ochoty dłużej ciągnąć tego pasma niepowodzeń zwanego życiem, a ja chcę im pokazać w jakiś sposób, że jednak warto żyć, bo życie to dar, który otrzymaliśmy i musimy dobrze go wykorzystać, a nie umierać bo kiedyś mieliśmy pecha. No cóż... wracając do mojej opowieści. Byłem na plaży i już wchodziłem z siatką i trójzębem do wody, kiedy usłyszałem przeraźliwy wrzask jakiejś dziewczyny. Nie zastanawiałem się i od razu pobiegłem w stronę, z której doszedł mnie jej krzyk. Kiedy zobaczyłem ją młócącą rękami wodę bez wahania skoczyłem tam i zacząłem ją ratować. Wyciągnięcie jej na ląd nie sprawiło mi trudności i już po chwili obydwoje leżeliśmy na piasku. 
-Dzie... dziękuję. - Wyjąkała dziewczyna. 
-Nie ma za co. - Odparłem i wtedy popełniłem największy błąd w moim życiu, który z chęcią powtarzałbym ciągle i ciągle - spojrzałem na nią. 
  Była cała mokra i łapczywie łapała oddech, a mimo to moje serce prawie wyskoczyło mi z piersi. Wtedy dziewczyna również spojrzała na mnie. Jej cudowne, głęboko zielone oczy zamroziły mnie, nie mogłem wykonać żadnego najmniejszego ruchu, nie mogłem nic wypowiedzieć. Siedzieliśmy tak i wpatrywaliśmy się w siebie nawzajem. Nie wiem ile to trwało. Minutę, godzinę, a może tylko sekundę. Wiem, że nie mogłem oderwać od niej wzroku, a moje serce błagało o wypuszczenie na zewnątrz. 
   To piękna zielonooka dziewczyna pierwsza przerwała ciszę. 
-Więc jak się nazywasz? - Spytała. - Wiesz... fajnie byłoby znać imię osoby, która uratowała ci życie. Sam rozumiesz. - Uśmiechnęła się i czekała na moją odpowiedź. Ja jednak nie potrafiłem wydusić z siebie żadnego słowa, a nawet jakbym mógł... zapomniałem jak się nazywam. Po chwili jednak zmrużyła oczy. - Czekaj... ja cię znam. Chodzimy razem do szkoły. Jesteś Seanner Odair, prawda? - Kiwnąłem głową. Już wtedy wiedziałem jak się nazywam. - Ja jestem Penny Blue. - Wyciągnęła do mnie ręką, a ja - jako, że pamiętałem o dobrych manierach, które natarczywie wpajała mi matka. - pocałowałem ją w tę dłoń. Penny zarumieniła się. Chyba jednak nie tego się spodziewała. 
   Cudowna dziewczyna i ja długo jeszcze rozmawialiśmy, później zaczęło się ściemniać, więc odprowadziłem ją do domu, a potem poszedłem do siebie i... nie mogłem o niej zapomnieć. Dalej nie mogę i myślę o niej cały czas. Raz niestety wygadałem się siostrze, a ta poleciała do rodziców, żeby powiedzieć, że zakochałem się w biednej dziewczynie. Rodzice zaczęli mi mówić, że i tak nie mogę z nią być i powinienem o niej zapomnieć. Tylko ja nie wiem jak. Ciągle o niej myślę. Nie mogę przestać i nie chcę przestać. Jedyne co zrozumiałem po rozmowie z rodzicami to to, że nie mogę ufać siostrze. 


   Wpis z dnia pierwszego zakończył się na tych słowach, a ja już wiem, że nie będę spał tej nocy. Cały czas będę czytał te dzienniki i zastanawiał się kim był Seanner Odair.


_________________________________________________________________________________


   Dziś tak na szybko (nie sprawdzałam błędów, więc przepraszam jak jakiś się wkradł). Jak obiecałam pojawiło się tu imię tej kobiety, której pamiętnik znaleziono w rozdziale 71 :)
   Jestem dumna z tego rozdziału i mam nadzieję, że Wam również się spodobał i wyrazicie swoją opinię w komentarzu :)
    Chcę jeszcze podziękować wszystkim za komentarze :) To bardzo miłe co piszecie i kiedy to czytam to od razu się uśmiecham :) Dziękuję :)
   Kolejny rozdział w sobotę, bo wcześniej się nie wyrobię :)
   No i o mało co nie zapomniałam... co myślicie o zrobieniu bloga z pamiętnikiem Seannera?

PS Widzieliście nowy trailer??? Płakałam...
   A nowy poster? Jak nie to wejdźcie do nowej zakładki: Promocja-Kosogłos cz.2

niedziela, 13 września 2015

Rozdział 74 - List

FINNICK


   Zamek zgrzyta, kiedy tylko przekręcam klucz. Udało się. To ten klucz. To był ten znajomy zgrzyt. Naciskam klamkę i czuję się jak rano. Zupełnie jakbym odkrywał kolejną tajemnicę. Jakbym odnajdywał kolejne nieznane mi miejsce. To niesamowite uczucie pomaga oderwać mi się od świata, pomaga zapomnieć o głupiej kłótni z Annie. Drzwi otwierają się, a ja powoli wkraczam do świata wspomnień. Wspomnienia w mojej głowie wirują.
   Ja z rodzicami. Oglądamy Igrzyska. Moi rodzice. Całują się przed rejsem taty. Ja krzywię się kiedy to widzę. Tata. Śmieje się. Wychodzi z domu. Zamyka drzwi. Mama. Powstrzymuje łzy. Szykuję się do pierwszego dnia szkoły. Mama. Przytula mnie i całuje w policzek. Rodzice. Idą odprowadzić mnie na pierwszy trening do igrzysk. Dzień przed igrzyskami, do których mnie wylosowali.
   Zawsze ktoś był w środku. W tym domu nigdy nie byłem sam. Teraz jest ten pierwszy raz. Jestem sam. Zupełnie sam. Nikt nie zobaczy moich łez. Tylko, że one nie płyną. Nie pozwalam im na to. Nie jestem tu po to, aby wspominać i płakać nad tym co już nie wróci. Jestem tu po to, aby dowiedzieć się czegoś więcej o mojej rodzinie. O moich przodkach.
   Udaję się na górę. Następuję na pierwszy schodek, który pod moim ciężarem wydaje odgłos skrzypnięcia. Pokonuję czternaście kolejnych schodków i jestem na górze. Mam ochotę zajrzeć do mojego pokoju. Jeśli spędzę tu chwilę dłużej, to nic się nie stanie. Otwieram drzwi i znów zalewa mnie fala wspomnień. Dostrzegam pod łóżkiem jakąś kopertę, której musiałem nie zauważyć kiedy pakowałem ubrania, żeby przenieść je do Mags. Biorę kopertę w dłoń i siadam na łóżku, które wydaje serię znajomych skrzypnięć. Otwieram białą kopertę i wyjmuję zamknięty w niej list.

Drogi Finnicku, 
   
   Jeśli czytasz ten list oznacza to tylko jedno. Wypłynęliśmy i nie wróciliśmy. Nie wiemy kiedy znalazłeś ten list. Może masz już osiemnaście lat, dziewiętnaście, dwadzieścia, albo jeszcze więcej. Może masz już swoje dzieci. Chcieliśmy przekazać Ci, że Cię kochamy i nie poddamy się bez walki. Spróbujemy uciec ze statku i wrócić do ciebie. Może się uda. Może się nie uda. My się nie poddamy, tak jak Ty nie poddałeś się na arenie. 
   Zorientowaliśmy się, że to nie przypadek, że musieliśmy wypłynąć, akurat tego dnia, kiedy ty wróciłeś. Wiedzieliśmy, że coś tu nie pasuje jeszcze zanim Mags nas ostrzegła. Dlatego będziemy starać się uciec.
   Jeśli jednak nie uda nam się wrócić, to nigdy o nas nie zapominaj. Prosimy. Poświęć chociaż jedną godzinę w roku, aby sobie o nas przypomnieć. My myślimy o Tobie cały czas. 
   Mamy nadzieję, że Mags dobrze się Tobą opiekuje i nie kłócicie się. Liczymy też, że wszystko w porządku i z Tobą i z Annie. Polubiliśmy tą dziewczynkę. No dobrze. To już chyba koniec naszego krótkiego listu. Pamiętaj, że Cię kochamy. 
                                   
Twoi rodzice         
PS Pod Twoim łóżkiem schowaliśmy linkę do robienia węzłów, kiedy będziesz miał ochotę odciąć się od świata. 


   Kończę czytać i szybko zaglądam pod łóżko. Faktycznie leży tam linka. To ta sama, którą dawała mi mama podczas sztormu. Biorę ją do ręki i obracam we wszystkie strony. Ponownie siadam na łóżku i zaczynam wiązać węzły. Odtwarzam wszystkie węzły, które wiązaliśmy z mamą. 
   Znów jestem dzieckiem. Znów przypatruję się jak zręczne ręce mamy pracują i próbuję naśladować jej ruchy. Nie wychodzi mi, więc obrażam się, a mama zaczyna się śmiać. Pokazuje mi powoli jak mam je wiązać i znów zaczynam ją naśladować. Wreszcie zaczyna mi wychodzić, więc śmieję się i mówię, że niedługo będę lepiej wiązał węzły niż mama, czym rozbawiam ją do łez.
   Po chwili opamiętuję się i wstaję. Jestem tu po to, żeby coś znaleźć. Wychodzę z pokoju. Nagle słyszę skrzypnięcie, którego nie wywołałem ja, ale ktoś znajdujący się na dole.
-Kto tu jest? - Krzyczę, zupełnie jakbym oczekiwał, że ktoś kto się tu schował odkrzyknie. Oczywiście odpowiada mi cisza. Dlatego postanawiam sprowokować osobę, która wcale nie powinna się tu znaleźć. - Wiem, że tam jesteś! Nie ukrywaj się ty tchórzu! - Krzyczę, powiedziałem dokładnie to samo co sześć lat temu, kiedy poznałem Annie.
   Podchodzę do barierki, a z cienia na dole wyłania się postać.
-Wypraszam sobie! - Annie. Krzyczy z uśmiechem na ustach. Wiem, że też przypomniała sobie tamtą sytuację. - Nie jestem żadnym tchórzem! Czego nie da się powiedzieć o tobie! - Krzyczy i zmierza w kierunku schodów.
-Co?? - Dalej odtwarzam tamtą sytuację.
-A kto darł się chyba na cały dystrykt? Ja? - Pyta. Uśmiech cały czas maluje się na jej twarzy.
   Z każdym jej krokiem schody wydają skrzypnięcia.
-Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. - Mówi z nadzieją w głosie. Już jest na górze. Patrzy mi prosto w oczy.
-Ty nigdy nie przeszkadzasz. - Odpowiadam i uśmiecham się.


_________________________________________________________________________________


   Kolejny rozdział za nami i tym razem jestem z niego dumna. Kolejny rozdział będzie albo w środę, albo w czwartek. We wtorek nie dam rady.
   Mój kolejny blog jest już dostępny a znajdziecie go klikając jego nazwę: Życie to nie bajka
  Zapraszam do komentowania tego rozdziału i prologu na tamtym blogu.  Z góry dziękuję za każdy komentarz :)
Powered By Blogger